XXI NIEDZIELA ZWYKŁA

En su presencia

Każdy z nas, świadomie bądź nie, nosi w sobie pragnienie przynależności do jakiejś wspólnoty, a co za tym idzie – akceptacji i przyjęcia. Pragnienie to jest naturalne i wynika z naszych pierwotnych instynktów społecznych. Daje ono poczucie bezpieczeństwa, sprawczości, a także pozwala odnaleźć pomoc w trudnościach i oparcie w chwilach niepowodzeń. Człowiek jest istotą społeczną i – powtarzając za klasykiem – nikt nie jest samotną wyspą.

Jednak potrzeba przynależności może mieć różne źródła i różne skutki. Może być naturalna, pozytywna i budująca, ale bywa także negatywna. Kiedy pragniemy wspólnoty z potrzeby bezpieczeństwa, braterstwa i jedności – to pragnienie jest dobre. Gdy natomiast kieruje nami chęć elitarności, wyższości czy źle pojmowanego ekskluzywizmu – wówczas rodzi się coś niebezpiecznego i sprzecznego z Ewangelią.

Dla jasności – nie chodzi tu o jakąkolwiek rewolucję polityczną czy społeczną (o manifest rewolucji marksistowskiej czy francuskiej), ale o zrozumienie, co kryło się za pytaniem rozmówcy Jezusa w dzisiejszej Ewangelii. Na pierwszy rzut oka mogło ono brzmieć jak troska: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?” (Łk 13,23). Tymczasem już w pierwszym czytaniu usłyszeliśmy, że Bóg – wbrew ówczesnym przekonaniom Żydów – pragnie zbawić także tych, którzy nie uchodzili za „godnych” Jego wybrania. Słowa proroka Izajasza mogły dla wielu zabrzmieć jak bluźnierstwo, bo przecież przymierze zostało zawarte z Abrahamem i jego potomstwem. A jednak Bóg objawia, że Jego miłość i zbawienie skierowane są do wszystkich narodów.

Żydowski midrasz opowiada, że gdy wody Morza Czerwonego zatapiały faraona i jego wojsko, aniołowie zwrócili się z radością do Boga, wysławiając Jego moc i ocalenie ludu wybranego. Wtedy Bóg – jak mówi tradycja – miał zasmucić się i odpowiedzieć: „Jak mogę się cieszyć, skoro Moje dzieci giną w Morzu Czerwonym?”.

Dzieło odkupienia jest faktem: męka, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa – Jego doskonałe posłuszeństwo i miłość – otworzyły nam drogę do Nieba. Każdy człowiek otrzymał dar zbawienia, ale pozostaje pytanie: co z tym darem zrobimy? Nie jest on tanim „gratisem” dorzucanym do gazety czy paczki chipsów, lecz niewyobrażalnym skarbem, który można przyjąć i rozwinąć albo – niestety – zmarnować.

Odpowiedzią na to pytanie jest przypowieść Jezusa, a jej sens dopełnia dzisiejsze drugie czytanie. Sama deklaracja wiary jest niewystarczająca. Jak mawiają członkowie Drogi Neokatechumenalnej: „To, że stoję w kościele, nie czyni mnie jeszcze katolikiem, tak jak to, że stoję w garażu, nie czyni mnie samochodem”. Bóg oczekuje nie tylko słów, ale także postawy serca i czynów. Nie praktykujemy modlitwy, uczynków miłosierdzia czy lektury Pisma Świętego po to, aby „zasłużyć” na Niebo, lecz dlatego, że kochamy Boga, siebie i bliźniego. To miłość, a nie strach przed karą czy chęć nagrody, powinna być motywacją naszego życia. Przyjmujemy trudy i cierpienia nie jako „karę Bożą”, lecz jako okazję, by zbliżyć się do Boga i upodobnić do Chrystusa.

Wtedy wszystko jest na właściwym miejscu. Wtedy pytanie rozmówcy Jezusa byłoby wyrazem troski o zbawienie jak największej liczby ludzi, a nie – jak można przypuszczać – próbą potwierdzenia własnej wyjątkowości. Ekskluzywizm religijny, który nie zaprasza do wspólnoty, ale eliminuje innych, jest sprzeczny z Ewangelią.

