III NIEDZIELA ZWYKŁA – A

Pielgrzymka do Włoch – O. Pio i Dolindo

Termin: 22.04.2026 – 29.04.2026 – PROGRAM – W ZKŁADCE OGŁOSZENIA, a kontakt info w kancelarii lub w zakrystii – ZAPRASZAMY – PRZEWODNIKIEM BĘDZIE – OJCIEC ZBIGNIEW NOWAKOWSKI – PROWADZIŁ U NAS OSTATNIE REKOLEKCJIE W. P.

w załączeniu przesyłam dedykowany link do zapisów dla pielgrzymów:

https://grupy.misjatravel.pl/jablonna

III Niedziela Wielkanocna – 04.05.2025 r. – Parafia św. Krzyża w Dębicy

Dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła? Bardzo różne słyszymy próby odpowiedzi na to pytanie. Jeden z duszpasterzy, po sezonie kolędowym, po zakończeniu odwiedzin u swoich parafian, pochylił się raz jeszcze nad własnymi notatkami z takich właśnie duszpasterskich spotkań domowych. Temat odchodzenia od wspólnoty pojawiał się często. W tym roku ów duszpasterz spotykał jednak nie tylko rodziców, żalących się, że dzieci czy wnuki – tak ogólnie – odwracają się od praktykowania wiary. Spotkał też kilka osób, które kiedyś były bardzo zaangażowane w działalność jakiejś grupy duszpasterskiej, a zniechęcone lub zawiedzione zrezygnowały, odeszły… Odeszły nie tak całkowicie i radykalnie z Kościoła – wszak przyjęły księdza po kolędzie – ale odeszły z grupy; ze wspólnoty, w której wcześniej z zapałem działały. Dlaczego odeszły? Oto streszczenia konkretnych głosów konkretnych osób.

Daria była bardzo zaangażowana w zbiórki charytatywne. Dbała, by wszystko było zrobione dobrze. Pomagała też w prowadzeniu parafialnej księgowości. Pewnego razu zauważyła, że pieniądze zbierane na misje zagraniczne zostały przeznaczone na remont salki na plebanii. Gdy zapytała o to wprost, usłyszała, że to drobne przesunięcie oraz że nie powinna się tym martwić. Ale martwiła się. Dla niej to nie była drobnostka. Stwierdziła, że nie może publicznie zbierać kolejnych datków, jeśli zasady są traktowane tak luźno. Odeszła po cichu, ze smutkiem i z przekonaniem, że nie powinna być częścią czegoś, co według niej jest wewnętrznie sprzeczne.

Marek we wspólnocie duszpasterskiej szukał przede wszystkim głębi i autentyczności. Natomiast nie do końca prawdziwe wydawały mu się zawsze uśmiechnięte twarze i przesadnie pobożny język, w którym zamykano całą rzeczywistość. Pewnego wieczoru, na spotkaniu małej grupy, zebrał się na odwagę. Opowiedział o swojej walce z depresją i o uczuciu pustki, które go nie opuszczało. W odpowiedzi – zamiast empatii – usłyszał pouczające rady: Twój problem polega na tym, że nie skupiasz się na radości Pana… Musisz po prostu zostawić to przy krzyżu i do tego nie wracać… Te „rady” brzmiały w uszach Marka jak unieważnienie jego bólu. Poczuł się niezrozumiany i bardziej samotny niż kiedykolwiek. Odszedł z przekonaniem, że nie może być sobą wśród ludzi, którzy – jak w teatrze – odgrywają role szczęśliwych i bezproblemowych.

Łukasz zafascynował się Biblią, więc z gorliwością zaczął uczęszczać na spotkania biblijne. Zadawał wówczas pytania, które – jak się okazało – wykraczały poza standardowe interpretacje. On był po prostu ciekawy. Prowadzący spotkanie odpowiadał natomiast z pozycji kogoś zagrożonego, a grupa w większości reagowała na pytania Łukasza, jak by ktoś podważał ich wiarę. Łukasz akceptowałby proste nie wiem jako tymczasowe odpowiedzi na swoje pytania, a najczęściej słyszał, że niektórych rzeczy po prostu nie da się zrozumieć lub, że o to w ogóle nie powinien pytać. Odszedł, bo nie znalazł przestrzeni do dociekania i – jak sam powiedział – zasypała go hałda dogmatów.

