VI NIEDZIELA ZWYKŁA

KLEJNA PODRÓŻ ŻYCIA ; ŚLADAMI ŚWIĘTEGO MAKSYMILJANA DO JAPONII – zakładka ogłoszenia parafialne. Liczba miejsc ograniczona. Prosimy zgłaszać potweirdzenia….

VI Niedziela Zwykła (A) – Mt 5, 17-37 – 16 lutego 2020 | Dom ...

Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas na Górę Błogosławieństw, gdzie Jezus wypowiada pierwszą wielką mowę zapisaną przez św. Mateusza – Kazanie na Górze. To nie jest jedynie zapis historycznego wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat. To słowo żywe, wypowiedziane także dziś – do nas, o nas i dla nas. Fragment, który słyszymy, należy do tzw. „antytez”, w których Jezus odsłania pełny, najgłębszy sens Bożego Prawa.

Św. Mateusz pisał swoją Ewangelię w czasie napięć i sporów wewnątrz pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Jedni twierdzili, że skoro zbawienie jest darem łaski, to Prawo nie ma już znaczenia. Inni, przeciwnie, przyjęli Jezusa, ale nie potrafili porzucić przekonania, że trzeba nadal zachowywać całe Prawo Mojżeszowe. Byli też tacy, którzy w imię źle rozumianej wolności odrzucali zarówno Prawo, jak i samego Jezusa. Te napięcia nie są nam obce również dzisiaj.

Bo i dziś spotykamy ludzi, którzy mówią: „Wystarczy być dobrym człowiekiem, po co przykazania?”, albo takich, którzy skrupulatnie trzymają się przepisów, ale ich serce pozostaje zamknięte na miłość. Jezus nie wybiera żadnej z tych skrajności. On nie znosi Prawa i nie gardzi tradycją. Mówi jasno: „Nie przyszedłem znieść Prawa ani Proroków, ale wypełnić”.

Jezus stawia jednak wymagania większe niż te, do których przyzwyczaili się uczeni w Piśmie i faryzeusze. Ich sprawiedliwość często zatrzymywała się na zewnętrznych formach. Można było powiedzieć: „Nikogo nie zabiłem”, a jednocześnie niszczyć innych ludzi słowem, pogardą, milczeniem. Jezus kieruje nas głębiej – do serca, do intencji, do miłości.

Prawo mówiło: „Nie zabijaj”Jezus mówi: nie niszcz człowieka także gniewem, zniewagą, pogardą. Jak bardzo to słowo dotyka naszej codzienności. Można nie podnieść ręki, a jednak zabić relację: ojciec, który latami nie odzywa się do syna; małżonkowie, którzy żyją pod jednym dachem, ale nie rozmawiają; pracownik systematycznie poniżany ironią i „żartami”. Jezus mówi jasno: zanim złożysz dar na ołtarzu, pojednaj się z bratem. Bo Bóg nie chce kultu oderwanego od miłości.

Podobnie jest z przykazaniem „Nie cudzołóż”Jezus pokazuje, że zdrada zaczyna się znacznie wcześniej niż w czynie – w sercu i w spojrzeniu. W świecie, w którym obrazy, reklamy i media nieustannie uprzedmiotawiają człowieka, Jezus wzywa do wewnętrznej czystości. To nie jest wezwanie do lęku, lecz do wolności. Jak mówi praktyka życia: jeśli ktoś wie, że pewne strony internetowe, rozmowy czy relacje prowadzą go do grzechu, musi mieć odwagę – jak mówi Jezus obrazowo – „odciąć rękę”, czyli zrezygnować z tego, co niszczy jego serce.

Mówiąc o nierozerwalności małżeństwa, Jezus przypomina o wielkiej godności miłości małżeńskiej. Nie jest ona umową „dopóki jest dobrze”, ale przymierzem. Każde lekceważenie, każda obojętność, każda zdrada – nawet emocjonalna – rani tę godność. Ile małżeństw rozpada się nie dlatego, że zabrakło uczuć, ale dlatego, że zabrakło codziennej wierności w drobiazgach: rozmowy, przebaczenia, czasu dla siebie nawzajem.

Jezus uczy także prostoty i prawdy w mowie. „Niech wasze «tak» będzie tak, a «nie» – nie”. Chrześcijanin ma być wiarygodny. Taki, którego słowo wystarcza. Jak bardzo potrzebujemy dziś ludzi, którym można ufać: w rodzinie, w pracy, w Kościele. Ludzi, którzy nie mówią jednego, a robią drugiego.

Przykazania znamy od dzieciństwa. Problem nie polega na braku wiedzy, lecz na sercu. Jedni traktują je wybiórczo, inni uznają za przestarzałe. Tymczasem Słowo Boże wciąż woła: „Słuchaj!”. Słuchać – to nie tylko usłyszeć, ale pozwolić, by to słowo mnie kształtowało, czasem niepokoiło, czasem wzywało do zmiany.

Kilka dni temu usłyszałem proste, a zarazem głębokie wyznanie starszego chrześcijanina. Powiedział:

Jestem świadomy swoich słabości. Jestem potencjalnym złodziejem, zabójcą, cudzołożnikiem. 
Ale dzięki Jezusowi nie kradnę, nie zabijam, nie cudzołożę. Dzięki Niemu jestem na dobrej drodze”.

To jest właśnie duch Kazania na Górze. Nie pycha doskonałości, ale pokorna świadomość własnej kruchości i zaufanie łasce Boga.

Jezus nie daje nam nowej listy przepisów. Daje nam serce zdolne kochać. Miłość jest prawem – ale prawem wymagającym. Nie chodzi o pytanie: „ile muszę?”, lecz: „jak mogę kochać bardziej?”. To jest ta „większa sprawiedliwość”, do której Jezus nas zaprasza.
Niech więc Chrystus prowadzi nas drogą błogosławieństw, drogą Kazania na Górze – drogą, która nie zawsze jest łatwa, ale zawsze prowadzi do życia.

