NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO

Pielgrzymka do Włoch – O. Pio i Dolindo

Termin: 22.04.2026 – 29.04.2026 – PROGRAM – W ZKŁADCE OGŁOSZENIA, a kontakt info w kancelarii lub w zakrystii – ZAPRASZAMY – PRZEWODNIKIEM BĘDZIE – OJCIEC ZBIGNIEW NOWAKOWSKI – PROWADZIŁ U NAS OSTATNIE REKOLEKCJIE W. P.

w załączeniu przesyłam dedykowany link do zapisów dla pielgrzymów:

https://grupy.misjatravel.pl/jablonna

NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO – Parafia p.w. Matki Bożej Królowej Polski w Jabłonnie

Jakże wiele wysiłku wkładamy w to, by jakoś ułożyć sobie to nasze doczesne życie – by być zdrowym, by nie cierpieć biedy, by odnieść zawodowy sukces, by mieć wokół siebie jak najwięcej przyjaciół. Zaczynamy więc od dobrej szkoły, licznych kursów językowych czy też innych zajęć pozwalających rozwinąć posiadane talenty. Później może jakieś studia – by zdobyć odpowiednie wykształcenie. Następnie dobra praca, szczęśliwa rodzina, w końcu przychodzi odpowiedni status społeczny i materialny. Trzeba sporo poświęcenia, sporo czasu i zabiegania, by to wszystko osiągnąć.

To wszystko ma oczywiście wartość i znaczenie, o ile nie zapominamy o tym, że przede wszystkim jesteśmy dziećmi samego Boga, że jesteśmy ludźmi wierzącymi – mamy dzięki temu pewne przywileje, ale też i pewne obowiązki wobec Boga i Kościoła. I tak, gdy na świat przychodzi dziecko, od razu zaczynamy planować, kiedy przyniesiemy je do chrztu, zaczynamy szukać właściwych osób, które pełniłyby rolę rodziców chrzestnych – to jest dla nas naturalne, bo wiemy, że chrzest jest początkiem wiary, że jest początkiem życia wiecznego, jest właściwym fundamentem, na którym można budować sensowne życie.

Z drugiej zaś strony, zatrważające – albo co najmniej zastanawiające – jest to, jak wielu rodziców odkłada chrzest dziecka na później, a często w ogóle z niego rezygnuje lub po prostu zapomina. I dopiero gdy dziecko jest już nieco starsze, gdy ma przystąpić do pierwszej komunii świętej, okazuje się, że nie było ochrzczone, bo rodzice jakoś to przeoczyli. Owszem, od momentu narodzin syna czy córki rodzice chcieli dla swojego dziecka jak najlepiej – zadbali, by niczego mu nie brakowało, by czuło się bezpieczne, by rozwijało się jak najlepiej… Ale zapomnieli o najważniejszym – zapomnieli, przeoczyli, nie dopilnowali tego, by ich dziecko weszło na drogę wiary. Nie zadbali o to, co w życiu każdego chrześcijanina jest właśnie tym fundamentem.

„Ja, Pan, powołałem Cię (…), ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów” (Iz 42,6) – mówi dzisiaj prorok Izajasz. Bóg powołał nas do życia, ukształtował nas. Dlatego też wszystko inne w naszym życiu traci na znaczeniu, gdy u początków naszego życia brakuje Boga, gdy brakuje wiary, gdy brakuje tego wejścia na drogę zbawienia poprzez sakrament chrztu świętego, gdy brakuje naszej ludzkiej zgody na to, by stać się – zgodnie z Bożym zamysłem – przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów. A zatem wszelkie wysiłki podejmowane na rzecz dobrego życia – jakkolwiek rozumiemy to sformułowanie – nie mają sensu, bo przecież bez wiary zmierzamy donikąd…

Dzisiaj przeżywamy święto Chrztu Pańskiego, przywołując na pamięć chrzest Jezusa w Jordanie, Jego stanięcie w jednym szeregu z wszystkimi, którzy przyjmowali od Jana chrzest nawrócenia. To dla nas doskonała okazja do tego, by wyrazić Bogu wdzięczność za nasz chrzest, za nasz początek wiary, za nasz początek życia wiecznego. Choć zapewne, gdy każdy z nas przyjmował sakrament chrztu, nie towarzyszyły temu tak spektakularne znaki, o jakich słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, to jednak te słowa, które wypowiedziane zostały przez głos z nieba: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17), dotyczą każdej i każdego z nas. W chwili chrztu Bóg powołał nas do życia we wspólnocie z sobą, zawarł z nami przymierze miłości, dając nam obietnicę zbawienia. Oczywiście, to czy z tej obietnicy skorzystamy, zależy już tylko od tego, czy naszym życiem odpowiemy na miłość Boga – a jak pisze autor Dziejów Apostolskich, miły Bogu jest „ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie” (Dz 10, 35) – czy też tej miłości zaprzeczymy.