 

Kościół jest drogą do zbawienia. W nim otrzymujemy wszystkie potrzebne środki, by wzrastać w miłości i dążyć do życia wiecznego z Bogiem. Ale tej drogi nie możemy zamykać przed tymi, którzy jeszcze do Kościoła nie należą lub z różnych przyczyn są od niego daleko. Troska o depozyt wiary ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi do ewangelizacji i pragnienia zbawienia wszystkich, a nie do szyderstwa czy pogardy wobec tych, którzy są „na zewnątrz”. W sercu chrześcijanina powinien być ból i żal na myśl o potępieniu innych, a nie pycha i przekonanie, że „ja mam już niebo zapewnione”.

Bóg jest Miłością i pragnie, aby każdy człowiek mógł doświadczyć tej Miłości i miłosierdzia. Stawia warunki, ale jednocześnie daje łaskę, abyśmy mogli je wypełnić.

Prośmy Boga, przez ręce Najświętszej Maryi Panny, aby Jego miłość przynaglała nas do ewangelizacji. Niech jak najwięcej ludzi doświadczy miłości Boga i osiągnie zbawienie.

XX NIEDZIELA ZWYKŁA

XX Niedziela Zwykła, rok C, 14.08.2022 – komentarz do Ewangelii

„Przyszedłem ogień rzucić na ziemię” (Łk 12,49).

W Afryce Wschodniej, pod koniec pory suchej, w styczniu i lutym, mamy do czynienia z wielkimi „pożarami buszu”, które spalają roślinność rozległych obszarów sawanny.

Pożary te często są wzniecane celowo, aby usunąć chwasty, ściernisko i cierniste krzewy.

Ogień zdaje się niszczyć wszystko, oszczędzając jedynie najwyższe i najsilniejsze drzewa.

Z nadejściem pory deszczowej cała okolica ponownie ożywa: pojawiają się zielone liście, dzikie owoce i delikatna trawa.

Ponieważ świat wydawał się pełen niesprawiedliwości i przemocy, ludzie w czasach Jezusa uważali, że potrzeba ognia, który oczyści stary świat z wszelkiego zła i przygotuje narodziny nowego.

Prorok Sofoniasz zapowiada nadejście takiego dnia „ognia”, gdy mówi: „ogień mej żarliwości pochłonie całą ziemię” (So 3,8; por. 1,18). Ogień ten nie tyle ma zgładzić grzeszników, ile zniszczyć zło.

O ogniu mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię” (Łk 12,49).

Ogień, o którym mówi Jezus, to ogień oczyszczający i zbawiający – to ogień Jego słowa, Jego nauki, Jego orędzia zbawienia.

Kto podąża za Jezusem, pragnie, aby ogień, który On rozpalił, płonął jasno w tym świecie.

Wciąż daleko nam do tego, by nakarmić wszystkich głodnych, zagwarantować równe prawa wszystkim, wyeliminować wojny i pozbyć się broni jądrowej.

Ogień przemiany, którego potrzebujemy, to nie tylko głębokie reformy gospodarcze, ale przede wszystkim przemiana sumienia ludzi i narodów.

„Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12,51).

To powiedzenie może brzmieć zaskakująco, bo przecież mamy nadzieję, że Jezus przynosi pokój.

Przyzwyczailiśmy się utożsamiać Jezusa z pokojem – czyż nie jest On Księciem Pokoju?

Prorocy zapowiadali, że Mesjasz będzie Księciem Pokoju, a Jego panowanie nie będzie miało końca (Iz 9,5-6). Zapowiadali też, że ogłosi On pokój wszystkim narodom ziemi (Za 9,10).

Jednak Jezus mówi wprost o podziałach, jakie spowoduje Jego słowo. Stwierdza, że Jego obecność i nauka będą źródłem rozłamu – nawet w rodzinach czy społecznościach – ponieważ życie zgodne z Ewangelią może prowadzić do trudnych wyborów, sprzeciwu wobec dotychczasowych norm i wartości, a nawet konfliktów.

Przyglądając się życiu Jezusa, poszukujmy wskazówek, jak pogodzić „pokój” i „rozłam”.

Widzimy, że część tych podziałów i wewnętrznej walki dokonuje się w Nim samym – szczególnie w modlitwie w Ogrodzie Oliwnym, a część ma miejsce w relacji z innymi – z Jego Matką i krewnymi. 

Podążanie za wolą Ojca prowadzi Jezusa do pokoju, który płynie z bycia wiernym sobie i Bogu.

