7 WRZESIEŃ WSPOMNIEIE BŁ. KS. IGNACEGO KŁOPOTOWSKIEGO

Ilustracja

RELIKWIE KS. IGNASEGO SĄ W GŁÓWNYM OŁTARZU NASZEGO KOŚCIOŁA W JABŁONNIE.

 

Ignacy Kłopotowski (ur. 20 lipca 1866 w Korzeniówce, zm. 7 września 1931 w Warszawie) – błogosławiony Kościoła katolickiego, duchowny rzymskokatolicki i społecznik. Przez większą część życia Ignacy Kłopotowski prowadził działalność filantropijną, początkowo na terenie diecezji lubelskiej, a później archidiecezji warszawskiej. Był publicystą i wydawcą prasy katolickiej. Założyciel Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Loretańskiej.

Życiorys

Kształcił się w gimnazjum klasycznym w Siedlcach (od 1877), później w seminarium duchownym w Lublinie (1883) i w Akademii Duchownej w Petersburgu (1887). Święcenia kapłańskie otrzymał 5 lipca 1891 r. w katedrze lubelskiej z rąk biskupa Franciszka Jaczewskiego[1]. Po święceniach został wikariuszem parafii Nawrócenia św. Pawła w Lublinie (1891-1892), parafii katedralnej (1892-1895, 1906-1908), był rektorem kościoła św. Stanisława (1896-1906). Od 1892 do 1908[1] prowadził wykłady z Pisma Świętego, katechetyki, kaznodziejstwa, teologii moralnej i prawa kanonicznego w lubelskim seminarium duchownym.

Praca

W pracy duszpasterskiej bardzo często spotykał się z moralną i materialną nędzą, bezrobociem i zacofaniem. Ludzi żyjących w nędzy i zagubionych moralnie ks. Kłopotowski otaczał szczególną troską. Zainicjował liczne dzieła charytatywno-społeczne. Stworzył Dom Zarobkowy w Lublinie (1893), w którym bezdomni pracowali w wielu warsztatach, zarabiając na utrzymanie i mieszkanie. Założył szkołę rzemieślniczą, Przytułek św. Antoniego dla moralnie upadłych kobiet (1896), sierocińce w Lublinie, w Jacku k. Lubartowa i w Opolu Lubelskim oraz domy dla starców na Sierakowszczyźnie i Wiktorynie. Jako rektor kościoła św. Stanisława udzielał pomocy prześladowanym unitom. Był też inicjatorem założenia w podlubelskich wsiach sieci szkół wiejskich przy pomocy Zgromadzenia Sióstr Służek Niepokalanej z Mariówki, za co spotkały go represje ze strony władz rosyjskich.

W 1913 r. został mianowany wikariuszem przy kościele św. Anny, a rok później rektorem kościoła przy ul. Freta. Sześć lat później został proboszczem parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana na warszawskiej Pradze. Chcąc zapewnić ciągłość zapoczątkowanej przez siebie działalności wydawniczej, 31 lipca 1920 założył Zgromadzenie Sióstr Loretanek, które do dziś prowadzi apostolstwo przez słowo drukowane.

Rozwijając w Warszawie działalność wydawniczą nie zapomniał o najbardziej potrzebujących: w 1928 r. założył Loretto k. Wyszkowa – ośrodek kolonijny dla biednych dzieci i dla staruszek. Osoby, które bezpośrednio się z nim zetknęły, zaświadczają, że był „prawdziwym ojcem, opiekunem sierot”. Organizował dla nich bezpłatne kuchnie, kolonie, ochronki. Do dziś w budynku przy ul. Sierakowskiego 6 siostry loretanki prowadzą Dom Ojca Ignacego – świetlicę dla dzieci z najuboższych rodzin z terenu warszawskiej Pragi.

Działalność publicystyczna

Pisał też i wydawał tanie broszurki religijno-patriotyczne, wydawał dziennik „Polak-Katolik”, tygodnik „Posiew”[2], miesięcznik „Dobra Służąca”. W 1908 r., z myślą o rozwinięciu działalności wydawniczej, przeniósł się do Warszawy. Tu powstały pisma: „Kółko Różańcowe” i „Anioł Stróż” (pisemko dla dzieci). Po odzyskaniu niepodległości wznowił i redagował „Przegląd Katolicki”, zaś pod koniec życia zaczął wydawać „Głos Kapłański”[3]. Broszury: Droga do szczęścia – 1934

Śmierć

Zmarł nagle 7 września 1931 r. Został pochowany na Powązkach. Zgodnie z jego wolą, 26 września 1932 r. jego ciało złożono na cmentarzu w Loretto. W roku 2000 prochy ks. Ignacego przeniesiono do kaplicy sanktuarium założonego przez niego zgromadzenia loretanek.

XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA

XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA - Parafia św. Andrzeja Boboli w ...

W dzisiejszej Ewangelii Jezus przypomina nam, że wszyscy jesteśmy grzesznikami. Ciągle grzeszymy, ciągle się przewracamy. Dlatego potrzebujemy pomocy drugiego człowieka, potrzebujemy upomnienia.

Pewnej kobiecie, której syn był nieposłuszny, ktoś dał pewną radę, której skuteczność postanowiła wypróbować przy najbliższej okazji. Kiedy syn znów zrobił coś złego, przytuliła dziecko do siebie. Robiła tak zawsze wtedy, kiedy on jej nie słuchał. To była najlepsza metoda, która nauczyła syna szacunku i posłuszeństwa do matki.

Bóg chce nam przebaczyć tak, jak niejednokrotnie w naszym życiu czynili to nasi rodzice. Czy my na to zasługujemy?