11 lutego – Wspomnienie NMP z Lourdes

Mt 9, 1-8 Jezus uzdrawia paralityka i odpuszcza mu grzechy

ZAPRASZAMY DZIŚ NA MSZĘ ŚW. GODZ. 18.00, A PO MSZY NABOŻEŃSTWO DLA CHORYCH Z OSOBISTYM BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

Maryja objawiała się w Lourdes prostej dziewczynie Bernadetcie Soubirous w 1858 r. Ukazała się jako piękna, młoda pani w białej sukni przepasana niebieską wstążką z różańcem w ręce. „Jestem Niepokalane Poczęcie” – przedstawiła się. Wezwała do modlitwy, pokuty i nawrócenia grzeszników. Po uznaniu objawień przez Kościół, Lourdes stało się sanktuarium. Miejscem promieniującym na cały świat duchem miłości, zwłaszcza względem chorych i ubogich. Wierni wypraszają tam liczne łaski dzięki wstawiennictwu Matki Najświętszej. Odwiedza je rocznie 5 mln pielgrzymów. Jest miejscem modlitwy ludzi chorych, przybywających tam z nadzieją na uzdrowienie. To dlatego Jan Paweł II ustanowił święto Maryi z Lourdes Światowym Dniem Chorych /Za: brewiarz.pl/

„Niepokalana” to także ulubione określenie Matki Bożej św. Maksymiliana Kolbego.

W pismach św. Maksymiliana jest ponad 50 odniesień do wydarzeń z Lourdes. Jako młody franciszkanin, podczas 7-letniego pobytu w Rzymie św. Maksymilian codziennie modlił się przed dużą figurą Niepokalanej z Lourdes, z napisem: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Podobnie zresztą było w Niepokalanowie, gdzie w kaplicy od 1929 r. również króluje figura Matki Bożej z Lourdes. Sam dzień wspomnienia objawień z Lourdes, czyli 11 lutego, dla Świętego był szczególny. W tym dniu co roku odprawiał Mszę święta wotywną ku czci Matki Bożej. W niepokalanowskim klasztorze była nawet odmawiana nowenna przed świętem Matki Bożej z Lourdes /za: s. Teresa Michałek/www.niepokalanow.pl/

ŚWIADECTWO UZDROWIENIA ŚW. MAKSYMILIANA

„W okresie studiów w Rzymie w 1914 r., kleryk, dziś św. Maksymilian został cudownie uzdrowiony za przyczyną wody z Lourdes.

W liście do matki tak sam Święty opisuje to wydarzenia: „Nic tak ważnego nie zaszło, chyba to, żem o mało nie utracił (małego, grubego) palca u prawej ręki. Utworzyło mi się tam bowiem coś na kształt wrzodu. Pomimo zabiegów kolegialnego lekarza materia tworzyła się ciągle. W końcu lekarz orzekł, że już kość się psuje; trzeba będzie ją wyskrobać. Usłyszawszy o tym odpowiedziałem, że mam lepsze lekarstwo. Dostałem bowiem od O. Rektora cudowną wodę z Lourdes. Dając mi ją, opowiedział mi O. Rektor historię swego cudownego uzdrowienia […].

Otóż nasz lekarz usłyszawszy, że mam wodę z Lourdes, z radością sam mi ją przyłożył. I cóż się stało? Nazajutrz zamiast operacji i skrobania kości usłyszałem od lekarza szpitalnego, że nie widzi potrzeby i po kilku opatrunkach byłem zdrów. Chwała więc Panu Bogu i cześć Niepokalanej!”.

To cudowne uzdrowienie wywarło na młodego zakonnika duży wpływ. Utrata kciuka mogła być dla młodego kleryka przeszkodą w otrzymaniu święceń kapłańskich.”

Za: https://niepokalanow.pl/

ŚWIADECTWO WSPÓŁCZESNE

Mój synek jakiś czas temu miał gorączkę. Gorączka lekko ustępowała, ale później powracała z podwójną siłą. Miał wówczas 3 latka i chodził do przedszkola. Po kilku dniach gorączkowania tak mu się wieczorem jak zasnął pogorszyło, że zaczął mieć drgawki i majaczył. Jak dla mnie to nie trzeba mierzyć temperatury, bo minimum ma 40 stopni! Czekał mnie szpital. Ja jako matka pochylona nad nim… nogi mi się uginały 🙁 Wzywam: Boże i co ja mam teraz zrobić ? I odpowiedź błyskawiczna. Masz wodę z Lourdes. Jasne! Biorę chusteczkę bawełnianą i zakrapiam wodą z Lourdes. Przykładam synkowi na czoło i mam wrażenie, że gaszę pożar! Trzymam, choć synek się wyrywa i dalej majaczy, modląc się wówczas: Niepokalane Serce Maryi módl się za nami teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen. I tak cały czas, powtarzając te proste słowa z ufnością do Maryi. Kilka minut, synek się uspokaja i zasypia. Po ok. 15 min przychodzę do pokoju z termometrem i mierze temperaturę, wynik: 36,7! Bez czopków i płynów przeciwbólowych. Gorączka już nie wraca. Synek wraca do zdrowia. Po tym czasie jeszcze się przeziębiał, miał nawet zapalenie płuc (wówczas św. Szarbel pomógł), jednak nie gorączkował. Ku zdziwieniu lekarza. Daję świadectwo wiary, że woda z Lourdes uzdrawia:

Za: https://wydawnictwo.niepokalanow.pl/pl/p/Woda-z-Groty-Lourdes-10-ml/764

🙏 Modlitwa do Matki Bożej z Lourdes św. Jana Pawła II

Ave Maria, Niewiasto uboga i pokorna,
błogosławiona przez Najwyższego!
Dziewico nadziei, proroctwo nowych czasów,
przyłączamy się do Twego kantyku chwały,
by celebrować miłosierdzie Pana,
by głosić nadejście Królestwa
i całkowite wyzwolenie człowieka.