Ten wymiar duchowy naszego życia jest nie mniej ważny, jak to wszystko, co warunkuje nasze życie doczesne, a o co z taką pieczołowitością i poświęceniem często zabiegamy. Stawajmy dziś przed Panem Bogiem z wdzięcznością za nasz chrzest, za ludzi, którzy zatroszczyli się o to, byśmy rozpoczęli życie wiary, którzy pokazali nam drogę do Boga. I prośmy, abyśmy nigdy nie zapominali o tym, że mamy zaszczyt i przywilej być umiłowanymi dziećmi Boga. Amen.

UROCZYSTOŚĆ OBJAWIENIA PAŃSKIEGO

Pomysły z tablicy Trzech Króli: 25 | three wise men, objawienie pańskie, boże narodzenie

Obchodząc dzisiaj uroczystość Objawienia Pańskiego, chcemy spojrzeć na głównych bohaterów dzisiejszej Ewangelii. Są nimi król Herod oraz Mędrcy, którzy przybyli do Jerozolimy, aby odnaleźć nowonarodzonego Króla Żydowskiego. W tym celu wypytują o Niego i spotykają się z Herodem.

Spotkanie szlachetnych Mędrców ze żądnym władzy i zakłamanym królem można określić jako zderzenie światła i ciemności. Ewangelia mówi: „Gdy to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima” (Mt 2,3). Słysząc pytanie o nowonarodzonego Króla Żydowskiego, Herod wpada w panikę. Słynął on nie tylko z okrucieństwa i nieobliczalności, ale przede wszystkim z chorobliwego – neurotycznego lęku o władzę. To lęk człowieka, który chce zachować swoje „małe królestwo” i nie dopuszcza Boga do centrum życia. Czyż miałby stracić swoją władzę? Co będzie z jego królestwem? Po naradzie z kapłanami i uczonymi w Piśmie wysyła Mędrców do Betlejem, a sam decyduje się jeszcze zostać w Jerozolimie i przygotowuje plan na wypadek, gdyby cała historia okazała się prawdą. Mędrcy mają mu o wszystkim donieść. Naradza się z nimi potajemnie, ponieważ nie chce dać poznać swoim dworzanom, że poważnie myśli o zagrożeniu utraty władzy i lęka się o swoją przyszłość

A jak jest z nami? Czy lękamy się o naszą przyszłość? Lęk jest obecny w życiu ludzi. Wystarczy choćby przyjrzeć się badaniom jednej z pracowni sondażowych, która zapytała Polaków, czego obawiają się w 2026 r. Okazuje się, że nasze myśli najczęściej zaprzątają problemy z dostępem do służby zdrowia, obawy o pogorszenie zdrowia własnego lub bliskich. Boimy się o bezpieczeństwo kraju, a także o utratę pracy lub źródła dochodu. Wkrada się w nasze życie niepewność.

Trzeba postawić pytanie o źródło naszych lęków. Może jest to zbytnia troska o przyszłość? Jednak wydaje się, że przede wszystkim jest to zbyt mała wiara w miłość Boga, który stał się dla nas człowiekiem. Przecież przyszedł On po to, aby otworzyć nasze oczy i umysły na szerszą perspektywę oraz umocnić nasze zalęknione serca wizją Królestwa Niebieskiego, w którym jedynym Królem jest Jezus Chrystus.

Zbyt często zapominamy o „nowym niebie i nowej ziemi”, którą przygotowuje nam Bóg, a zatrzymujemy się na doczesności, tak jakby poza śmiercią nic nie istniało. Mędrcy uczą nas wiary w drodze – wiary, która nie zna wygodnych odpowiedzi, lecz umie iść, pytać, szukać i ufać nawet wtedy, gdy droga prowadzi przez ciemność pustyni.