W modlitwie Ojcze nasz wołamy do Boga: I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom (Mt 6, 12). Prosimy Boga, aby nam przebaczył, tak jak i my przebaczamy innym. I to właśnie nam przypomina dzisiejsza Ewangelia – aby przebaczyć, aby upomnieć. Ale czym jest chrześcijańskie upomnienie?

Pierwszą rzeczą, którą musimy zrozumieć, jest to, że upominanie nie polega na osądzaniu czy krytykowaniu innych ludzi. Pismo Święte jasno mówi: Nie osądzajcie, abyście i wy nie byli sądzeni (Mt 7, 1). Upominanie nie jest więc wywyższaniem się nad innych, lecz miłością w działaniu. To przejaw troski o innych, o ich duchowy wzrost i dobro.

Kiedy upominamy kogoś, naszym celem powinno być przypomnienie mu o Bożych zasadach i wartościach. W dzisiejszej Ewangelii św. Mateusza Jezus mówi nam: Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata (Mt 18, 15). To oznacza, że nasze intencje powinny być czyste i pełne miłości, a nie złośliwości czy osądzania.

Upominanie może być trudne, bo często obawiamy się, że zostaniemy źle zrozumiani. Ale musimy pamiętać, że to, co najważniejsze, to prawda i miłość. Oczywiście, musimy wybierać odpowiednie chwile i słowa, by nie ranić innych, ale równocześnie nie możemy unikać upominania z powodu własnej wygody.

W Liście św. Jakuba czytamy: Bracia moi, jeżeli ktoś z was zbłądzi od prawdy i ktoś go nawróci, niech wie, że kto nawróci grzesznika z błędu jego drogi, zbawi duszę jego od śmierci i zakryje mnóstwo grzechów (Jk 5, 19-20). To jest potężne przesłanie, które pokazuje, jak ważne jest upominanie w naszym życiu duchowym. Nie jest ono zadaniem łatwym, ale jest to zadanie konieczne. Musimy upominać w miłości, z poszanowaniem drugiego człowieka, mając na względzie jego duchowy wzrost i zbawienie. Pamiętajmy, że sami także możemy potrzebować upomnienia, więc bądźmy otwarci na tę łaskę i zachowajmy pokorę, aby słowo bliźniego przyjąć.

Warto dziś zadać sobie dwa pytania: Czy potrafię napominać, zwracać uwagę moim braciom i siostrom z miłością? Czy sam potrafię przyjąć braterskie upomnienie?

XXII NIEDZIELA ZWYKŁA

Krzyż Papieski Jana Pawła II przybył do Kalisza - Radio Poznań

Dzisiejsza Ewangelia nie należy do łatwych. Jezus mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. To słowa, których nie da się wygładzić ani zastąpić jakąś wygodniejszą wersją Ewangelii. Gdybyśmy mogli wybierać z Ewangelii tylko to, co nam odpowiada, mielibyśmy religię bardzo przyjemną i bezpieczną. Zostalibyśmy przy opowiadaniach o narodzeniu Jezusa, Jego cudach, uzdrowieniach, przypowieści o synu marnotrawnym, miłosiernym Samarytaninie czy faryzeuszu i celniku. Ale może chcielibyśmy pominąć dzisiejsze słowa o zaparciu się siebie, krzyżu, ofierze i oddaniu życia.

A przecież z Biblii przyjmujemy nie tylko obietnice pocieszenia, uzdrowienia i pokoju, ale także wymagania, które prowadzą do prawdziwego życia.

Prorok Jeremiasz mówi dzisiaj z niezwykłą szczerością: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść”. Jeremiasz nie wypowiada tych słów w chwili łatwej. Jego misja była trudna. Doświadczał odrzucenia, samotności i cierpienia. Mógł powiedzieć: „Panie, pomyliłem się. Nie chcę już być Twoim prorokiem”. Jeremiasz odkrył, że służba Bogu nie zawsze będzie łatwa, ale nie może już żyć tak, jakby Boga nie było. Boże słowo stało się dla niego jak ogień płonący w sercu, którego nie potrafił zatrzymać. Nawet zniechęcenie i cierpienie nie były silniejsze od powołania, które otrzymał od Boga.

Można dziś zapytać siebie: Czy ja naprawdę dałem się „uwieść” Chrystusowi? Czy Jezus jest dla mnie tylko dodatkiem do życia, pocieszeniem w trudnej chwili, czy też Tym, któremu oddaję całe swoje życie?

Święty Paweł pisze do Rzymian: „Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej”.

To nie jest wezwanie do pogardy dla życia ani do szukania cierpienia dla samego cierpienia. Chrześcijaństwo nie mówi, że ból jest dobry sam w sobie. Jezus nie zachęca do krzywdzenia siebie ani innych. On sam uzdrawiał, pocieszał i ratował człowieka. Krzyż nie oznacza biernego przyjmowania zła. Oznacza wierność miłości także wtedy, gdy miłość wiele kosztuje.

„Ofiarować swoje ciało” oznacza oddać Bogu konkretne życie: swoje ręce, aby pomagały; usta, aby mówiły prawdę i pocieszały; oczy, aby zauważały cierpiących; serce, aby nie zamknęło się na drugiego człowieka; czas i siły, aby służyć. Święty Paweł dodaje jednak jeszcze jedno ważne wezwanie: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu”. Świat często podpowiada: unikaj cierpienia za wszelką cenę, wybieraj to, co łatwe i wygodne, myśl przede wszystkim o sobie. Tymczasem Chrystus mówi: „Idź za Mną”. Nie zaprasza do cierpienia dla cierpienia, ale do miłości, która nie ucieka, gdy zaczyna kosztować.