Ave Maria, pokorna służebnico Pańska,
chwalebna Matko Chrystusa!
Dziewico wierna, święte mieszkanie Słowa,
naucz nas wytrwałości w słuchaniu Słowa,
uległości wobec głosu Ducha,
uwagi na Jego apele w skrytości sumienia
oraz na Jego przejawy w wydarzeniach historii.

Ave Maria, Niewiasto boleści,
Matko żywych!
Dziewico pod Krzyżem, nowa Ewo,
bądź naszą przewodniczką na drogach świata,
naucz nas żyć miłością Chrystusa i szerzyć ją,
stać w raz z Tobą pod niezliczonymi krzyżami,
na których Syn Twój wciąż jest krzyżowany.

Ave Maria, Niewiasto wiary,
pierwsza spośród uczniów!
Dziewico Matko Kościoła, pomóż nam zawsze
zdawać sprawę z nadziei, która jest w nas,
ufając w dobroć człowieka i w miłość Ojca.
Naucz nas budować świat od środka:
w głębokości milczenia i modlitwy,
w radości miłości braterskiej,
w niezastąpionej płodności Krzyża.

Święta Maryjo, Matko wierzących,
Pani nasza z Lourdes,
módl się za nami.
Amen.

***
🙏 Litania do Matki Bożej z Lourdes

Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu Odkupicielu świata Boże,
Duchu Święty Boże,
Święta Trójco jedyny Boże,

Najświętsza Panno w Lourdes objawiona, módl się za nami.
Najświętsza Panno pokutę zalecająca,
Najświętsza Panno, uzdrawiające źródło wskazująca,
Najświętsza Panno potwierdzająca Swe Niepokalane Poczęcie,

Niepokalana Córo Boga Ojca,
Niepokalana Matko Syna Bożego,
Niepokalana Oblubienico Ducha Świętego,
Niepokalana Świątynio Trójcy Przenajświętszej,
Niepokalane odzwierciedlenie Mądrości Bożej,
Niepokalana Jutrzenko sprawiedliwości,
Niepokalana Arko Przymierza,
Niepokalana Dziewico krusząca głowę węża piekielnego,
Niepokalana Królowo nieba i ziemi,
Niepokalana skarbnico łask Boskich,
Niepokalana drogo do Jezusa wiodąca,
Niepokalana Dziewico wolna od grzechu pierworodnego,
Niepokalana bramo niebios,
Niepokalana Gwiazdo morza,
Niepokalana Matko Kościoła świętego,
Niepokalane źródło wszelkich doskonałości,
Niepokalana przyczyno naszej radości,
Niepokalany wzorze wiary,
Niepokalane źródło Bożej miłości,
Niepokalany znaku naszego zbawienia,
Niepokalane światło Aniołów,
Niepokalana nauczycielko Apostołów,
Niepokalana chwało Proroków,
Niepokalana potęgo Męczenników,
Niepokalana opiekunko Wyznawców,
Niepokalany wzorze dziewiczej czystości,
Niepokalana radości ufających Tobie,
Niepokalana obrono grzeszników,
Niepokalana pogromicielko wszelkiego zła,

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
O Maryjo bez grzechu poczęta
Módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.

Módlmy się:
Matko Najświętsza słynąca w Lourdes wielkimi łaskami, przez dobroć,
jakiej dajesz tyle dowodów w tym wybranym miejscu, błagamy Cię pokornie, uproś nam wszystkie cnoty, aby nas uświęciły oraz wyjednaj nam zupełne zdrowie duszy i ciała i dopomóż, abyśmy go użyli na chwałę Boga, dla dobra bliźnich i zbawienia duszy.

V NIEDZIELA ZWYKŁA

 

sól | NIEDOWIARSTWO moje

„Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,16).

Codziennie spotykamy różne osoby, napotykamy na różne sytuacje; nieraz ktoś potrzebuje naszej pomocy… Lubimy czynić dobro – raczej niewiele jest osób, które wolałyby czynić zło. Czynienie dobra to jedna rzecz. Motywacja to kolejna kwestia. Najlepiej, gdy jedno i drugie jest zgodne z naszym życiem i sumieniem: „aby ludzie widzieli wasze dobre uczynki”, ale też: „aby chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (por. Mt 5,16). Widząc człowieka czyniącego dobro, nieraz pytamy o jego motywacje. Najwięcej dobra wypływa z uczynków czynionych ze szczerością serca – gdy nie są skupione na dobroczyńcy, lecz na dobru obdarowanego. Dla każdego chrześcijanina motywacją dobrych uczynków nie powinna być własna chwała; przede wszystkim powinny one wskazywać na dobro, które pochodzi od naszego Ojca – Boga.

Trzeba jednak jasno powiedzieć: człowiek nie jest źródłem tego dobra sam z siebie. Prawdziwe dobro rodzi się z łaski Bożej, która poprzedza nasze działanie, towarzyszy mu i je umacnia. Bez Boga możemy wiele zaplanować, ale tylko z Nim nasze czyny stają się światłem, które naprawdę prowadzi innych. Dlatego chrześcijańskie dobro nie jest jedynie kwestią charakteru czy wychowania, lecz owocem życia w relacji z Bogiem.

O tym właśnie mówi dzisiejsze słowo Boże: dobre uczynki świecą światłem dla innych. Nie wystarczy jednak tylko czynić dobro. Trzeba też samemu wyzbywać się zła, przewrotności i nieuczciwości. Tylko wtedy światło naszych dobrych uczynków będzie prowadzić innych do źródła najwyższego dobra, stanie się prawdziwym światłem wschodzącym w ciemnościach (por. Iz 58,10) i umocnieniem w codzienności.