Niech to będzie również nasza droga do pokoju – pośród różnych doświadczeń podziałów w rodzinie, społeczeństwie i w nas samych – przez odczytywanie znaków czasu w świetle Ewangelii i Bożej woli, która jest w nich zawarta.

Niech ogień Chrystusowego słowa zapłonie w nas i przemienia nasz świat od wewnątrz.

UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWZIĘCIA NMP

15 VIII Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny ...

Ta dzisiejsza uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej – podobnie zresztą jak każde inne większe maryjne święto – ma w sobie coś szczególnego, coś niezwykłego, bo przyciąga do kościoła nawet tych katolików, którzy zazwyczaj nie narzucają się zanadto Panu Bogu. Taką prawidłowość można zauważyć we wszystkich lub prawie wszystkich kościołach – przynajmniej w naszym kraju – że święto czy uroczystość maryjna zazwyczaj nie tyle gromadzi w kościołach więcej ludzi niż zwykle, ale skłania do uczestnictwa we Mszy Świętej tych wątpiących, poszukujących czy dystansujących się na co dzień od Kościoła, tych którzy, choć wierzący, to w codziennym okazywaniu swojej wiary są raczej powściągliwi.

Zjawisko możemy dostrzegać i wielbić za nie Boga – wielbić za te wielkie rzeczy, które czyni na naszych oczach – przede wszystkim dzięki Matce Bożej, która jest dla nas wszystkich bardzo ważna. Intuicyjnie wyczuwamy bowiem, że tak jak każda matka przygarnia, pociesza i potrafi wybaczyć swoim dzieciom najgorsze przewinienia, tak Maryja przygarnia i prowadzi do Boga największych grzeszników, dodając odwagi, dodając sił do nawrócenia, do zmiany swojego życia. Każdy z nas jest dla Maryi ukochanym synem, ukochaną córką, ukochanym dzieckiem nie zawsze podążającym prostymi drogami Bożych przykazań, ale często szukającym własnych dróg, może nawet i z dala od Pana Boga. Maryja gotowa jest przemierzyć każdą odległość, by nas odnaleźć, by każdą i każdego z nas odzyskać dla Chrystusa.

Św. Łukasz ukazuje nam dzisiaj w swojej Ewangelii Matkę Bożą zmierzającą pośpiesznie przez góry do domu Elżbiety. Jak pisał św. Ambroży, jeden z ojców Kościoła, Maryja z radością udała się w góry, „nie jakoby nie wierząc słowom archanioła Gabriela, nie jakoby nie miała pewności co do tego, co Jej zwiastowano, nie jakoby wątpiła o rzeczywistości zwiastowania, lecz pełna radości śpieszyła ku temu, co wzniosłe”. Ewangelista Łukasz przedstawia nam Maryję śpieszącą z pomocą, śpieszącą po to, by służyć swej krewnej Elżbiecie – śpieszącą bez względu na trud podróżowania wynikający z konieczności przemierzania niełatwych górskich szlaków, bez względu na trud wynikający z własnego błogosławionego stanu. To, co dodawało Jej sił i było motywacją do odbycia z pośpiechem niełatwej podróży, to było gorące i szczere pragnienie spotkania z drugim człowiekiem i gotowość do służby. A więc miłość bliźniego w najczystszej postaci, miłość do drugiego człowieka w najczystszej postaci.

I chyba to jest to, co przyciąga nas wszystkich do Maryi, do Matki troskliwej i przebaczającej, do Matki, która nie ocenia i nie osądza, ale bez względu na wszystko poszukuje nas – nawet gdy jesteśmy daleko od Pana Boga – i wskazuje nam właściwą drogę, zachęcając do tego, by właśnie tą drogą podążać.

Dzisiejsza uroczystość Wniebowzięcia Maryi uświadamia nam jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Chodzi o to, co św. Paweł wyjaśnia Koryntianom, pisząc do nich w liście, którego fragment przed chwilą odczytaliśmy, że Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy, zaś ci, którzy żyją w Chrystusie również będą ożywieni, ale każdy według własnej kolejności (por. 1 Kor 15,20.23). I właśnie to, czego my dostąpimy – jak wierzymy – na końcu czasów, stało się już udziałem Maryi w chwili Jej wniebowzięcia. My dostąpimy zbawienia na końcu czasów, zaś Maryja jako pierwsza już osiągnęła zbawienie, i dla nas, ludu wciąż pielgrzymującego na ziemi, stała się źródłem pociechy i znakiem nadziei, naszą Orędowniczką u Ojca w niebie, wstawiającą się za nami we wszystkich naszych sprawach.