W dzisiejszym świecie widzimy wiele krzyży. Doświadczamy coraz silniejszych upałów, pożarów, suszy i klęsk żywiołowych. W różnych miejscach świata ludzie cierpią z powodu chorób i epidemii. także z powodu lęku przed wirusami, takimi jak Ebola. Trwają wojny i konflikty: na Ukrainie, w Gazie, w Iranie i w wielu innych miejscach, o których czasem media mówią mniej. Giną niewinni, rodziny są rozdzielane, dzieci tracą domy, a ludzie żyją w ciągłym strachu. Wobec takiego ogromu cierpienia łatwo popaść w bezradność. Możemy powiedzieć: „Co ja mogę zrobić? Świat jest zbyt wielki, a moje możliwości zbyt małe”. Ale Ewangelia nie pozwala nam uciec w obojętność. Nie każdy z nas może zakończyć wojnę czy zatrzymać pożar. Każdy jednak może odmówić modlitwę, pomóc potrzebującemu, wesprzeć rodziny uchodźców, nie szerzyć nienawiści, nie usprawiedliwiać przemocy, mówić prawdę i budować pokój tam, gdzie żyje.

Każdy z nas jest wezwany, aby wziąć swój krzyż i iść za Chrystusem. Nie każda życiowa trudność jest od razu krzyżem w sensie Ewangelii. Choroba, cierpienie, trudne obowiązki czy bolesne doświadczenia stają się naszym krzyżem wtedy, gdy przeżywamy je w zjednoczeniu z Chrystusem i pozostajemy Mu wierni. Naszym krzyżem może być cierpliwa opieka nad chorym, troska o starszego człowieka, przebaczenie, którego długo nie potrafimy udzielić, uczciwość w pracy, wierność małżeńska, wychowanie dzieci, trwanie przy kimś samotnym. Czasami krzyżem jest również odważne powiedzenie „nie” złu, kłamstwu, pogardzie i przemocy.

W Ewangelii Piotr mierzy się z pokusą łatwej drogi.

Gdy Jezus mówi uczniom o swojej męce, śmierci i zmartwychwstaniu, Piotr sprzeciwia się temu: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”. Piotr chciał Jezusa chwalebnego, ale bez krzyża. Chciał Mesjasza zwycięskiego, ale nie cierpiącego. Z czasem jednak ten sam Piotr przeszedł głęboką przemianę. Po zmartwychwstaniu i zesłaniu Ducha Świętego nie uciekał już przed krzyżem. Sam oddał życie za Chrystusa. Ten, który najpierw odrzucał drogę krzyża, później poszedł nią aż do końca. To pokazuje, że Jezus nie potępia człowieka za jego słabość, ale cierpliwie prowadzi go do dojrzałej wiary.

Ta pokusa jest obecna także w nas. Chcemy pokoju, ale bez wyrzeczenia. Chcemy zgody, ale bez przebaczenia. Chcemy lepszego świata, ale bez zmiany własnego serca. Chcemy, aby inni poświęcali się dla dobra wspólnego, podczas gdy my zachowamy wygodę i bezpieczeństwo.
Krzyż nie jest jednak celem samym w sobie. Celem jest życie. Jezus nie mówi: „Szukaj cierpienia”, lecz: „Idź za Mną”. A droga za Nim czasem prowadzi przez cierpienie, ale ostatecznie prowadzi do zmartwychwstania.

Dzisiejsza Ewangelia pyta nas: „Czy kochasz Chrystusa na tyle, aby iść za Nim także wtedy, gdy Jego droga wymaga ofiary?”.

Każdy z nas ma swój krzyż. Nie jesteśmy jednak wezwani, aby nieść go samotnie. Jezus idzie przed nami. Jego krzyż pokazuje, że miłość może być silniejsza niż nienawiść, prawda mocniejsza niż kłamstwo, a nadzieja większa niż rozpacz. Tak było w życiu Jeremiasza. Ogień Bożego słowa okazał się silniejszy niż jego zniechęcenie. Tak było także w życiu Piotra. Miłość do Chrystusa okazała się silniejsza niż jego lęk. Tę samą drogę Pan otwiera także przed nami.

Prośmy dziś: Panie Jezu, uczyń z naszego życia „żywą ofiarę” – nie przez wielkie słowa, lecz przez codzienną miłość, wierność i służbę. Pociesz cierpiących na Ukrainie, w Gazie i w każdym miejscu dotkniętym wojną. Chroń ludzi przed pożarami, upałami i chorobami. A nam daj serca, które nie przechodzą obojętnie obok ludzkiego cierpienia.

Pamiętajmy: chrześcijanin nie szuka krzyża, ale gdy go spotyka, niesie go razem z Chrystusem. A krzyż przeżywany z Chrystusem nigdy nie jest końcem drogi – jest drogą do zmartwychwstania. Amen.