Jezus daje nam – swoim uczniom – konkretne zadanie: mamy być solą ziemi i światłem świata (por. Mt 5,13–14). Sól nadaje smak i sens, światło daje nadzieję. Wiara i ludzie wierzący są dziś często „na świeczniku”. Nasze dobre uczynki mogą być dla kogoś umacniającym świadectwem, ale zarazem brak dobra, obojętność czy niereagowanie na zło mogą stać się niemałym zgorszeniem. Podobnie wtedy, gdy ktoś świeci światłem tylko dla siebie – można szybko się wypalić, stracić sens i stać się przyczyną zagubienia innych.

Sens porównania uczniów Chrystusa do światła latarni w prosty sposób ukazuje opowieść o latarniku z miasteczka:

W pewnym nadmorskim miasteczku żył stary latarnik. Przez pięćdziesiąt lat, co wieczór, wspinał się po krętych schodach na szczyt wieży, by zapalić wielką lampę. Mieszkańcy tak bardzo przywykli do tego blasku, że niemal przestali go zauważać.

Pewnego razu do latarnika przyszedł młody, ambitny chłopak z miasta. Spojrzał na starca i zapytał z lekkim pobłażaniem:
 „Nie nudzi cię to? Siedzisz tu sam, nikt ci nie klaszcze, nikt nie widzi twojej pracy. Czy nie wolałbyś być kimś ważnym, kimś, o kim piszą w gazetach, zamiast pilnować tej jednej żarówki?”.

Starzec uśmiechnął się łagodnie, podszedł do okna i wskazał na czarny, wzburzony ocean.
– „Widzisz te małe punkciki na horyzoncie?” – zapytał.
– „To łodzie rybackie. Ci ludzie nie znają mojego imienia. Nie wiedzą, jaki mam kolor oczu ani co jadłem na kolację. Ale kiedy widzą to światło, wiedzą dwie najważniejsze rzeczy: gdzie jest brzeg i że nie są sami. Moim zadaniem nie jest to, żeby oni widzieli mnie. Moim zadaniem jest sprawić, żeby oni widzieli swoją drogę do domu”.
 

Pokusa bycia ważnym, zauważonym, może być duża. Światło jednak nie świeci dla siebie, a ma pomagać innym. Takim właśnie światłem ma być każdy chrześcijanin, uczeń Jezusa. Na co dzień raczej nie zastanawiamy się nad tym, w jaki sposób świeci latarnia czy jakakolwiek lampa – może okazjonalnie takie przemyślenia przychodzą. Dostrzegamy przede wszystkim światło, które pomaga nam, aby nie zbłądzić, aby wszystko widzieć lepiej, które daje nam też nadzieję w ciemnościach. Latarnia i jej światło są najbardziej potrzebne tam, gdzie jest najciemniej.

Bycie uczniem Jezusa oznacza stanie się taką latarnią dla innych – często w zwykłej codzienności, poprzez wypełnianie swoich obowiązków i własnego powołania. Ale aby to światło nie gasło, musi być zasilane. Dla chrześcijanina tym źródłem są sakramenty: Eucharystia, w której Chrystus sam staje się naszym światłem i siłą, oraz sakrament pojednania, w którym Bóg oczyszcza to, co w nas zaciemnione i słabe. Bez regularnego powrotu do tych źródeł nawet najpiękniejsze intencje mogą z czasem zgasnąć.

Bycie uczniem Jezusa, bycie latarnią – światłem dla innych w zwykłej codzienności, mało kiedy dzieje się to w sposób spektakularny. Szczególnie we współczesnym świecie, gdzie jest tak dużo ludzi zagubionych, szukających sensu życia, w tym chaosie potrzebne są takie latarnie.

Dlatego warto dziś zapytać siebie: Czy staram się być latarnią dla innych? Czy może jest we mnie zbyt wiele egoizmu i chęci błyszczenia dla siebie? Czy pozwalam Bogu zapalać i odnawiać światło mojego życia? Czy czerpię z Jego łaski, czy próbuję świecić jedynie własnymi siłami?

Równocześnie, aby nie być hipokrytą, warto pracować nad swoim postępowaniem, nad swoimi wadami-słabościami. Prawdziwy uczeń Chrystusa stara się jak najbardziej upodobnić do swojego Mistrza. Warto stawać się tym, który nadaje sens – jak sól dodawana do potraw – i nadzieję, jak światło świecące w ciemności. Do tego wszystkiego zachęca nas dziś słowo Boże. Będąc uczniem Jezusa, pamiętaj, że masz świecić Jego światłem i do Niego prowadzić. To bardzo ważne i odpowiedzialne zadanie. 

Uczeń Jezusa nie ma świecić sobą, lecz Chrystusem – i prowadzić innych nie do siebie, ale do Boga.

ŚWIĘTO OFIAROWANIA PAŃSKIEGO

DZIŚ MSZE ŚW.;  O7.00, 08.00, 18.00

Ofiarowanie Pańskie, 2.02 - Parafia pw. św. Rozalii w Szczecinku

Kościół obchodzi dziś święto Ofiarowania Pańskiego. W Polsce kończymy tradycyjny okres Bożego Narodzenia i śpiewania kolęd. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa jako Dziecię. W dzisiejszej liturgii błogosławione są świece, które niesiemy w procesji, aby powitać Chrystusa – Światłość na oświecenie pogan i chwałę ludu Bożego. Ten prosty gest błogosławienia świecy nie jest tylko piękną tradycją. Jest on wyznaniem wiary. Oto przychodzimy, by spotkać Tego, który rozprasza mroki naszego życia, który rozświetla drogi zagubionych, który nadaje sens temu, co wydaje się niejasne i trudne.