Kim oni byli? Byli poganami, a więc – w przeciwieństwie do Izraelitów – nie byli wychowywani w oczekiwaniu na przyjście Mesjasza. Jednak byli obdarzeni duchowym światłem i wewnętrzną tęsknotą za Bogiem, która znalazła wyraz w wytrwałym poszukiwaniu Go. Ewangelia mówi: „Ujrzeliśmy Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon” (Mt 2,2). Bóg posłużył się naturalnymi zdolnościami ich rozumu i pozwolił im rozpoznać znak, który doprowadził ich do Betlejem. Byli ludźmi poszukującymi czegoś więcej – prawdziwego światła, które było w stanie wskazać jaką drogą w życiu należy podążać. Byli również przekonani o tym, że w stworzeniu istnieją ślady Boga, które człowiek może i powinien odkrywać. Dlatego poszli za gwiazdą – cudownym znakiem z nieba. Byli astrologami, a więc byli również przekonani, że istnieje związek między zjawiskami na niebie, a losem poszczególnych ludzi i wydarzeniami na ziemi.

Ci mądrzy ludzie nie żałowali więc ani czasu, ani kosztów, ani trudów i wyruszyli ze swoim orszakiem ku Jerozolimie – bo odkryli, że w ziemi Judzkiej miał przyjść na świat nowy Król żydowski.I oto obraz, który jest sercem tej Ewangelii: „Weszli do domu, zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon” (Mt 2,11).

To nie tylko scena sprzed wieków – to także zaproszenie dla nas. Mędrcy nie zatrzymali się na wiedzy, na ciekawości, na rozumowych poszukiwaniach. Droga wiary doprowadziła ich do adoracji.

Każdy z nas nosi w sercu własną „drogę Mędrców”:

– drogę pytań,
– drogę kryzysów,
– drogę niepewności,

ale również drogę, na której Bóg zaprasza, aby paść na kolana przed Jego obecnością.

Dlatego potrzebujemy ich determinacji – aby odnaleźć Tego, który jest źródłem pokoju i prawdziwego życia, Jezusa Chrystusa.

Prośmy dzisiaj Boga abyśmy, jak Mędrcy ze Wschodu, byli w stanie poznać Pana. Poznać – nie znaczy tylko rozpoznać, ale też ruszyć w drogę, szukać nie poddawać się, wypytywać kolejnych osób, tak jak mędrcy wypytywali żydowskich uczonych, aż dojdziemy do celu, aż zobaczymy Go „twarzą w twarz”.

Konkretnie: w adoracji, w modlitwie serca, w sakramentach, w Eucharystii – tam, gdzie On naprawdę jest.
Niech nasze życie stanie się drogą, która prowadzi do Betlejem – do spotkania z Jezusem.

II NIEDZIELA PO NARODZENIU PAŃSKIM

II Niedziela po Narodzeniu Pańskim - liturgia.wiara.pl

„Światłość w ciemności świeci” (J 1,5).

Chyba każdy z nas wie, jak to jest, kiedy zabraknie światła, kiedy jest zupełnie ciemno… Można się o tym przekonać, gdy zabraknie prądu albo po prostu w nocy – każdej nocy. Nie jest to raczej miłe doświadczenie, zwłaszcza gdy jest się samemu. Człowiek w ciemności czuje się mniej pewny, mniej bezpieczny, odruchowo szuka jakiegokolwiek źródła światła. To światło, gdy tylko się pojawi, automatycznie daje poczucie bezpieczeństwa i pewności: wiemy, gdzie jesteśmy, co wokół nas się dzieje, kogo mamy obok siebie… Lęk znika albo przynajmniej staje się mniejszy.

Dzisiejszy fragment Ewangelii mówi właśnie o światłości, o świetle. Jednak nie o takim świetle, które pojawia się dzięki żarówce czy świeczce – mówi o światłości prawdziwej. Może więc istnieć także światłość nieprawdziwa. Czy to znaczy, że światło, którym oświetlamy sobie otoczenie, nie jest prawdziwe? Nie. Nie o to tu chodzi – to tylko pewien obraz. Ta światłość prawdziwa to Chrystus, który „oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (J 1,9). Jako chrześcijanie zwykle tuż po narodzinach zostajemy ochrzczeni; otrzymujemy życie, które zostaje napełnione światłością – tą światłością, której żadna ciemność nie może pokonać. To życie wypływa z Chrystusa, dlatego jest pełne łaski i prawdy. Dlatego też wszelkie dobre czyny pełnione przez nas ze względu na Chrystusa mogą stawać się światłem rozpraszającym mroki zła, grzechu i nienawiści, których tak wiele jest w świecie.