XXI NIEDZIELA ZWYKŁA

KOLEJNA PODRÓŻ ŻYCIA ; ŚLADAMI ŚWIĘTEGO MAKSYMILJANA MARII KOLBE DO JAPONII – zakładka ogłoszenia parafialne. Liczba miejsc ograniczona. Prosimy zgłaszać potwierdzenia…. DATA PODRÓŻY – 3 XI 2026

ZAPISY – TYLKO DO KOŃCA SIERPNIA

Dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas pod Cezareę Filipową, aby wysłuchać dialogu, który Jezus prowadzi ze swoimi uczniami. Postawione im pytanie: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” prowadzi do wyznania wiary przez Szymona Piotra: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego”. Następnie Jezus powierza mu szczególną władzę pasterską wśród Apostołów: „Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Opoka] i na tej Opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16,18-19). Wraz z tym wydarzeniem rozpoczyna się historia prymatu Piotra, którą dzisiaj w Kościele kontynuuje papież Leon XIV. Rozpoczyna się także nowa historia Piotra, prostego rybaka z Galilei. Jezus zmienia Szymonowi imię, a to oznacza jedno: nadaje mu nowy cel w życiu. Teraz będzie Opoką, czyli Skałą, na której Chrystus będzie budował swój Kościół. Nie dlatego jednak, że Piotr sam z siebie jest mocny i niezachwiany, ale dlatego, że Chrystus wybiera go, umacnia i uzdalnia do tej misji. Mówiąc o kimś, że jest skałą, myślimy o osobie, która ma określone cechy charakteru. Jest to ktoś, kto jest silny, niezmienny, na kim można polegać w trudnych chwilach. Jest to ktoś, kto daje poczucie bezpieczeństwa i stabilności w trudnych momentach życia. Myślimy o kimś, kto nie ulega presji i nie da się łatwo złamać. Czy te cechy charakteru tam, pod Cezareą Filipową, definiują Piotra jako skałę? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak. Stanowcza jego odpowiedź na pytanie, które Jezus postawił swoim uczniom: „A wy za kogo Mnie uważacie?” (Mt 16, 15), ukazuje Piotra jako osobę pewną siebie. Do tego stopnia, że chwilę później nie słucha Jezusa. Widzimy to w dalszym dialogu, w którym Jezus zapowiada, że musi pójść do Jerozolimy, aby tam oddać życie na krzyżu. Piotr upomina Jezusa: „Panie, niech Cię Bóg broni. Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie” (por. Mt 16,21-22). Pokazuje w ten sposób swoją niekonsekwencję, bo z jednej strony złożył deklarację, że Jezus jest Mesjaszem, a z drugiej upomina Go, aby nie godził się na śmierć krzyżową w Jerozolimie. Piotr rozpoznał, kim jest Jezus, ale jeszcze nie rozumiał, co oznacza być Mesjaszem. Nie potrafił jeszcze przyjąć, że droga Mesjasza prowadzi przez krzyż.

W historii Piotra jest więcej podobnych sprzeczności:

– Widzimy go odważnie kroczącego po jeziorze, a chwilę później zalęknionego na widok silnego wiatru (por. Mt 14,29-30);

– Oglądamy go protestującego podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy Jezus chce umyć mu nogi. Jednak kiedy słyszy wyjaśnienie, że jeżeli na to nie pozwoli, nie będzie miał udziału z Jezusem, pragnie, aby Jezus umył mu także ręce i głowę (por. J 13,8-9);

– Słyszymy jego deklarację, że nigdy nie zwątpi w Jezusa (por. Mt 26,33), a potem na dziedzińcu pałacu najwyższego kapłana trzykrotnie się Go wyprze, mówiąc: „Nie znam tego Człowieka” (por. Mt 26,74).

Może Piotr chce być silny i twardy jak skała, ale targają nim emocje. Został powołany do tego, aby być przy Jezusie, a gdy Mistrz zostaje pojmany, Piotr idzie za Nim z daleka. Nie ma go też pod krzyżem, na którym umiera Jezus. Wszystko to mogło rodzić w nim poczucie niegodności i grzeszności. Przy całej tej zmienności i niestałości Piotra jedno pozostaje niezmienne: przyjaźń Jezusa. Potwierdza ją Jezus po swoim zmartwychwstaniu, kiedy ukazuje się uczniom nad Jeziorem Tyberiadzkim. Wtedy Piotrowi powierza troskę o swoją owczarnię, przekazując mu odpowiedzialność pasterską i zapowiadając również, że i on poniesie śmierć, przez którą uwielbi Boga (por. J 21,15-19). Ostatecznie jego męczeńska śmierć staje się jego osobistym wyznaniem miłości i wierności Jezusowi. Ten, który nie umiał zgodzić się na mękę i śmierć swego Mistrza i próbował Go przed nią uchronić, sam ofiaruje swoje życie na krzyżu, na Jego wzór. Historia Piotra uświadamia nam, że podobnych rzeczy Bóg chce dokonać w nas i poprzez nas. Dlatego zaprasza nas do postawienia sobie pytania: czy w historii Piotra nie odnajduję własnej historii życia?

Historii, w której doświadczamy również wiele sprzeczności i deklaracji, których nie wypełniamy. Nie raz deklarujemy wierność Bogu, a ciągle potykamy się o własne grzechy i błędy. W jednej chwili jesteśmy pełni zapału i ufności, a chwilę później lęk, zwątpienie albo własna słabość sprawiają, że oddalamy się od Boga?

Stawiamy siebie i własne siły ponad Pana Boga, mówiąc, że sami sobie w życiu poradzi. W tym wszystkim jedno jest pewne: w historii życia każdego człowieka przyjaźń Jezusa nie ustaje. Jest niezmienna i może uzdolnić człowieka do ostatecznego świadectwa miłości i wierności Jezusowi.