Na początku warto zadać sobie pytanie: Jakie jest znaczenie dzisiejszego święta? Co tak naprawdę dziś świętujemy? Dzisiejsze wydarzenie miało miejsce dokładnie czterdzieści dni po Bożym Narodzeniu. Czas płynie szybko. Wydaje się, że dopiero co w Wigilię i na Pasterce rozpoczęliśmy śpiewanie kolęd, a już mija czterdzieści dni od narodzin Jezusa. To może być dla nas ważna lekcja. Czas jest darem, który otrzymujemy od Boga, i nie jest niewyczerpany. Każdy dzień jest zaproszeniem, by przeżyć go w jedności z Bogiem i wykorzystać zgodnie z Jego wolą.

Ofiarowanie Jezusa w świątyni ukazuje nam również, jak ważne jest posłuszeństwo Bożemu prawu. Ewangelista kończy opowieść o dzieciństwie Jezusa właśnie tym wydarzeniem, które ukazuje posłuszeństwo Maryi i Józefa wobec Prawa Izraela. To, co mogłoby się wydawać zwykłym religijnym obowiązkiem, staje się miejscem objawienia się Boga. Świątynia, która jest miejscem modlitwy, ofiary i spotkania, staje się przestrzenią, w której zostaje rozpoznany Mesjasz.

Ewangelia przypomina nam pierwszy ważny fakt, że „każdy pierworodny syn ma być poświęcony Panu”, a rodzice składają ofiarę. Tą ofiarą jest para synogarlic lub gołąbków. Była to ofiara ubogich. Rodzina Jezusa nie należy do możnych tego świata, lecz do tych, którzy żyją prosto i w zaufaniu Bogu. Maryja, choć nie potrzebuje oczyszczenia, jest posłuszna Prawu. Nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce wypełnić wolę Boga. Jej posłuszeństwo staje się drogą, przez którą Bóg objawia swoje zbawcze działanie.

To prowadzi nas do bardzo osobistego pytania: co ja dziś mogę ofiarować Bogu? Nie chodzi o to, ile posiadam ani o to, czy jestem bogaty, czy ubogi. Najważniejszy jest stan mojego serca. Czy potrafię ofiarować Bogu mój czas, moje talenty, moje zdolności, moją codzienność? A może moją słabość, moje zranienia, to, czego sam nie potrafię unieść? Ofiarowanie nie polega na dawaniu Bogu tego, co nam zbywa, ale na oddaniu Mu tego, co jest dla nas ważne.

W dzisiejszej Ewangelii pojawia się jeszcze jedna niezwykle ważna scena: proroctwo Symeona i obecność prorokini Anny. Oboje są natchnieni Duchem Świętym i przychodzą do świątyni dokładnie w tym momencie, w którym Maryja i Józef przynoszą Jezusa. Są przedstawicielami Narodu Wybranego, którzy potrafią czekać, ufać i rozpoznawać Boga. Symeon opisany jest trzema słowami: sprawiedliwy, pobożny i oczekujący pocieszenia Izraela. To człowiek, który żyje obietnicą Boga. Dzięki temu rozpoznaje w małym Dziecku Tego, który jest Zbawicielem świata. I tu pojawia się pytanie do każdego z nas: czy ja żyję dla Odkupiciela? Czy moje codzienne decyzje, wybory i sposób myślenia są skierowane ku Chrystusowi? Czy potrafię rozpoznać Jego obecność w prostych, zwyczajnych wydarzeniach?

Symeon wypowiada także słowa trudne, ale prawdziwe: że Jezus będzie znakiem sprzeciwu. Chrystus był znakiem sprzeciwu dwa tysiące lat temu, jest nim dzisiaj i będzie nim jutro. Jego nauczanie nie zawsze jest łatwe i nie zawsze spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem. Także dziś nauczanie Chrystusa i Kościoła bywa krytykowane, odrzucane czy wyśmiewane. My, jako Jego uczniowie, jesteśmy wezwani, aby być znakiem sprzeciwu wobec tego, co jest złe. Nie z pychy, nie z chęci walki, ale z wierności Ewangelii.

Drugą postacią jest prorokini Anna. To kobieta całkowicie oddana Bogu. Świątynia jest jej domem, miejscem adoracji, modlitwy i oczekiwania. Anna uczy nas cierpliwej wiary. Uczy nas, że odpowiedź Boga czasami przychodzi po długim czasie, po latach modlitwy, po wielu chwilach ciszy. Jej życie pokazuje, że wierność Bogu nie polega na spektakularnych czynach, ale na codziennym trwaniu przy Nim.

Dzisiejsze święto przypomina nam, że Jezus został ofiarowany w świątyni, a Symeon i Anna odnaleźli Go w świątyni. Jest to dla nas bardzo konkretna wskazówka. Jeśli dziś chcemy znaleźć Jezusa, możemy to uczynić w Kościele: w modlitwie, w ciszy, w adoracji, w słowie Bożym i przede wszystkim w Eucharystii. Ofiarowanie Pańskie uczy nas, że spotkanie z Chrystusem dokonuje się tam, gdzie jest wiara, posłuszeństwo i otwarte serce.

Dlatego dzisiejsze święto stawia przed nami bardzo konkretne pytanie: Czy pozwalamy Chrystusowi wejść w nasze życie jako Światłość świata? Czy nie zatrzymujemy Go jedynie na progu świątyni, ale pozwalamy, aby przeniknął nasze decyzje, relacje, sposób myślenia i wybory moralne? 

Chrystus nie został ofiarowany tylko po to, abyśmy Go podziwiali, ale abyśmy za Nim poszli. On jest Światłem, które albo zostaje przyjęte, albo odrzucone. Nie ma tu miejsca na obojętność. Prośmy więc dziś o serce Symeona i Anny – serce czuwające, wierne i gotowe na spotkanie. Ofiarujmy Bogu nasze życie takie, jakie jest, i pozwólmy, aby Chrystus, Światłość świata, poprowadził nas drogą zbawienia, nawet jeśli będzie to droga wymagająca. Amen.