Sylwia jest kobietą sukcesu. W swojej pracy zawodowej zarządza projektami, wyznacza cele i skutecznie je realizuje. Zaproszona przez koleżankę do wspólnoty modlitewnej, chciała tam wnieść choć trochę tej swojej energii. Jednak szybko zderzyła się ze ścianą. Wspólnota – w jej oczach – dryfowała bez celu. Jedynym widocznym celem było przetrwanie do następnego miesiąca. Nie było wizji rozwoju, strategii dotarcia do nowych ludzi, żadnych mierzalnych wskaźników postępu. Sylwia zrozumiała, że marnuje swój potencjał, próbując mobilizować ludzi, którzy zadowalają się stagnacją. Odeszła…

Streszczone tu historie na pewno same w sobie nie są „czarno-białe”. Ich bohaterowie z jednej strony znaleźliby zwolenników, całkowicie przyznających im rację, z drugiej strony natomiast usłyszeliby również głosy, że zamiast domagać się czegoś gotowego i dojrzałego, mogliby sami bardziej postarać się wnieść do wspólnoty te ideały, których nie zastali tam na miarę swoich – może wygórowanych – oczekiwań. Nie należy dziwić się, że w społeczności Kościoła spotkamy ludzi różnych, bardzo różnych – różnych w intensywności pragnień i oczekiwań, różnych w pomysłach na ich realizowanie, różnych w sposobach przeżywania codziennych wyzwań, wreszcie różnych stopniem zwykłej ludzkiej dojrzałości. Wobec tej ludzkiej różnorodności na pewno warto – w ramach liturgicznej cykliczności zestawów czytań – na nowo usłyszeć Jezusowe Nawracajcie się oraz Pójdźcie za Mną.

Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Od tego się zaczyna. Fundamentem („zasadą” treściowo pierwszą) jest prawda, że bliskie jest królestwo niebieskie. Rybak łowi, stosując przynętę, Jezus „łowi”, wskazując na lepszą rzeczywistość niż codzienne doświadczenie Jego słuchaczy. Ta lepsza rzeczywistość nie jest odległa – jest BLISKO. Interesuje mnie to? Jeśli nie, nic dziwnego, że nie słyszę imperatywu nawracajcie się. Jeżeli natomiast oferta „lepszego królestwa” (niż moje dotychczasowe życie) jest dla mnie interesująca, zatrzymuję się wobec wezwania nawracajcie się. To wezwanie do zmiany. Zdecydowanie i niezaprzeczalnie, pierwsze „oficjalne” Jezusowe orędzie to ZMIENIAJCIE… Kogo? Siebie… Dlatego siebie, że tylko zmiana siebie jest możliwa (moja wina… moja wina…)(„kogoś” nie zmienię i warto pogodzić się z tym).

Mądre komentarze podpowiedzą nam, że chodzi tu o zmienianie myślenia, zmienianie umysłu, zmienianie nawykowych sposobów postrzegania, reagowania, przeżywania. Załóżmy więc roboczo, że słyszę i akceptuję dotychczasowe orędzie – słyszę i akceptuję iż można żyć lepiej i wymaga to mojego zaangażowania w zmienianie własnego myślenia. Staję więc w gotowości i pytam co dalej?… Dalej Jezus mówi: Pójdźcie za Mną. Czyli zmienianie, do którego dopiero co wezwał, nie jest jakąś dowolną czy przypadkową aktywnością. Nie jest ono statycznym gotowym projektem, a jednak jednocześnie jest wystarczająco jasne i określone – chodzi o wędrowanie za Jezusem i uczenie się interpretowania swojego życia w świetle Jego spojrzenia. Postępów na tej drodze nie będzie bez mojego zaangażowania, nie ma takiej możliwości. Królestwo niebieskie rzeczywiście jest bliskie, ale nie można otrzymać go z zewnątrz bez własnego wysiłku (nie można za kimś pójść, nie idąc…). Co wynika z tego pójścia? Czasem przez długi czas wydaje się, że nic. A czasem okazuje się, że ów długi czas (z którego nic nie wynikało) potrzebny był, aby istotnie coś dostrzec i skutecznie ZMIENIĆ… Daria, Marek, Łukasz, Sylwia nie zastali we wspólnotach tego, czego się spodziewali. A może bardziej to Jezus Chrystus spodziewał się, że dzięki ich osobistej wierze obdaruje owe wspólnoty tym, czego tam brakuje? Z kolei ludzie, którzy zawiedli Sylwię, Łukasza, Marka, Darię, formalnie identyfikowali się ze wspólnotą Kościoła, ale czy naprawdę, radykalnie szli za Jezusem i nie mają sobie nic do zarzucenia?

Szczere pragnienie pełnienia woli Bożej z pewnością jest wolą Bożą – mawiali święci mistycy.

Inni dodawali:

Uważaj na swoje myśli – stają się one słowami.

Uważaj na swoje słowa – stają się one czynami.

Uważaj na swoje czyny – stają się one nawykami.