Doświadczył tego Anthony Hopkins, aktor, który mówił o sobie, że kiedyś był ateistą, a przez wiele lat agnostykiem. Kiedy rozpoczynał swoją karierę aktorską, zmagał się z chorobą alkoholową. W jednym z wywiadów przyznał, że: „był opętany przez demona. Mówił, że był to nałóg, z którym nie mógł sobie poradzić”. Kiedy był w Los Angeles, poprosił o pomoc. Pewna kobieta powiedziała mu: „Po prostu zaufaj Bogu”. To był pierwszy krok na drodze ku trzeźwości. Wcześniej był bardzo pewny siebie, mawiając sobie: „Mogę to zrobić sam. Mogę wszystko zrobić sam. Pokonam wszystko. Ale to był nonsens. Nie dałem rady pokonać tego na własną rękę”. „Moment łaski” dla Hopkinsa wydarzył się 29 grudnia 1975 r. o godz. 11.00. Brytyjski aktor tak to opisuje: „Zawsze jestem trochę niechętny, aby o tym mówić, bo nie chcę zabrzmieć kaznodziejsko. Ale byłem pijany i prowadziłem w stanie całkowitej nieświadomości – nie miałem pojęcia, dokąd jadę – gdy zdałem sobie sprawę, że mogłem kogoś zabić. Albo siebie, co mnie wtedy nie obchodziło. I uświadomiłem sobie, że jestem alkoholikiem. Otrzeźwiałem i powiedziałem do byłego agenta, którego spotkałem na przyjęciu w Beverly Hills: Potrzebuję pomocy. Była dokładnie 11:00 – spojrzałem na zegarek – i to jest ta dziwna część: jakiś głęboki, potężny głos przemówił do mnie z wnętrza: To już koniec. Teraz możesz zacząć żyć. I to wszystko miało swój cel, więc nie zapomnij ani chwili z tego”. Wtedy Anthony Hopkins zaczął na nowo układać swoje życie w zaufaniu Bogu. Jego historia pokazuje, że człowiek nie zawsze jest w stanie sam pokonać własną słabość i że potrzebuje pomocy, a przede wszystkim Boga. Wracając do czasu, w którym określał siebie jako niewierzącego, przyznał, że ten okres był jak „życie w celi bez okiem. Wielu wspaniałych ludzi, ateistów, mówi, że wiara w Boga jest szaleństwem. Cóż, niech Bóg im błogosławi w tym poczuciu. Mam nadzieję, że są szczęśliwi”.

Siostry i Bracia! Może czasem sądzimy, że Bóg nie będzie miał z nas pociechy, że już nic dobrego nie możemy Mu ofiarować. Pomimo tego On dalej wiernie nam towarzyszy i wspiera. Umacnia naszego ducha, bo nie rezygnuje z nas, bo wciąż w nas wierzy. Nawet gdy my rezygnujemy z siebie, On z nas nie rezygnuje, On dalej w nas wierzy, tak jak wierzył w Piotra, którego pod Cezareą Filipową nazwał Skałą, na której zbudował swój Kościół. Nie dlatego jesteśmy skałą, że nigdy nie upadamy. Stajemy się nią wtedy, gdy pozwalamy Chrystusowi podnieść nas po każdym upadku i uczynić z naszego życia świadectwo Jego miłości.

XX NIEDZIELA ZWYKŁA

File:Folio 164r - The Canaanite Woman.jpg

Słuchając dzisiejszej Ewangelii, truizmem byłoby zwrócić uwagę na determinację i wytrwałość w proszeniu Kananejki. Choć oczywiście jest ona dla nas przykładem tejże wytrwałości w proszeniu Boga, to pozostanie na tym poziomie byłoby krzywdzące zarówno dla tej kobiety, jak i dla całej Ewangelii. Zwróćmy uwagę na nieco inny aspekt, choć również połączony z wymienionym. Zadajmy sobie pytanie o przyczynę i istotę tej wytrwałości i natarczywości.

Każdy chyba z nas spotkał się w swoim życiu z ludźmi, którzy po doświadczeniu, w którym nie zostali wysłuchani przez Boga, zaczęli się od Niego oddalać. Najczęściej sytuacja taka ma miejsce przy okazji choroby lub wypadku kogoś bliskiego, dla nich ważnego. Po wielu latach „nienarzucania się” Panu Bogu nagle pojawiają się modlitwy, posty, nawet akty wynagradzające – wszystko zmotywowane szczerym pragnieniem pomocy osobie kochanej. Motywacją jest miłość. I właśnie tutaj możemy dostrzec pierwszy klucz do dzisiejszej Ewangelii: Kananejka nie przychodzi do Jezusa dla siebie. Przychodzi dla swojej córki. Jej miłość staje się źródłem wytrwałości, a wytrwałość prowadzi ją coraz głębiej w wiarę.

Analogicznie dzieje się w dzisiejszej Ewangelii – Kananejka rozdziera powietrze swoim krzykiem, wołając do Jezusa, aby zwrócił na nią uwagę. Sam moment spotkania z Jezusem jest skutecznie blokowany przez uczniów, którzy, chcąc pozbyć się tej kobiety, proszą Jezusa, aby ją odesłał. To jednak nie następuje. Greckie słowo określające krzyk kobiety zostanie użyte w Ewangelii jeszcze dwa razy – gdy Jezus zawoła Łazarza, aby wyszedł z grobu, i gdy tłum będzie domagał się ukrzyżowania Jezusa.

Powodem, dla którego jest w tej kobiecie tak wielka moc, jest miłość – miłość do dręczonej przez złego ducha córki. W tej scenie spotykają się dwie rzeczywistości: miłość i wiara. Nie stają się tym samym, ale wzajemnie się umacniają. Miłość do córki prowadzi Kananejkę do Jezusa, a wiara pozwala jej wytrwać wtedy, gdy nie otrzymuje od Niego natychmiastowej odpowiedzi.