IV NIEDZIELA ZWYKŁA

Pielgrzymka do Włoch – O. Pio i Dolindo

Termin: 22.04.2026 – 29.04.2026 – PROGRAM – W ZKŁADCE OGŁOSZENIA, a kontakt info w kancelarii lub w zakrystii – ZAPRASZAMY – PRZEWODNIKIEM BĘDZIE – OJCIEC ZBIGNIEW NOWAKOWSKI – PROWADZIŁ U NAS OSTATNIE REKOLEKCJIE W. P.

w załączeniu przesyłam dedykowany link do zapisów dla pielgrzymów:

https://grupy.misjatravel.pl/jablonna

01.02 – 4. Niedziela zwykła - KERYGMA - liturgia i katecheza ...

Klasyczne życzenia, jakie składają sobie ludzie z okazji imienin, urodzin czy Nowego Roku, brzmią: zdrowia, szczęścia, pomyślności. Warto dziś zastanowić się nad tym, czym jest szczęście.

Ktoś uważany jest za szczęśliwego, jeżeli ma zdrowie, pieniądze czy pracę. Gdy komuś brakuje pieniędzy albo ma problemy zdrowotne lub finansowe, powszechnie uważa się, że opuściło go szczęście.

W dzisiejszej Ewangelii słyszymy część nauczania Jezusa, którą możemy śmiało nazwać jedną z najważniejszych katechez, jakie wygłosił. Jest to nauka o tym, co znaczy być błogosławionym lub – w innym tłumaczeniu – co znaczy być szczęśliwym.

W Starym Testamencie „błogosławiony” (hebr. ’ašrê – eszerto człowiek znajdujący się w stanie szczęśliwości. Nie odnosi się tego określenia do Boga, lecz zawsze do ludzi. Jezus posługuje się właśnie tym słowem w czasie Kazania na Górze. Na język polski możemy je przetłumaczyć jako „szczęśliwy”. Jednak szczęście, o którym mówi Jezus, jest czymś więcej niż stanem zależnym od zewnętrznych okoliczności. Jest to wewnętrzna postawa, która motywuje do życia i podejmowania właściwych decyzji, nawet wtedy, gdy okoliczności zewnętrzne nie są sprzyjające.

Wielu ludzi nie jest w stanie tego zrozumieć. Jak bowiem ktoś ubogi, smutny, cichy, łaknący sprawiedliwości, miłosierny, czystego serca czy wprowadzający pokój może uważać się za szczęśliwego? Czyż szczęście, jak potocznie rozumie je ten świat, nie polega na posiadaniu bogactwa, życiu bez zmartwień i trosk doczesnych albo na władzy? Szczęście według mentalności tego świata to wolność od wszelkich ograniczających zasad, a także życie według logiki „oko za oko, ząb za ząb”. Przejawem tak rozumianego szczęścia bywa „wolna miłość”, nieskrępowana zasadami moralnymi w dziedzinie życia seksualnego. Wyrazem szczęścia w oczach świata jest także demonstracja siły oraz dominacja nad słabszymi.

W nauczaniu o błogosławionych Jezus przełamuje te stereotypy. Pokazuje, że prawdziwe szczęście istnieje wtedy, gdy nie jest ono budowane kosztem cierpienia, poniżania i niszczenia godności drugiego człowieka. Człowiekiem szczęśliwym jest ten, kto potrafi budować pokój i sprawiedliwość oraz okazywać miłosierdzie. Szczęście to umiejętność pocieszania smutnych i strapionych. Człowiek szczęśliwy to ktoś pokorny, a tym samym gotowy przyjąć pocieszenie i pomoc, gdy potrzebuje wsparcia. Szczęście to radość życia z czystym sercem i prawym sumieniem. Człowiek szczęśliwy to ten, kto żyje z przekonaniem, że wysiłek i duchowa walka mają sens. Szczęście według nauczania Jezusa to także gotowość ponoszenia kosztów, takich jak obelgi, wyszydzanie, a nawet prześladowania ze względu na wiarę w Boga – ze względu na prawdę, dla której warto oddać życie.

W ostatnim zdaniu dzisiejszej katechezy Jezus ukazuje motywację tego wszystkiego, co możemy nazwać zabieganiem o szczęście: „Wielka jest wasza nagroda w niebie”. Oznacza to, że szczęście mierzy się miarą wieczności, a nie tylko doczesnego zysku. 

Czy możliwy jest taki styl życia, jaki proponuje Jezus? Odpowiedzi na to pytanie poszukiwał także papież Franciszek. Daje on nam następującą wskazówkę:

„Chociaż słowa Jezusa mogą wydawać nam się poetyckie, to jednak są one przeciwstawne temu, co czyni się zazwyczaj i co czyni się w społeczeństwie. I chociaż to orędzie Jezusa nas pociąga, świat prowadzi nas do innego stylu życia. Błogosławieństwa nie są bynajmniej czymś lekkim ani powierzchownym. Wręcz przeciwnie – możemy nimi żyć tylko wtedy, gdy Duch Święty przenika nas całą swoją mocą i uwalnia nas od słabości egoizmu, lenistwa czy pychy” (Gaudete et exsultate, nr 65).

Taki styl życia jest możliwy dla kogoś, kto nie pokłada zaufania wyłącznie we własnych siłach, lecz pozwala się prowadzić Duchowi Świętemu.

Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam, że szczęście nie zależy od tego, co mamy w szafie, jakim samochodem jeździmy, w jakich egzotycznych krajach byliśmy na wakacjach czy jaki jest stan naszego konta w banku. Szczęście nie polega jedynie na tym, co możemy otrzymać i czym się nasycić. Jeśli chcemy być szczęśliwi, powinniśmy nauczyć się czynić dobro dla innych, nawet jeśli nie widzimy od razu efektów. Czynienie dobra ze względu na to, że jest dobrem, staje się źródłem prawdziwego szczęścia.