Uważaj na swoje nawyki – stają się one charakterem.

Uważaj na swój charakter – staje się on twoim przeznaczeniem.

W świetle takich słów być może łatwiej zrozumieć i przyjąć, dlaczego Jezus rozpoczyna swą działalność wezwaniem do zmieniania myślenia i pójścia za Nim.

II NIEDZIELA ZWYKŁA

Jeśli słuchaliśmy uważnie dzisiejszej Ewangelii, to z pewnością zwróciło naszą uwagę dwukrotnie powtórzone przez św. Jana Chrzciciela zdanie: „Ja Go wcześniej nie znałem” (J 1,31.33). Być może wzbudziło to naszą wątpliwość. Przecież Jan musiał znać Jezusa jako krewnego z Nazaretu, jako syna Józefa cieśli. Spotkali się już bardzo wcześnie, gdy ich matki były w stanie błogosławionym. W młodości zapewne widywali się dość często – znali się całkiem dobrze, rozmawiali ze sobą, może nawet byli przyjaciółmi. Jan znał więc Jezusa historycznego, znał Go po ludzku, ale nie znał jeszcze w pełni Jego boskiej tajemnicy.

Dlatego w momencie, gdy Jezus przychodzi nad Jordan, Jan stwierdza stanowczo: „Ja Go wcześniej nie znałem” (J 1,31.33). Także w naszym życiu zdarza się, że ktoś, kogo – jak nam się wydawało – znaliśmy dość dobrze, nagle ukazuje nam zupełnie inny aspekt swojej osobowości, który jest dla nas zaskakujący, i wyznajemy: „Nie znałem go takim”. Podobno małżeństwo jest najlepszym „okulistą”, który pozwala przejrzeć naszym oczom. Ileż razy słyszymy z ust żon o swoich mężach – lub odwrotnie – słowa: „Ja go wcześniej nie znałam”, „Nie znałem jej”. Często, gdy słyszymy świadectwa osób nawróconych, nawet ochrzczonych i tradycyjnie praktykujących, mówią one o swojej relacji z Chrystusem sprzed nawrócenia: „Ja Go wcześniej nie znałem”.

Bardzo ważne jest zrozumieć, że istnieją dwa rodzaje poznania Jezusa. Z jednej strony – znajomość poprzez tradycję religijną i rodzinną. Jeśli pochodzimy z rodziny chrześcijańskiej, mówiono nam o Chrystusie od najwcześniejszego dzieciństwa. To bardzo dobrze – mieliśmy szczęście otrzymać takie wychowanie. Jednak w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że jesteśmy chrześcijanami nie tylko dlatego, że wywodzimy się z takiej czy innej rodziny, lecz przede wszystkim dlatego, że Chrystus żyje, że On nas wybrał i że mamy z Nim osobistą, bezpośrednią więź. To On nas wzywa i to za Nim idziemy. Nie jesteśmy chrześcijanami jedynie po to, by dochować wierności rodzicom czy dziadkom. Szanujemy tradycje rodzinne, ale to nie one są główną racją wiary. Główną racją jest owa żywa więź z Tym, który jest Barankiem Bożym. Pragniemy bowiem stawać się uczniami Baranka.

Uznajmy i my: „Ja Go przedtem nie znałem” (J 1,31.33). Nie znałem Go – słyszałem o Jezusie, wiedziałem, kim był, znałem kilka epizodów z Ewangelii – ale nie wiedziałem, że jest żywy i że jest stale z nami.

Dzisiejsza Ewangelia jest doskonałą ilustracją oraz komentarzem do tegorocznego hasła roku duszpasterskiego Kościoła w Polsce: „Uczniowie – misjonarze”. Aby naprawdę poznać Jezusa, trzeba stać się Jego uczniem. Trzeba słuchać Bożego słowa, ponieważ właśnie ta postawa – bardziej niż jakakolwiek inna – najlepiej określa samą istotę chrześcijaństwa, czyli bycia uczniem Pana. Chrześcijanin to ktoś, kto słucha Boga, który mówi do niego na różne, bogate sposoby, zapraszając do dialogu miłości. Tylko wtedy, gdy jesteśmy uważnymi słuchaczami Słowa, które stało się Ciałem, możemy później to Słowo głosić całemu światu. Możemy stawać się słowem Pana wypowiedzianym do świata – możemy stawać się świadkami Chrystusa, misjonarzami.

Dla Jana Chrzciciela moment spotkania z Jezusem nad Jordanem był chwilą wewnętrznego oświecenia. Pod jego wpływem Jan wyznaje: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Aby Go naprawdę poznać, potrzeba wewnętrznego światła Ducha Świętego, które pozwala nam odkryć obecność Baranka Bożego.