Wiemy już, czym jest światłość prawdziwa. Czym więc może być światłość nieprawdziwa? Jest ona przeciwieństwem życia w łasce i w łączności z Chrystusem, czyli życiem w grzechu, oddaleniem się od Boga i Kościoła. Można ją porównać na przykład do wybuchu bomby atomowej. Taka bomba daje chwilowy, oślepiający rozbłysk i ogromną ilość światła, ale jednocześnie niesie ze sobą śmierć i zniszczenie. Podobnie bywa z grzechem. Bardzo często jawi się on jako przyjemność, coś pozornie dobrego i atrakcyjnego, a czasem nawet jako właściwy wybór – a w rzeczywistości niesie ze sobą bardzo poważne konsekwencje i fatalne skutki. Niszczy nasze życie duchowe, osłabia łączność z Jezusem – tą światłością prawdziwą – a nierzadko także relacje z innymi ludźmi…

Nie zawsze łatwo jest rozpoznać, co jest dobrą, prawdziwą światłością, a co fałszywym, złudnym światłem. Warto jednak czasem zadać sobie pytanie, czy to, co za chwilę powiem lub zrobię, przyniesie dobro mojemu otoczeniu i pomoże rozproszyć mroki trudności, wątpliwości i lęku, czy też będzie jak taka bomba atomowa: wprawdzie może da mi dużo „światła”, może będzie ładne, ciekawe, a nawet efektowne, ale w rzeczywistości przyniesie wiele szkód.

Światłość, o której dziś słyszymy, pojawia się już przy stworzeniu świata. Gdy czytamy Prolog, czyli pierwsze słowa Ewangelii według św. Jana, na myśl przychodzą także pierwsze słowa Księgi Rodzaju. Tam również jest mowa o początku i o światłości. Pierwszym bowiem dziełem Boga była właśnie światłość. Co więcej, Bóg uznał ją za dobrą. Bez niej panowałyby ciemność i bezład. To nie jest przypadek. Św. Jan celowo używa takiego obrazu, aby ukazać, że Chrystus istniał od początku, a nawet przed stworzeniem świata, i że to dzięki Niemu na świecie pojawiła się nadzieja dla ludzi – światłość dobra, której żadna ciemność nie jest w stanie pokonać.

Skoro mamy tak wielką światłość, mamy także nadzieję, a nawet pewność, że ostatecznie zatriumfuje dobro, a nie zło. Potrzebna jest jednak nasza współpraca, bo wciąż jest wiele osób, które nie znają tego światła, do których ono jeszcze nie dotarło. Bądźmy więc źródłami światła w świecie: jak latarka w ciemnym korytarzu, jak płomyk w ciemnej nocy. W ten sposób będziemy dawać innym nadzieję i radość pośród życiowych ciemności i trudności.

Jest to możliwe tylko wtedy, gdy będziemy zbliżać się do Jezusa, który przychodzi do nas poprzez słuchanie i czytanie słowa Bożego oraz przez przyjmowanie sakramentów, zwłaszcza Komunii Świętej. Wówczas Jezus prawdziwie w nas mieszka, a my świecimy Jego światłem.

Niech przykładem będzie dla nas św. Jan Chrzciciel, który dawał świadectwo o tej światłości – o Chrystusie – i dzięki któremu wiele osób Go poznało. Nie bójmy się świadczyć o swojej wierze i bądźmy dla świata źródłem światła i nadziei. Czy chcemy być po tej dobrej, jasnej stronie – jako źródła chrześcijańskiej radości i nadziei – czy po stronie złej i ciemnej, pełnej niepewności i lęku? Wybór ostatecznie należy do każdego z nas. Prośmy codziennie Chrystusa, aby kierował naszym życiem i nie pozwolił nam zatonąć w ciemnościach grzechu. Amen.

ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI – UROCZYSTOŚĆ – NOWY ROK 2026

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi – Nowy Rok 2020 ...

Liturgia dnia dzisiejszego obchodzi uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Boga. W Kościele wschodnim rytu syryjskiego nosi ona nazwę święta życzeń dla Maryi. Dzisiaj bowiem zbliżamy się do Niej z takimi samymi uczuciami, z jakimi zbliżamy się do kobiety, która od paru zaledwie dni jest szczęśliwą matką.

Dwie sprawy stawiają jednak Jej macierzyństwo ponad wszelkie ludzkie kategorie. Ten bowiem, którego wydała na świat, jest Synem Boga. Stała się Ona przez to prawdziwie Matką Boga – Theotokos, jak mówią prawosławni. Tę prawdę, jako prawdę wiary, Kościół ogłosił na jednym z pierwszych soborów ekumenicznych, który odbył się w Efezie w 431 roku. Św. Ignacy Antiocheński, jeden z najznamienitszych męczenników chrześcijańskiej starożytności, nazywa Jezusa Synem Boga i Maryi. Daje to Maryi nieosiągalną dla innych ludzi godność, całkowicie wyjątkową w historii zbawienia. Przez to staje się Ona równocześnie tak nam bliska, że możemy nazywać Ją naszą Matką – Matką Kościoła. Jezus, którego urodziła, przyjął nas za swoich braci. Złączył nas ze sobą tak głęboko, że staliśmy się jednym ciałem. Stał się naszą Głową, ale także naszym Bratem, pierworodnym między wielu braćmi (por. Rz 8,29), jak nazywa Go św. Paweł. Tę właśnie prawdę przypomniał nam Apostoł w podniosłych słowach dopiero co wysłuchanego Listu do Galatów: „Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty…, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo” (Ga 4,4–5).