Papież Franciszek mówi o tym w następujący sposób:

„Czasem wydaje nam się, że podejmując wysiłki, nie osiągnęliśmy żadnego rezultatu, jednak misja nie jest jakąś sprawą lub projektem przedsiębiorstwa, nie jest organizacją należącą do organizacji pozarządowych, nie jest przedstawieniem, aby policzyć, ilu ludzi wzięło w nim udział dzięki naszej propagandzie; jest czymś o wiele głębszym, przekraczającym wszelką miarę. Może Pan posłużyć się naszym zaangażowaniem, by udzielić błogosławieństw w innym miejscu świata, dokąd nigdy nie pójdziemy. Duch Święty działa, jak chce, kiedy chce i gdzie chce; my oddajemy samych siebie, nie zamierzając oglądać widocznych rezultatów. Wiemy tylko, że nasze oddanie się jest konieczne. Nauczmy się odpoczywać w czułości ramion Ojca pośród naszego ofiarnego i twórczego zaangażowania. Idźmy naprzód, dajmy z siebie wszystko, ale pozwólmy, aby to On uczynił nasze wysiłki tak owocnymi, jak Jemu się podoba” (Evangelii gaudium, nr 279).

To jest postawa człowieka żyjącego duchem błogosławieństw. Czyni on dobro ze względu na wartość, jaką jest dobro, a nie ze względu na oczekiwany zysk czy związaną z nim sławę. Kroczy drogą przebaczenia, ponieważ w ten sposób chce budować pokój. Żyje w prawdzie, aby budować sprawiedliwość. Troszczy się o czyste serce, by zachować prawe sumienie. Nie boi się krytyki ani prześladowań, ponieważ wie, że jego nagroda jest w niebie.

Nasze rozważanie zakończmy wierszem – modlitwą przypisywaną św. Matce Teresie z Kalkuty, która wyraża styl życia w duchu błogosławieństw:

Ludzie są często nierozsądni, irracjonalni i egocentryczni – i tak im wybacz.

Jeśli jesteś miły, ludzie mogą oskarżać cię o egoistyczne, ukryte motywy – bądź miły mimo wszystko.

Jeśli odniesiesz sukces, zdobędziesz niewiernych przyjaciół i prawdziwych wrogów – i tak odnieś sukces.

Jeśli jesteś uczciwy i szczery, ludzie mogą cię oszukać – bądź mimo to szczery i uczciwy.

To, co tworzysz latami, inni mogą zniszczyć w ciągu jednej nocy – twórz mimo wszystko.

Jeśli znajdziesz spokój i szczęście, niektórzy mogą być zazdrośni – i tak bądź szczęśliwy.

Dobro, które czynisz dzisiaj, jutro może zostać zapomniane – mimo wszystko czyń dobro.

Daj z siebie wszystko, a to i tak może nie wystarczyć – mimo wszystko dawaj z siebie wszystko.

W ostatecznym rozrachunku jest to sprawa między tobą a Bogiem – i tak nigdy nie było to między tobą a nimi.

III NIEDZIELA ZWYKŁA – A

III Niedziela Wielkanocna – 04.05.2025 r. – Parafia św. Krzyża w Dębicy

Dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła? Bardzo różne słyszymy próby odpowiedzi na to pytanie. Jeden z duszpasterzy, po sezonie kolędowym, po zakończeniu odwiedzin u swoich parafian, pochylił się raz jeszcze nad własnymi notatkami z takich właśnie duszpasterskich spotkań domowych. Temat odchodzenia od wspólnoty pojawiał się często. W tym roku ów duszpasterz spotykał jednak nie tylko rodziców, żalących się, że dzieci czy wnuki – tak ogólnie – odwracają się od praktykowania wiary. Spotkał też kilka osób, które kiedyś były bardzo zaangażowane w działalność jakiejś grupy duszpasterskiej, a zniechęcone lub zawiedzione zrezygnowały, odeszły… Odeszły nie tak całkowicie i radykalnie z Kościoła – wszak przyjęły księdza po kolędzie – ale odeszły z grupy; ze wspólnoty, w której wcześniej z zapałem działały. Dlaczego odeszły? Oto streszczenia konkretnych głosów konkretnych osób.

Daria była bardzo zaangażowana w zbiórki charytatywne. Dbała, by wszystko było zrobione dobrze. Pomagała też w prowadzeniu parafialnej księgowości. Pewnego razu zauważyła, że pieniądze zbierane na misje zagraniczne zostały przeznaczone na remont salki na plebanii. Gdy zapytała o to wprost, usłyszała, że to drobne przesunięcie oraz że nie powinna się tym martwić. Ale martwiła się. Dla niej to nie była drobnostka. Stwierdziła, że nie może publicznie zbierać kolejnych datków, jeśli zasady są traktowane tak luźno. Odeszła po cichu, ze smutkiem i z przekonaniem, że nie powinna być częścią czegoś, co według niej jest wewnętrznie sprzeczne.

Marek we wspólnocie duszpasterskiej szukał przede wszystkim głębi i autentyczności. Natomiast nie do końca prawdziwe wydawały mu się zawsze uśmiechnięte twarze i przesadnie pobożny język, w którym zamykano całą rzeczywistość. Pewnego wieczoru, na spotkaniu małej grupy, zebrał się na odwagę. Opowiedział o swojej walce z depresją i o uczuciu pustki, które go nie opuszczało. W odpowiedzi – zamiast empatii – usłyszał pouczające rady: Twój problem polega na tym, że nie skupiasz się na radości Pana… Musisz po prostu zostawić to przy krzyżu i do tego nie wracać… Te „rady” brzmiały w uszach Marka jak unieważnienie jego bólu. Poczuł się niezrozumiany i bardziej samotny niż kiedykolwiek. Odszedł z przekonaniem, że nie może być sobą wśród ludzi, którzy – jak w teatrze – odgrywają role szczęśliwych i bezproblemowych.