I dzisiaj, wpatrując się w Maryję i świętując Jej wniebowzięcie, prośmy przez Jej wstawiennictwo o otwartość naszych serc i umysłów, o wrażliwość na ową matczyną czułość, która ma nas mobilizować do wcielania Ewangelii w nasze codzienne życie. Niech Ta, która z ciałem i duszą została wzięta do nieba, oręduje za nami, byśmy kiedyś po dobrym życiu mogli być wraz Nią tam, gdzie Ona już króluje. Amen.

XIX NIEDZIELA ZWYKŁA

10.08 – 19. Niedziela zwykła - KERYGMA - liturgia i ...

Fragment z Księgi Mądrości – pierwsze czytanie – jest nawiązaniem do Paschy i wezwaniem do czujności, życia „w gotowości”, by spotkać Tego, który nadchodzi, Tego, ku któremu zmierzamy. To postawa, która przypomina moment, gdy Bóg wezwał lud, by przygotował się do wyjścia z Egiptu: „Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach” (Wj 12,11). „Noc wyzwolenia” – pisze Autor Księgi Mądrości – „została zapowiedziana naszym ojcom, aby nabrali odwagi” (por. Mdr 18,7). To jest klucz do zrozumienia Ewangelii.

Wierzący dzisiaj mogą poczuć się jak „mała trzódka”, jak niegdyś Izrael. Ale jeśli jesteśmy w rękach Boga, będziemy zdolni pokonać wszelkie przeszkody. Jezus przypomina, że jesteśmy wybrani, ogarnięci miłością Ojca. Dlatego prosi, aby zrodziło się nasze zaufanie do Boga: „Sprzedajcie, co posiadacie, i dajcie jałmużnę. Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” (Łk 12,33-34).

Ogołocenie się z tego, co się posiada – dóbr, pieniędzy, ziemi – nie wynika z pogardy ani z filozoficznego cynizmu, lecz z potrzeby dzielenia się z tymi, którzy nie mają. Każdy ma swoje bogactwa: pieniądze, dobra, ale także możliwości, wolny czas, osobiste dary. Uwolnienie się od przywiązania do rzeczy, by objąć Najwyższe Dobro całym swoim jestestwem, jest gwarancją wolności – dowodem na to, że nie żyjemy, polegając jedynie na własnych siłach i możliwościach. To takie proste, a jednak wymaga nawrócenia, które nigdy nie dokonuje się raz na zawsze, lecz musi być odnawiane dzień po dniu, gdy idziemy za Jezusem. Ponieważ dobra i pieniądze niemal zawsze nam towarzyszą – i często się mnożą. W jednym ze swoich kazań ks. Piotr Pawlukiewicz opowiadał o sprzęcie do odtwarzania muzyki – nie pamiętał, czy sam go kupił, czy ktoś mu go podarował. Wieczorem zaczął go składać i podłączać. I – jak mówił – nie wiedział, kiedy minął czas, ale skończył dopiero nad ranem. Wtedy pomyślał: „Gdyby ktoś kazał mi adorować Najświętszy Sakrament przez całą noc, co by się działo? Jakim byłbym męczennikiem, jaka ofiara!”. A tutaj – sam nie wie, kiedy minęły godziny… W dzisiejszym fragmencie Ewangelii Jezus mówi: „Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” (Łk 12,34).

Co – lub kto – jest moim skarbem? Gdzie jest moje serce?

Mamy w dzisiejszej Ewangelii wezwanie do czuwania, bycia gotowym na spotkanie z Panem. Powinniśmy być podobni do sług oczekujących powrotu swego Pana: „Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie” (Łk 12,35). Zatrzymajmy się na tym obrazie. „Niech będą przepasane biodra wasze…” To postawa pielgrzyma, gotowego wyruszyć w drogę. To postawa Abrahama, który opuścił swoją ojczyznę umocniony obietnicą Boga (por. Rdz 12,1-4). To postawa Narodu Wybranego, gotowego do wyjścia z ziemi niewoli (por. Wj 12,11). I dziś mamy przyjąć taką postawę – by nie zapuścić korzeni w wygodach, bezpiecznych domach i osiągnięciach, które mogą nas zniewolić.