Jezus, wchodząc w ten niewybredny dialog z Kananejką, nie upokarza jej ani nie odrzuca. Prowadzi rozmowę, która wydobywa i objawia jej wiarę, a zarazem pozwala uczniom zobaczyć, że Boże działanie nie zamyka się w granicach ich dotychczasowego rozumienia misji Jezusa. Jezus dialoguje z Kananejką, aby Jego uczniowie zobaczyli, że wiara, miłość i nadzieja nie są rzeczywistościami zarezerwowanymi wyłącznie dla tych, którzy od początku należeli do ludu Przymierza. Kananejka, choć poganka („niewierna”), staje przed Jezusem i otrzymuje łaskę, o którą prosi. I właśnie tutaj pojawia się paradoks tej Ewangelii: ta, która z perspektywy religijnej nie należy do ludu Izraela, okazuje się mieć wiarę, którą sam Jezus nazwie wielką. „O niewiasto, wielka jest twoja wiara!” – to właśnie te słowa Jezusa stanowią punkt kulminacyjny całej sceny.

Kananejka nie znała Jezusa tak, jak znali Go Jego uczniowie. Usłyszawszy jednak o Nim, przychodzi i woła. Nie ma za sobą religijnego doświadczenia Izraela, nie ma „stażu” wiary, nie może powołać się na lata modlitwy ani na przynależność do wspólnoty. Ma jednak coś, co popycha ją ku Chrystusowi – miłość do córki i zrodzoną z niej wiarę.

I tutaj Ewangelia zaczyna dotykać także nas. Bo sytuacja chrześcijanina jest w pewnym sensie odwrotna. My nie musimy dopiero usłyszeć o Jezusie na rynku między straganami. Znamy Jego imię od dzieciństwa. Jesteśmy ochrzczeni, często prowadzono nas do konfesjonału i do Komunii Świętej. Wielu z nas było ministrantami czy bielankami. A jednak czasem coś pęka. Z różnych powodów zaczynamy się oddalać. Z całej plejady okazji do spotkania z Jezusem pozostaje Pasterka, błogosławieństwo palm czy posypanie głowy popiołem w Środę Popielcową. Traktujemy Boga jak element folkloru, niczym łowicką wycinankę czy malunek na szkle, a później mamy pretensje, że On nas nie traktuje poważnie. Może jednak problem jest gdzie indziej: nie w tym, że Bóg przestał traktować nas poważnie, ale w tym, że my przestaliśmy poważnie traktować relację z Nim. Oczywiście Bogu daleko jest do ludzkich przejawów złości czy złośliwości. Dla Niego każda taka sytuacja jest okazją do pojednania i poruszenia serca, ale z naszej strony potrzebny jest ten moment niezwykłej cierpliwości i miłości – do Niego, ale i do naszych bliskich.

To jest ten kluczowy punkt. Kananejka, zbyta milczeniem Jezusa i niewybrednymi komentarzami uczniów, mogłaby się poddać, powiedzieć, że Jezus jest nieczuły, i obsmarować Go w lokalnych mediach – jeżeli takowe by istniały. Uzyskałaby trochę pieniędzy na leczenie córki, popularność i szacunek w środowisku, a na przyszłość miałaby świetny argument, gdy Ewangelia dotarłaby do tego regionu: „No cóż, próbowała, ale to nie dla niej…”.

My również możemy tak zareagować, kiedy Bóg nie odpowiada w taki sposób, jakiego oczekujemy. Możemy uznać Jego milczenie za obojętność, Jego brak natychmiastowej odpowiedzi za odmowę, a własne rozczarowanie uczynić argumentem przeciw Niemu. I może warto w tym miejscu zapytać siebie: czy ja również nie stawiam Boga na ławie oskarżonych wtedy, gdy nie otrzymuję tego, o co proszę? Kananejka tego nie robi. Nie rozumie jeszcze wszystkiego, nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania, ale pozostaje przy Jezusie. Miłość daje jej siłę, a wiara i nadzieja pozwalają jej trwać. Dlatego stanie się dla uczniów przykładem wiary. Dzisiejsza kolekta mszalna jest wezwaniem do Boga, aby wlał w nasze serca gorącą miłość ku Niemu – po co? Po to, abyśmy miłowali Boga we wszystkim i ponad wszystko. Tę modlitwę Kościół zanosi już od przeszło 1300 lat. Prosimy więc nie tylko o to, aby Bóg spełnił nasze prośby, ale o serce zdolne trwać przy Nim – także wtedy, gdy nie rozumiemy Jego działania i gdy wydaje się, że Bóg milczy. Wspomnijmy Ewangelię z zeszłej niedzieli: Piotr chodzi po wodzie, ale pomimo tego, że Jezus jest przed nim fizycznie obecny, ulega lękowi i zaczyna tonąć. Wtedy woła: „Panie, ratuj mnie!”. I Jezus natychmiast wyciąga rękę.

Jakże blisko jest to wołanie Piotra do wołania Kananejki: „Panie, dopomóż mi!”. Oboje znajdują się w sytuacji bezradności. Oboje wołają do Jezusa. Oboje pokazują nam, że wiara nie polega na tym, że Bóg zawsze natychmiast robi to, czego od Niego oczekujemy. Wiara polega również na tym, że mimo wszystko zwracamy się do Niego. Piotr i Kananejka są różni. Jedno jest uczniem Jezusa, druga – poganką. Jedno jest blisko Niego, druga dopiero do Niego przychodzi. A jednak oboje doświadczają próby wiary. I może właśnie dlatego Ewangelia dzisiejszej niedzieli nie jest tylko opowieścią o wytrwałości w proszeniu. Jest pytaniem o to, czy potrafię trwać przy Chrystusie wtedy, gdy nie rozumiem Jego odpowiedzi. Potrzebujemy głębokiej miłości, która pobudza nadzieję i wiarę, a te z kolei dają wytrwałość w czasie, gdy, jak się zdaje, nie ma odpowiedzi od Boga. Jezus mówi o tym, że jest posłany do nas, a Jego misja, zapowiedziana najpierw wobec Izraela, otwiera się także na pogan, którzy przez wiarę zostają włączeni w zbawienie. My zaś, ochrzczeni, już należymy do wspólnoty Kościoła. Nie zapominajmy o tym – Jezus chce nam pomagać, ale musimy współpracować z Nim nie tylko od święta, lecz także na co dzień. Nie bójmy się wiernie przy Nim trwać i wybierać to, co On nam wskazuje.