Dzisiejsza Ewangelia ma w samym centrum bardzo ważne zdanie: „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). O jakich sprawach mówi Ewangelista? Pomyślmy tylko: Maryja, do której przyszedł anioł, dowiedziała się, że będzie Matką Boga. Otrzymała nawet potwierdzenie słów anioła, gdy przyszła do Elżbiety i okazało się, że jej krewna rzeczywiście jest w stanie błogosławionym. Potem nastąpiło trudne wydarzenie wędrówki do Betlejem z powodu spisu ludności i właśnie wtedy, w najtrudniejszym możliwym momencie, poza bezpiecznym domem, na świat przyszedł Jezus. W dodatku przychodzą pasterze i opowiadają o objawieniu. Czy nie jest to pewna mozaika zagmatwanych, pozornie ze sobą niezwiązanych wydarzeń? Być może Maryja nie rozumiała jeszcze w pełni ich sensu. A jednak zachowywała i rozważała wszystkie te sprawy w swoim sercu. Słowa użyte w tym miejscu Ewangelii sugerują z jednej strony ochronę przed zapomnieniem, a z drugiej – zbieranie razem, łączenie jakby w jedną całość wszystkich elementów. Takie podejście Maryja ma nie tylko do samych słów anioła czy do samych wydarzeń, ale do słów i wydarzeń razem. Nie rozdziela tego, co „boskie”, od tego, co „ziemskie”. Wszystko, co Ją spotyka, jest dla Niej albo słowem pochodzącym od Boga, albo wydarzeniem, na które Bóg pozwolił. W jednym i drugim widzi wyraz Jego miłości.

Niekiedy nasze życie także może wydawać się takim zlepkiem elementów, które nijak do siebie nie pasują. Może mamy takie odczucia wobec minionego roku albo jakiegoś okresu naszego życia? To tak, jakbyśmy mieli oddzielne sprawy, które same z siebie nic nie znaczą. A może są one klockami większej układanki? Może gdybyśmy spróbowali zebrać je razem i przemyśleć w świetle słowa Bożego, odkrylibyśmy ich sens? Trzeba do tego najpierw słuchać słowa Bożego.

Bóg nam błogosławi – jak czytaliśmy w Liście do Galatów – zesłał swojego Syna, aby narodził się na ziemi przez Maryję. Jest to kolejny wyraz Jego miłości do nas. Jak wielka jest ta miłość? Wystarczy spojrzeć na krzyż. Życie Chrystusa – taka jest wartość mojego i twojego życia.

 

Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Czasownik użyty w tym zdaniu – symballo – został przetłumaczony jako „rozważać”, ale dosłownie oznacza „zebrać, złączyć”. Od niego pochodzi znane nam słowo „symbol”. Podczas każdej niedzielnej Eucharystii, a także i dzisiaj, wypowiadamy „symbol”, czyli wyznanie wiary, które nazywa się właściwie symbolem nicejsko-konstantynopolitańskim. Został on tak nazwany, ponieważ Kościół zebrał i złączył w nim najważniejsze prawdy wiary. Wypowiadając te kilkanaście zdań, na nowo łączymy je w jedną mozaikę, przypominamy je sobie i przyjmujemy za swoje. Można powiedzieć, że jest to najkrótsze kompendium naszej wiary. Spróbujmy dzisiaj, z tą świadomością, wypowiedzieć wyznanie wiary.

Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Ważne jest, abyśmy pamiętali, że i Maryja żyła wiarą, wzrastała w wierze i była w wierze doświadczana. Do tego wzrastania pomagało Jej – tak jak i nam – słowo Boże. W pewnym sensie dwa razy słowo Boże stało się w Niej ciałem. Po raz pierwszy w sposób wyjątkowy, gdy przez dziewięć miesięcy nosiła Syna Bożego i żywiła Go w swoim łonie. Następnie w całym Jej życiu, w tym sensie, że każdy Jej gest i każda chwila były inspirowane słowem Bożym, które Maryja wiernie wypełniała. Słowo Boże realizowało się w Niej w ciszy. Ona stała milcząca pod krzyżem i taka sama była w Wieczerniku.