„Zapalone pochodnie” To światło wiary, które pozwala nam odczuwać, że Bóg jest z nami, jest pośród nas. To światło nadziei, które podtrzymuje nas w ziemskiej pielgrzymce – wiemy, ku czemu zmierzamy. To światło miłości, które pobudza do dzielenia się tym, co posiadamy, bo jesteśmy dziećmi jednego Ojca. To światło braterstwa, które przypomina, że nie jesteśmy sami – ale wspólnie przeżywamy tę podróż jako lud Boży. Nie trzeba nikogo przekonywać, jak ważna jest czujność tych, którzy za coś odpowiadają. Ich zaniedbanie, nieuwaga, senność – mogą mieć tragiczne skutki. Czuwanie oznacza rezygnację ze snu, poświęcenie czasu, by nie dać się zaskoczyć. Oznacza walkę z ospałością i biernością – by osiągnąć to, do czego naprawdę dążymy. Jezus wzywa do wielkiej czujności i duchowej gotowości. Prosi nas, abyśmy przyjęli postawę sług, którzy przepasali biodra, by służyć. Abyśmy mieli zapalone lampy, byli gotowi otworzyć, gdy Pan zapuka. Oto prawdziwa postawa chrześcijanina: „Błogosławieni owi słudzy, których Pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie” (Łk 12,37). To znaczy: błogosławieni ci, którzy mając Pana za swój skarb, będą oczekiwać Jego przyjścia – i spotkają Go w chwili, gdy nadejdzie, choćby o późnej godzinie. Czuwanie nie jest łatwe. Trudy dnia, praca, obowiązki, długi czas chrześcijańskiego życia, monotonia codzienności – wszystko to zagraża czujności. Wymaga ona uwagi, roztropności i odpowiedzialności. A gdy ludzie wokół nas troszczą się jedynie o lepsze mieszkanie, samochód czy egzotyczne wakacje – łatwo się w tym zatracić i widzieć tylko to.

Pewien nauczyciel – mędrzec – powiedział do swojego ucznia:

– Rozejrzyj się po tym pokoju i postaraj się zapamiętać wszystkie przedmioty brązowego koloru. Uczeń wykonał polecenie. Po chwili mędrzec rzekł:
– Zamknij oczy i wymień wszystkie przedmioty koloru niebieskiego.
Uczeń zdenerwowany odpowiedział: – Nie zauważyłem żadnych przedmiotów niebieskich, bo całą moją uwagę skupiłem na brązowych – tak mi pan kazał. Mędrzec uśmiechnął się i powiedział: – Otwórz oczy i rozejrzyj się. W pokoju jest wiele niebieskich przedmiotów. I to prawda. Po chwili dodał: – Tym przykładem chciałem ci pokazać życiową prawdę: jeżeli w pokoju zwracasz uwagę tylko na rzeczy jednego koloru – a w życiu tylko na to, co materialne, co proponuje świat – to będziesz tylko to widział i to będzie wpływało na twoje życie.

A Ty? Na co dziś patrzysz? Co zajmuje Twoje serce i uwagę?

Spróbuj dziś wieczorem zrobić prosty rachunek sumienia: co było dla Ciebie „skarbcem” w ostatnim tygodniu? Gdzie było Twoje serce – przy Jezusie czy może bardziej przy koncie bankowym, komforcie, opiniach innych?

Zrób miejsce Panu. Stań przed Nim z zapaloną pochodnią wiary – może choć na chwilę adoruj Go w ciszy. Oddaj Mu to, co Cię przygniata, i proś, aby oczyścił Twoje serce, by było gotowe na Jego przyjście – nawet dziś.

Bo „błogosławieni ci, których Pan zastanie czuwających” (Łk 12,37). Niech wśród nich będziesz i Ty.