 

Uczmy się od Kananejki nie tylko przychodzić do Jezusa wtedy, gdy wszystko zawodzi, ale trwać przy Nim także wtedy, gdy wydaje się, że milczy. Niech miłość prowadzi nas do wiary, wiara do nadziei, a nadzieja do wytrwałości. Po to, abyśmy nie przypominali sobie o Jezusie jedynie od święta, ale żyli w nieustannej bliskości z Nim.

UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWZIĘCIA NMP

Obraz na płótnie - Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny ...

Tak dobrze znana nam uroczystość, dla nas, Polaków, posiadająca podwójny wymiar: maryjny i narodowy… Tak dobrze znana, a przecież niosąca w sobie pewien paradoks. Bo choć wyznajemy w niej prawdę znaną i uznawaną w Kościele, i to nie tylko katolickim, ale i prawosławnym, od czasów niepamiętnych, to przecież w formie dogmatu została ona ogłoszona stosunkowo niedawno, bo w roku 1950. Sformułowanie „czasy niepamiętne” jest tu jak najbardziej stosowne, bowiem istnieje wiele wiekowych świątyń pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Choćby Kościół Mariacki w Krakowie, który zaczęto budować właśnie pod tym wezwaniem już w XIII wieku, siedem wieków przed ogłoszeniem dogmatu.

Oczywiście, mógłby ktoś zaoponować: jak to, czasy niepamiętne? Przecież znana jest nam doskonale historia, jak to Matka Boża, gdy czuła, że zbliża się kres Jej ziemskiej wędrówki, wezwała Apostołów, by jeszcze raz zobaczyć tych przyjaciół, braci Jej Syna, i pożegnać się z nimi. Przybyli wszyscy poza jednym – Tomaszem, który spóźnił się, bo miał najdalej ze wszystkich. Gdy dotarł, ciało Maryi spoczywało już w grobie. Zdołał uprosić pozostałych, by pozwolili mu jeszcze raz spojrzeć na Jej oblicze. Gdy otworzono grób, okazał się pusty – rosły w nim tylko białe lilie. Jakie więc czasy niepamiętne? Już Apostołowie wiedzieli, zobaczyli, że ciało Maryi, to pierwsze na świecie tabernakulum, nie uległo skażeniu rozkładem, że Maryja z duszą i ciałem została wzięta do niebieskiej Ojczyzny. Historia ta z pewnością jest wzruszająca i nie ma powodu, by z góry odrzucać ją jako nieprawdziwą… Gdyby nie fakt, że pojawia się dopiero kilka wieków po czasach apostolskich. Gdyby nie to, że tradycje są różne – jedni mówią, że Matka Boża dożyła swych dni w Efezie, inni twierdzą, że wróciła do Jerozolimy, by odejść z tego świata blisko miejsca, w którym umarł i zmartwychwstał Jej Syn. Gdyby nie to, że owo spóźnienie św. Tomasza Apostoła jest podejrzanie charakterystyczne – przypomnijmy sobie, co działo się po zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, gdy również nie było go z innymi Apostołami… Mamy więc swoisty paradoks. Niby od zawsze, ale… od kiedy? Z całą pewnością możemy jednak powiedzieć, że gdy papież Pius XII ogłaszał dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, nie wziął się on znikąd. Wprost przeciwnie – cała procedura przygotowująca jego ogłoszenie, a zwłaszcza ankieta przeprowadzona wśród biskupów całego świata, potwierdziła starożytność tej wiary i jej powszechność wśród katolików.

Skoro jednak tak, skoro było wiadomo, że chrześcijanie – nie tylko katolicy, ale i prawosławni – tę prawdę wyznają, po co było ogłaszać ją w formie dogmatu? Zwłaszcza że można było się spodziewać, iż może to dodatkowo pogłębić podziały istniejące pomiędzy uczniami Chrystusa. Czy rzeczywiście potrzeba było dogmatu, który na katolików nakłada obowiązek przyjęcia go umysłem i sercem? Czy nie można było pozostawić tej sprawy tak, jak była?

I tu pojawia się kolejny paradoks związany z tym dogmatem. Bo choć mówi on o Najświętszej Maryi Pannie, o wyjątkowym przywileju udzielonym Jej przez Boga, to tak naprawdę mówi o nas. O wszystkich ludziach.

Rok 1950, rok ogłoszenia dogmatu… Świat, a zwłaszcza Europa, dymi jeszcze zgliszczami domów zburzonych podczas II wojny światowej. Groby są jeszcze świeże, wiatr ciągle rozwiewa popioły ludzkich ciał spalonych w obozach koncentracyjnych, niemal każda rodzina przeżywa jeszcze żałobę po utraconych bliskich. Ciągle jeszcze nie milkną echa tych strasznych czasów, gdy zdeptano godność człowieka, gdy życie ludzkie nie miało żadnej wartości, gdy wydawano wyroki na całe narody. Gdy zabicie człowieka – kobiety czy mężczyzny, dziecka czy dorosłego, naukowca czy wieśniaka, bogatego czy biednego – było łatwiejsze od pstryknięcia palcami. Gdy miliony wymordowano w obozach, gettach i podczas pacyfikacji, a tysiące zginęły w wybuchach dwóch bomb atomowych…

I gdy to wszystko jeszcze trwało, już wyciągał ku ludziom swoje krwawe pazury kolejny zbrodniczy system. System, w którym jednostka była niczym – „bzdurą”, jak wołał jeden z piewców tego systemu, Majakowski. System, w którym tylko partia była ową milionopalcą ręką zaciśniętą w miażdżącą pięść. I ta pięść znów pozbawiała życia i zdrowia miliony. Listy skazanych podpisywano przy porannej kawie, nie patrząc nawet na nazwiska. Bohaterowie byli stawiani przed zbrodniczymi, pokazowymi sądami, pozbawiani godności i życia, wymazywani z pamięci, grzebani w bezimiennych grobach.