Maryja, w świetle dzisiejszej uroczystości, ukazuje się jako wspaniały dar, jaki Bóg i ludzie wymienili w tajemnicy Bożego Narodzenia. Nasi bracia prawosławni tak w Boże Narodzenie zwracają się do Jezusa: „Cóż możemy Ci podarować za to, że stałeś się człowiekiem? Wszystkie stworzenia wyrażają Ci swoją wdzięczność: aniołowie śpiewem, niebo gwiazdami, ziemia grotą, pustynia stajenką. My zaś ofiarowujemy Ci Matkę-Dziewicę” (Idiomelon z nieszporów Narodzenia Pańskiego). Ludzkość dała Jezusowi Maryję za Matkę, istotę najpiękniejszą spośród wszystkich ziemskich stworzeń. Pod koniec swego życia Jezus odwzajemnił ten dar, dając nam Maryję za naszą Matkę: „Synu, oto Matka twoja” (J 19,26–27).

Maryjo, prosimy Cię: uproś nam łaskę głębokiej wiary – takiej, która pozwala spojrzeć głębiej na całe nasze życie i daje umiejętność zachowywania oraz rozważania wszystkich wydarzeń i słów Bożych w naszych sercach. Amen.

DZIĘKCZYNIENIE ZA ROK 2025

ZAPRASZAMY NA MSZĘ ŚW. DZIĘKCZYNNĄ 31 XII GODZ. 18.00

Baner na Rok Jubileuszowy 2025 "Pielgrzymi nadziei" 75x100 cm

Modlitwa dziękczynna za mijający rok 2025

Wszechmogący Boże,

Z pokorą i wdzięcznością staję przed Tobą, zamykając drzwi mijającego roku.

Dziękuję Ci za każdy oddech, który mnie utrzymał,

za każdą chwilę światła i cienia, które razem utkają moją historię.

Dziękuję Ci za dni, które przyniosły radość,

za śmiech, który rozświetlał ciemność,

za bliskość, która koiła samotność,

i za miłość, która wzmocniła moje serce, nawet gdy wydawało się kruche.

Dziękuję Ci także za trudności,

za cierpienie i rozczarowania, które wydawały się ciężarem nie do zniesienia.

Dziękuję, że przez nie mogłem odkryć głębię swojej duszy,

że mogłem nauczyć się wytrwałości, cierpliwości i pokory.

Dziękuję za każdy moment, w którym musiałem upaść,

bo w tych upadkach uczyłem się ufać Tobie ponad wszystko.

Panie, dziękuję Ci za ludzi, których postawiłeś na mojej drodze:

za tych, którzy byli światłem i wsparciem,

za tych, którzy byli lustrem moich słabości,

za tych, którzy nauczyli mnie przebaczenia i współczucia.

Dziękuję za każdy uśmiech i każde spojrzenie, które przemieniło zwykły dzień w święto życia.

Dziękuję Ci za czas – tak cenny i ulotny –

za wszystkie sekundy, które mogłem przeżyć, kochać, tworzyć, rozumieć i popełniać błędy.

Dziękuję za każdą chwilę ciszy i samotności,

bo w niej nauczyłem się słuchać Twojego głosu w moim sercu.

Dziękuję za lekcje, których nie rozumiałem w danej chwili,

a które teraz stają się fundamentem mojej mądrości.

Boże, dziękuję Ci za życie takim, jakie ono jest:

pełne sprzeczności, pełne cudów i zagadek,

pełne pytań bez odpowiedzi i odpowiedzi, które przychodzą niespodziewanie.

Dziękuję, że w każdej porażce mogę odnaleźć ziarno nadziei,

a w każdej radości smak prawdziwego daru.

Proszę Cię, Panie, aby wspomnienia tego roku nie były ciężarem,

lecz skarbnicą wdzięczności i mądrości.

Niech wszystko, czego doświadczyłem – dobro i trud –

prowadzi mnie ku głębszej miłości, cierpliwości i pokoju w nadchodzącym roku.

Niech moja dusza pamięta, że każdy dzień jest darem,

każde spotkanie jest lekcją, a każdy oddech jest Twoim darem życia.

Niech serce moje wchodzi w nowy rok z ufnością,

z otwartymi rękami na wszystko, co przyniesie,

i z wdzięcznością za wszystko, co już mi dałeś.

Dziękuję Ci, Panie, za ten rok – za jego światło i mrok,

za wzloty i upadki, za śmiech i łzy,

za życie w całej jego pełni.