BOLESNE ROCZNICE NASZEGO NARODU

 

81 ROCZNICA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO I RZEŹ WOLI

Warszawa. Ludność cywilna Woli prowadzona przez Niemców ulicą Wolską, przypuszczalnie w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. podczas tzw. Rzezi Woli. Fot. Bundesarchiv. Źródło: Wikimedia Commons

Między 5 a 7 sierpnia 1944 r. na ulicach, w podwórzach, domach, fabrykach i szpitalach Woli doszło do bezprzykładnej w dziejach II wojny światowej, zorganizowanej masakry ludności cywilnej. Akcja wyniszczania miasta była odpowiedzią na wybuch Powstania Warszawskiego, ale jej przyczyny tkwią w ideologii niemieckiego nazizmu. Wieczorem 1 sierpnia 1944 r. wieść o wybuchu powstania w Warszawie dotarła do Berlina. O tym wydarzeniu poinformował Hitlera Reichsführer SS Heinrich Himmler: „Powiedziałem: Mein Führer, moment jest niesympatyczny. Z punktu widzenia historycznego jest jednak błogosławieństwem, że ci Polacy to robią. W ciągu pięciu–sześciu tygodni pokonamy ich. Ale wtedy Warszawa – stolica, głowa, inteligencja tego niegdyś szesnasto-, siedemnastomilionowego narodu Polaków – będzie starta. Tego narodu, którzy od siedmiuset lat blokuje nam Wschód i od pierwszej bitwy pod Tannenbergiem ciągle nam staje na drodze. Wtedy polski problem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet już dla nas – nie będzie dłużej żadnym wielkim problemem historycznym”. 

XVIII NIEDZIELA ZWYKŁA

Firma w podziale majątku – co z wartościami niematerialnymi, klientami i długami? - Adwokat Łukasz Oleś

Dzisiejsza Ewangelia to jak cios w samo serce naszej współczesnej mentalności. Oto przychodzi do Jezusa człowiek i mówi: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby podzielił się ze mną spadkiem” (Łk 12,13). Czyli już wtedy ludzie potrafili się pokłócić o majątek… Nic nowego. Znamy to aż za dobrze – iluż to braci, sióstr, kuzynów i przyjaciół poróżniło się o kawałek pola, o dom po rodzicach, o parę złotych ze spadku?

A Jezus – zamiast wejść w rolę sędziego rodzinnego – odpowiada: „Uważajcie, strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie zależy od jego mienia” (Łk 12,15). I dodaje przypowieść o bogaczu, który miał tyle zboża, że już nie wiedział, gdzie je pomieścić. „Zburzę spichlerze, zbuduję większe. Potem powiem duszy mojej: Masz wielkie zasoby dóbr na długie lata; odpoczywaj, jedz, pij i używaj życia” (Łk 12,18-19). Tylko że Pan Bóg mu na to odpowiada: „Głupcze! Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy. Komu przypadnie to, co nagromadziłeś?” (Łk 12,20). Drodzy! Powiedzmy to sobie szczerze: to nie jest przypowieść o kimś z dawnych czasów. To przypowieść o nas. Spójrzmy na nasze życie. Ileż mamy zapału do spraw ziemskich! Ludzie potrafią pracować od świtu do nocy, brać nadgodziny, dodatkowe zlecenia – byle tylko mieć więcej. Dom musi być większy niż sąsiada, samochód lepszy niż szwagra, wakacje bardziej egzotyczne niż te znajomych z Facebooka.

I wiecie, co w tym najtragiczniejsze? Że naprawdę wierzymy, iż to wszystko da nam szczęście. Gromadzimy, gromadzimy, gromadzimy… A potem nagle przychodzi śmierć. I wtedy okazuje się, że trumna nie ma kieszeni.

To aż banalne, a jednak prawdziwe. Trumna nie ma kieszeni, nie ma sejfu, nie ma miejsca na kartę kredytową ani kluczyki do nowego SUV-a. Wszystko zostaje na ziemi. Kiedyś ktoś żartował: „Najbogatszy człowiek na cmentarzu… nadal jest martwy”. I ma tyle samo jak ten, który za życia miał niewiele. Gdybyśmy choć ułamek tego wysiłku, który wkładamy w sprawy materialne, włożyli w troskę o duszę… Gdybyśmy z taką samą energią, z jaką biegniemy za pieniędzmi, biegli za Bogiem – to każdy z nas byłby świętym!

Ale nie. Na modlitwę nie mamy czasu. Spowiedź odkładamy „na później”. Na niedzielną Mszę Świętą zawsze znajdzie się jakaś wymówka: bo pada, bo za gorąco, bo dziecko ma katar… A na serial jest czas. Na Facebooka jest czas. Na kolejny weekend nad jeziorem – też czas się znajdzie. Tylko warto postawić sobie pytanie: A jeśli Bóg powie ci to, co usłyszał bogacz w Ewangelii? „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy” (Łk 12,20) – co wtedy Mu odpowiesz?