I jakby tego wszystkiego było mało, mędrkowie tego świata zaczęli szerzyć filozofię, według której istnienie człowieka było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Filozofię, która potraktowana dosłownie prowadziła nawet niektórych swoich twórców do samobójczej śmierci.

Oto wtedy właśnie Ojciec Święty decyduje się ogłosić dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Bo dogmat ten przypomina, że życie każdego człowieka ma ogromną wartość, ma sens i kierunek. Że nie jesteśmy marionetkami meandrów historii ani zabawkami w rękach ślepego losu. Dogmat ten mówi, że Maryja jako pierwsza spośród ludzi (niejako poza kolejnością), dostąpiła już w pełni tego, do czego powołani jesteśmy wszyscy. Że, po pierwsze, niezależnie od okoliczności naszego poczęcia, pojawiliśmy się na tym świecie, bo tak chciał Bóg. Każdego z nas zapragnął i każdego obdarzył swoją miłością. Miłością, która przekracza czas i przestrzeń, bo jest wieczna i do wieczności nas prowadzi. Miłością, która jest potężniejsza niż wszelkie zło, bo Syn Boży umarł dla naszego zbawienia. Miłością, która jest potężniejsza niż śmierć, bo On zmartwychwstał, a w Nim i my zmartwychwstaniemy, zaproszeni tam, gdzie nasza Matka już na nas czeka. Możemy też z ufnością wierzyć, że Ta, która dostąpiła tego wyjątkowego przywileju i jako pierwsza z ludzi została z duszą i ciałem wzięta do chwały nieba, oręduje za nami i oczekuje nas w domu Ojca.  By nas – gdy nasz czas nadejdzie – w progu tego domu nas przyjąć i wziąć w swoje ramiona. Właśnie dlatego dogmat ten został ogłoszony w tamtym strasznym czasie. Nie mówił nic nowego o Maryi, ale nam przypomniał o godności, jaką został obdarowany każdy człowiek. Godności Bożego dzieła i dziecka, godności kogoś, za kogo Syn Boży nie zawahał się przelać swojej Przenajświętszej Krwi, godności kogoś, kto powołany jest do wieczności i właśnie z perspektywy wieczności odczytuje sens swojego istnienia.

Dziś świętujemy tę prawdę. Jako dzieci cieszymy się tym, że nasza Matka nie została dotknięta ziemskim rozkładem, że zawsze była i pozostaje na wieki cała piękna, że każdy z nas może powiedzieć – jak dzieci czasem mówią – że właśnie moja Mama jest najpiękniejsza.

Ale to świętowanie powinno każdego z nas sprowokować do postawienia sobie pytania: jak ja tę swoją godność traktuję? Czy dbam o jasność tego wizerunku dziecka Bożego w sobie, czy może jest on brudny, skalany moimi grzechami? Czy wierzę, że sens mojego istnienia przychodzi z wieczności, czy może tylko to życie tutaj, na ziemi, ma dla mnie znaczenie? Czy ufam, że wszystko, co dzieje się tu, odbija się echem w wieczności i że dopiero tam otrzymam odpowiedzi na wszystkie moje pytania? Czy może raczej obrażam się na Boga, gdy nie rozumiem cierpienia, bólu i samotności?

Ale też zapytajmy: jak szanujemy tę godność w naszych braciach i siostrach? Czy nie depczemy jej obmową, napastliwą krytyką, pociąganiem ich do grzechu naszym słowem, przykładem, a może kuszeniem? Czy pomagamy innym dostrzec na nowo tę godność, zwłaszcza gdy sami przestają ją szanować, gdy tracą nadzieję, gdy świat się od nich odwraca? Dziś, gdy nasze świętowanie obejmuje także wymiar narodowy – wspomnienie Cudu nad Wisłą, walki jednoczącej wszystkich Polaków – zapytajmy również, czy szanujemy godność tych, którzy może myślą inaczej. Czy patrzymy na drugą stronę naszych politycznych sporów z pogardą, o której coraz częściej mówi się publicznie i bez żadnego wstydu, czy też dostrzegamy w tych drugich naszych rodaków, a przede wszystkim dzieci Boże, może zagubione, ale wciąż odkupione tą samą Krwią Chrystusa? Czy, wpatrując się w telewizor i słuchając kolejnej debaty, przeklinam tych, których tam widzę, czy może raczej odmówię za nich „Zdrowaś Maryjo”, bo przecież czyż nie ta sama Matka czeka na nas w domu Ojca?

Przychodzimy dziś do świątyń, przynosimy kwiaty, zdobimy flagami nasze domy… Niech jednak przede wszystkim szacunek dla godności – mojej i tego, kto jest obok mnie – a może także pragnienie jej przywrócenia przez pojednanie z Bogiem i pojednanie z człowiekiem, będzie najpiękniejszym kwiatem złożonym u stóp naszej wziętej do nieba Matki. Amen.