Niech moje serce na zawsze pozostanie pełne wdzięczności.

Amen.

 

ŚWIĘTO ŚWIĘTEJ RODZINY; JEZUSA, MARYI I JÓZEFA

Po co jest Święta Rodzina? Odpowiedzieć można na wiele sposobów. Na przykład – opierając się na kolekcie dzisiejszej – można wskazać, że po to, abyśmy złączeni wzajemną miłością, naśladowali w naszych rodzinach Jej cnoty. Prawda. Tylko, że to już jest odpowiedź i perspektywa… zaawansowana, złożona, historycznie „bogata”. Natomiast warto najpierw zobaczyć odpowiedź „pierwszą” – tę fundamentalną i najmniej skomplikowaną – ona powinna być oczywista w świetle każdego ewangelicznego tekstu, mówiącego o Świętej Rodzinie, a przecież tekstów tych nie ma wiele. Załóżmy (roboczo – do weryfikacji), że owe nieliczne fragmenty eksponują odpowiedź następującą: Święta Rodzina jest… dla bezpieczeństwa Jezusa(!). Bóg stał się człowiekiem, potwierdzając tym samym, że dobrze jest być człowiekiem. Jednakowoż miejsce przeżywania tego człowieczeństwa (nasz świat; doczesność) nie jest w pełni miejscem przyjaznym dla życia ludzkiego. To życie wymaga specjalnej ochrony i ostrożności, aby mogło wzrastać i rozwijać się. Nie inaczej było z ludzkim życiem Boga, który stał się człowiekiem. To życie – widziane i opisywane z perspektywy naszego świata, a takie są opisy ewangeliczne – od początku jest zagrożone. Pierwsze zagrożenie dotyczy czasu, w którym okazuje się, że Maryja spodziewa się dziecka. Józef wie, że to nie jest jego dziecko. Co zatem ma zamiar uczynić? W Ewangelii czytamy, że zamierza Maryję oddalić potajemnie (Mt 1,19). Tłumacząc to na „język” zrozumiały dla nas, stwierdzić należy, że wybór Józefa i tak jest szlachetny i wielkoduszny. Dlaczego? Bowiem pierwsza opcja dla Józefa to publiczne oskarżenie Maryi o cudzołóstwo; oskarżenie, które przecież nie byłoby z jego strony oszustwem – w świetle tego, co widzi, tak właśnie się sprawy mają… Zamierza jednak Maryję oddalić potajemnie, czyli nie wnosić oskarżenia o cudzołóstwo, ale też i nie wchodzić w małżeństwo. Bilans takiego wyboru jest następujący: Józef ocala Maryję (i jej dziecko) przed ukamienowaniem za cudzołóstwo, ale jednocześnie ściąga na siebie opinię człowieka niesolidnego – w oczach ludzi społecznie degraduje sam siebie, bo przecież wycofuje się z małżeństwa oraz z ojcostwa. Zatem rozwiązanie, które Józef wybiera, jest – w ramach jego możliwości – maksymalnie wielkoduszne. To w takim właśnie momencie zastaje go interwencja anioła, który mówi: nie bój się wziąć do siebie Maryi, Twej małżonki, gdyż z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło (Mt 1,20). Ponieważ Józef słucha Boga i jest posłuszny, pierwsze zagrożenie życia Jezusa zostaje oddalone. Nie jest to jednak zagrożenie jedyne. Niepewność i niebezpieczeństwo towarzyszą też całemu kontekstowi narodzenia Jezusa. Maryja i Józef wprawdzie mają swój dom – w Nazarecie – ale muszą udać się do Betlejem na spis ludności, zarządzony przez władze rzymskie. Ponieważ z tej samej racji wielu ludzi w tym czasie również przemieszcza się, nic dziwnego, że dla podróżnych brakuje miejsc noclegowych. Poród dokonuje się więc w miejscu przeznaczonym nie dla ludzi, a dla zwierząt. Niewątpliwie jest to zagrożenie – przede wszystkim dla Jezusa. Udaje się jednak na tyle czuwać nad całą sytuacją, że bez komplikacji świat nasz może powitać kolejne dziecko, które – choć przy skrajnym ubóstwie środków – jest otoczone troską i bezpieczne. Nie znaczy to jednak, że stan gwarantowanego bezpieczeństwa jest stałą charakterystyką życia Świętej Rodziny.