Łukasz zafascynował się Biblią, więc z gorliwością zaczął uczęszczać na spotkania biblijne. Zadawał wówczas pytania, które – jak się okazało – wykraczały poza standardowe interpretacje. On był po prostu ciekawy. Prowadzący spotkanie odpowiadał natomiast z pozycji kogoś zagrożonego, a grupa w większości reagowała na pytania Łukasza, jak by ktoś podważał ich wiarę. Łukasz akceptowałby proste nie wiem jako tymczasowe odpowiedzi na swoje pytania, a najczęściej słyszał, że niektórych rzeczy po prostu nie da się zrozumieć lub, że o to w ogóle nie powinien pytać. Odszedł, bo nie znalazł przestrzeni do dociekania i – jak sam powiedział – zasypała go hałda dogmatów.

Sylwia jest kobietą sukcesu. W swojej pracy zawodowej zarządza projektami, wyznacza cele i skutecznie je realizuje. Zaproszona przez koleżankę do wspólnoty modlitewnej, chciała tam wnieść choć trochę tej swojej energii. Jednak szybko zderzyła się ze ścianą. Wspólnota – w jej oczach – dryfowała bez celu. Jedynym widocznym celem było przetrwanie do następnego miesiąca. Nie było wizji rozwoju, strategii dotarcia do nowych ludzi, żadnych mierzalnych wskaźników postępu. Sylwia zrozumiała, że marnuje swój potencjał, próbując mobilizować ludzi, którzy zadowalają się stagnacją. Odeszła…

Streszczone tu historie na pewno same w sobie nie są „czarno-białe”. Ich bohaterowie z jednej strony znaleźliby zwolenników, całkowicie przyznających im rację, z drugiej strony natomiast usłyszeliby również głosy, że zamiast domagać się czegoś gotowego i dojrzałego, mogliby sami bardziej postarać się wnieść do wspólnoty te ideały, których nie zastali tam na miarę swoich – może wygórowanych – oczekiwań. Nie należy dziwić się, że w społeczności Kościoła spotkamy ludzi różnych, bardzo różnych – różnych w intensywności pragnień i oczekiwań, różnych w pomysłach na ich realizowanie, różnych w sposobach przeżywania codziennych wyzwań, wreszcie różnych stopniem zwykłej ludzkiej dojrzałości. Wobec tej ludzkiej różnorodności na pewno warto – w ramach liturgicznej cykliczności zestawów czytań – na nowo usłyszeć Jezusowe Nawracajcie się oraz Pójdźcie za Mną.

Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Od tego się zaczyna. Fundamentem („zasadą” treściowo pierwszą) jest prawda, że bliskie jest królestwo niebieskie. Rybak łowi, stosując przynętę, Jezus „łowi”, wskazując na lepszą rzeczywistość niż codzienne doświadczenie Jego słuchaczy. Ta lepsza rzeczywistość nie jest odległa – jest BLISKO. Interesuje mnie to? Jeśli nie, nic dziwnego, że nie słyszę imperatywu nawracajcie się. Jeżeli natomiast oferta „lepszego królestwa” (niż moje dotychczasowe życie) jest dla mnie interesująca, zatrzymuję się wobec wezwania nawracajcie się. To wezwanie do zmiany. Zdecydowanie i niezaprzeczalnie, pierwsze „oficjalne” Jezusowe orędzie to ZMIENIAJCIE… Kogo? Siebie… Dlatego siebie, że tylko zmiana siebie jest możliwa (moja wina… moja wina…)(„kogoś” nie zmienię i warto pogodzić się z tym).

Mądre komentarze podpowiedzą nam, że chodzi tu o zmienianie myślenia, zmienianie umysłu, zmienianie nawykowych sposobów postrzegania, reagowania, przeżywania. Załóżmy więc roboczo, że słyszę i akceptuję dotychczasowe orędzie – słyszę i akceptuję iż można żyć lepiej i wymaga to mojego zaangażowania w zmienianie własnego myślenia. Staję więc w gotowości i pytam co dalej?… Dalej Jezus mówi: Pójdźcie za Mną. Czyli zmienianie, do którego dopiero co wezwał, nie jest jakąś dowolną czy przypadkową aktywnością. Nie jest ono statycznym gotowym projektem, a jednak jednocześnie jest wystarczająco jasne i określone – chodzi o wędrowanie za Jezusem i uczenie się interpretowania swojego życia w świetle Jego spojrzenia. Postępów na tej drodze nie będzie bez mojego zaangażowania, nie ma takiej możliwości. Królestwo niebieskie rzeczywiście jest bliskie, ale nie można otrzymać go z zewnątrz bez własnego wysiłku (nie można za kimś pójść, nie idąc…). Co wynika z tego pójścia? Czasem przez długi czas wydaje się, że nic. A czasem okazuje się, że ów długi czas (z którego nic nie wynikało) potrzebny był, aby istotnie coś dostrzec i skutecznie ZMIENIĆ… Daria, Marek, Łukasz, Sylwia nie zastali we wspólnotach tego, czego się spodziewali. A może bardziej to Jezus Chrystus spodziewał się, że dzięki ich osobistej wierze obdaruje owe wspólnoty tym, czego tam brakuje? Z kolei ludzie, którzy zawiedli Sylwię, Łukasza, Marka, Darię, formalnie identyfikowali się ze wspólnotą Kościoła, ale czy naprawdę, radykalnie szli za Jezusem i nie mają sobie nic do zarzucenia?

Szczere pragnienie pełnienia woli Bożej z pewnością jest wolą Bożą – mawiali święci mistycy.

Inni dodawali:

Uważaj na swoje myśli – stają się one słowami.

Uważaj na swoje słowa – stają się one czynami.

Uważaj na swoje czyny – stają się one nawykami.

Uważaj na swoje nawyki – stają się one charakterem.

Uważaj na swój charakter – staje się on twoim przeznaczeniem.

W świetle takich słów być może łatwiej zrozumieć i przyjąć, dlaczego Jezus rozpoczyna swą działalność wezwaniem do zmieniania myślenia i pójścia za Nim.