Dzisiejszy świat troszczy się o wszystko: o zdrową dietę, suplementy, siłownię, stan konta, ubezpieczenia na życie, dom, samochód… Troszczymy się o wszystko – tylko nie o niebo. A przecież nasze życie na ziemi to jak krótki sen (por. Hi 14,1-2; Ps 90,5-6). Jeden moment – i budzisz się po drugiej stronie. I co wtedy?

Ktoś powie: „Mam piękny ogród” – ale po śmierci go nie skosisz.

Ktoś inny: „Miałem super samochód” – ale w niebie nie ma autostrad.

Jeszcze inny: „Miałem złoto, dolary, euro!” – ale w niebie nie ma kantorów.

Zwróćmy uwagę na jedno: to sam Bóg w Ewangelii mówi: „Głupcze!” – a przecież Bóg zwykle nie obraża ludzi. Jezus bardzo rzadko używał takich słów, ale tu – wobec ślepego materializmu – czyni wyjątek. Dlaczego? Bo to właśnie ci, którzy żyją tylko dla tego świata, zapominając o wieczności, są w oczach Boga prawdziwie ubodzy duchem (por. Mt 6,19–21; Mt 16,26).

Ilu ludzi wokół nas planuje dokładnie, co zrobić z pieniędzmi, a nie potrafi zaplanować spowiedzi? Ilu bardziej boi się straty majątku niż straty duszy? (por. Mt 10,28). Dzisiejsza Ewangelia to lustro dla naszego świata. Żyjemy w czasach, gdy bardziej interesuje nas wartość konta niż wartość duszy. Potrafimy godzinami śledzić notowania giełdowe, ale nie znajdujemy dziesięciu minut na modlitwę. Inwestujemy w domy, samochody, wakacje, a nie inwestujemy w miłość, przebaczenie, relację z Bogiem.

Nie chodzi o to, że bogactwo samo w sobie jest złe. Pismo Święte nie potępia bogactwa. Abraham był bogaty (por. Rdz 13,2). Józef z Arymatei, który złożył ciało Jezusa w grobie, był człowiekiem zamożnym (por. Mt 27,57). Ale oni wiedzieli, że bogactwo to narzędzie, a nie cel. W pracy i zdobywaniu środków do życia trzeba zachować złoty środek (por. Prz 30,8-9) i wiedzieć, co w hierarchii wartości powinno być na pierwszym miejscu (por. Mt 6,33).

Bogactwo nie jest grzechem. Grzechem jest chciwość, egoizm, pycha i brak wdzięczności. Bogacz z przypowieści nie zgrzeszył tym, że jego pole wydało plon, ale tym, że wszystko zatrzymał dla siebie. Nie myślał o innych, nie dziękował Bogu, tylko powtarzał: „Moje plony, moje spichlerze, moje dobra” (Łk 12,18). Wszystko kręciło się wokół niego. Na nagrobku pewnego człowieka napisano kiedyś: „Co miałem – straciłem. Co dałem Bogu – zabrałem ze sobą”.

I to jest cała mądrość życia.

Niech każdy z nas zapyta dziś samego siebie: Co robię z czasem, który daje mi Bóg? Czy inwestuję w to, co nie przemija? (por. 1 Tm 6,17-19). Gdyby dziś zażądano mojej duszy – czy mam co zabrać do nieba?

Powiedzmy sobie wprost: wszyscy umrzemy (por. Hbr 9,27). Nikt z nas nie uniknie tego momentu. A kiedy nadejdzie, nie będzie miało znaczenia, czy jadłeś chleb z masłem, czy z kawiorem. Liczyć się będzie tylko to, czy jesteś bogaty w miłość, w przebaczenie, w wiarę (por. Ga 5,6; Mt 25,31–46). Bo to są skarby, które możesz zabrać ze sobą.

Możesz kupić lekarstwa, ale nie zdrowie.

Możesz kupić dom, ale nie rodzinę.

Możesz żyć z kimś pod jednym dachem, ale nie mieć z nim miłości.

Możesz mieć książki, ale nie mądrość.

Luksusowy pokój, ale nie spokojny sen.

Luksusowy grób, ale nie życie wieczne.

Dlatego bądźmy bogaci przed Bogiem (Łk 12,21).

Inwestujmy w niebo – ono nie zbankrutuje. Amen.