Nadchodzi bowiem moment, o którym słyszymy dziś: anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić» (Mt 2,13). A więc znów zagrożenie. I znów skuteczne działanie, którego skutkiem jest zwycięstwo nad zagrożeniem: Józef wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu (Mt 2, 14). Czytamy następnie, że później – również na wyraźne polecenie Boga – Święta Rodzina wraca z Egiptu do Nazaretu. Domyślamy się, że cały czas priorytetowym zadaniem Józefa i Maryi jest troska o bezpieczeństwo Jezusa. Ewangeliczna scena z 12-letnim Jezusem, odnalezionym w świątyni, potwierdza nam to. Wprawdzie nie ma już wtedy do czynienia z bezpośrednim zagrożeniem wobec Jezusa, ale wypowiedź Maryi świadczy o utrwalonej przez lata postawie szczerej troski ze strony rodziców: Ojciec twój i ja z bólem serca szukaliśmy ciebie… (Łk 2,48).

Po co jest Święta Rodzina? Jak widzimy nie jest nadużyciem stwierdzenie, że dla bezpieczeństwa Jezusa (w domyśle: w naszym świecie, który bezpieczny nie jest). W kodeksach doczesnych ustaw można wielokrotnie umieszczać zapisy o prawie do bezpiecznego życia. Słuszne to jest i sprawiedliwe, nie daje to jednak samo z siebie gwarancji tegoż bezpieczeństwa. Niedoskonała natura naszego świata nie zmienia się. Dlatego uczeń Chrystusa, człowiek wierzący, nie prosi Boga o jakieś wyimaginowane doskonałe bezpieczeństwo, ale zabiega o to, aby w jego sercu panował pokój Chrystusowy – jak mówi dzisiejsze II czytanie. Wtedy – świadomy kruchości życia – może żyć logiką tego pokoju. Ta logika i ten pokój – przypomniane przez fragment Listu do Kolosan – całą siłą swojej jasności akcentują życie rodzinne jako naturalne miejsce powstawania nowego życia oraz – konsekwentnie – skutecznej troski o stabilny i bezpieczny rozwój tego życia. Święta Rodzina jest dla bezpieczeństwa Jezusa. Jeśli w tym kontekście pojawia się pytanie o to jakie powinny być nasze rodziny; o jaki ich kształt należy zabiegać, warto na pewno patrzeć na Świętą Rodzinę. I okaże się, że do tego wzorca nie trzeba wcale niczego supernowoczesnego dodawać. Gdy zadbamy o to, aby w naszej rodzinie na co dzień Jezus czuł się dobrze, zasadnicza część „rodzinnego zadania” jest wykonana. I jeszcze jedno. „Zadanie” – to słowo fundamentalnie ważne dla ludzi młodych, dla ludzi pierwszej połowy życia, dla ludzi zdobywających, osiągających, wspinających się, realizujących cele… Wiele treści, objawionych przez Boga, formułujemy i komunikujemy właśnie w języku zadań. Jest to słuszne zwłaszcza we wspomnianej pierwszej połowie życia. Jednak nie jest dobrze, gdy ów język zadań (wyłącznie oparty na samokontroli ofensywny styl realizowania celów) dominuje również w drugiej połowie życia. Wielu ludzi w podeszłym wieku zauważa, że w młodości próbowali zdobyć (jak zdobywa się twierdzę na wojnie…) to, co najpierw w swej naturze i istocie jest darem. A rodzina jest najpierw darem. Święta Rodzina jest najpierw darem – również jako wzorzec dla naszych rodzin. O wiele „łatwiej” realizuje się zadanie, które najpierw widzi się i przeżywa jako dar. Bardzo możliwe, że właśnie takim przypomnieniem jest dla nas postawa św. Józefa – postawa człowieka, który cały czas milczy, jakby całkowicie skupiony był na słuchaniu Boga i na wprowadzaniu w życie tego, co usłyszał. W kolędzie Dzisiaj w Betlejem, w niektórych regionalnych wersjach tej kolędy pojawia się określenie Józef STARY… Może w tej „starości” chodziło o synonim mądrości? Bo z pewnością mądre jest milczenie, które nie rozprasza niepotrzebnymi słowami, milczenie które łączy się z pełną dyspozycyjnością do usłyszenia głosu Boga. Mądre jest dostrzeżenie i docenienie daru, zanim zabierzemy się za realizację związanego z nim zadania. Wtedy zadania tego nie wykonujemy sami, ani nie jesteśmy „skazani” jedynie na własne siły…  Wtedy treść kolekty dzisiejszej nie jest jakąś abstrakcją, ale realnym zaproszeniem, abyśmy złączeni wzajemną miłością, naśladowali w naszych rodzinach Jej cnoty.