Pamiętamy zapewne, że biblijna symbolika baranka pojawia się po raz pierwszy w historii Abrahama. W jego życiu – jak dobrze wiemy – był pewien bardzo ważny i trudny moment, chwila próby. Bóg zażądał całopalnej ofiary z Izaaka, tak bardzo oczekiwanego syna. Podczas drogi, gdy byli już blisko celu, Izaak zapytał: „Ojcze mój! (…) oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?”. Abraham odpowiedział wtedy: „Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój” (Rdz 22,7-8). Ostateczną odpowiedź przynosi dopiero Jan Chrzciciel, wskazując na Jezusa: „Oto Baranek Boży” (J 1,29; por. J 1,36). Prawdziwym Barankiem nie był Izaak – dlatego Abraham nie mógł wówczas w pełni odpowiedzieć na pytanie swojego dziecka. Wiemy, że w ostatniej chwili, gdy Abraham był posłuszny aż do końca, anioł powstrzymał jego rękę, a zamiast syna została złożona ofiara zastępcza. Prawdziwym Barankiem jest Jezus Chrystus.

Jan Chrzciciel stał się świadkiem. Świadek to ktoś, kto wskazuje. Jan jako pierwszy rozpoznał, kim jest Ten, który przyszedł. Jakie to wspaniałe, że Kościół zachował słowa Jana Chrzciciela w samym sercu tajemnicy Eucharystii! Kapłan ukazuje nam Hostię na chwilę przed Komunią i mówi: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1,29). Kościół pragnie, aby słowa Jana Chrzciciela były wciąż powtarzane, ponieważ przypominają nam, że otrzymujemy tę samą łaskę i że powinniśmy nią żyć. Każdy z nas ma – na miarę swego powołania – łaskę Jana Chrzciciela, pozwalającą nam przekraczać zewnętrzne znaki i odkrywać tajemnicę Baranka. Spójrz na Niego. On jest tutaj – żywy i prawdziwy. Twoim zadaniem jest nie tylko wyznać wiarę w Jego obecność, ale także samemu stać się drogowskazem: kimś, kto swoim życiem ukazuje Baranka.

Mamy być uczniami Chrystusa – mamy wskazywać dzisiejszemu światu Baranka, objawiać Jego obecność, której wielu ludzi już nie dostrzega, której świat już nie widzi, ponieważ tak łatwo zadowala się sam sobą. Rozumiejąc dziś głębiej tajemnicę Jana Chrzciciela, postanówmy, że także my będziemy świadkami Baranka – tak jak on.

NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO

NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO – Parafia p.w. Matki Bożej Królowej Polski w Jabłonnie

Jakże wiele wysiłku wkładamy w to, by jakoś ułożyć sobie to nasze doczesne życie – by być zdrowym, by nie cierpieć biedy, by odnieść zawodowy sukces, by mieć wokół siebie jak najwięcej przyjaciół. Zaczynamy więc od dobrej szkoły, licznych kursów językowych czy też innych zajęć pozwalających rozwinąć posiadane talenty. Później może jakieś studia – by zdobyć odpowiednie wykształcenie. Następnie dobra praca, szczęśliwa rodzina, w końcu przychodzi odpowiedni status społeczny i materialny. Trzeba sporo poświęcenia, sporo czasu i zabiegania, by to wszystko osiągnąć.

To wszystko ma oczywiście wartość i znaczenie, o ile nie zapominamy o tym, że przede wszystkim jesteśmy dziećmi samego Boga, że jesteśmy ludźmi wierzącymi – mamy dzięki temu pewne przywileje, ale też i pewne obowiązki wobec Boga i Kościoła. I tak, gdy na świat przychodzi dziecko, od razu zaczynamy planować, kiedy przyniesiemy je do chrztu, zaczynamy szukać właściwych osób, które pełniłyby rolę rodziców chrzestnych – to jest dla nas naturalne, bo wiemy, że chrzest jest początkiem wiary, że jest początkiem życia wiecznego, jest właściwym fundamentem, na którym można budować sensowne życie.

Z drugiej zaś strony, zatrważające – albo co najmniej zastanawiające – jest to, jak wielu rodziców odkłada chrzest dziecka na później, a często w ogóle z niego rezygnuje lub po prostu zapomina. I dopiero gdy dziecko jest już nieco starsze, gdy ma przystąpić do pierwszej komunii świętej, okazuje się, że nie było ochrzczone, bo rodzice jakoś to przeoczyli. Owszem, od momentu narodzin syna czy córki rodzice chcieli dla swojego dziecka jak najlepiej – zadbali, by niczego mu nie brakowało, by czuło się bezpieczne, by rozwijało się jak najlepiej… Ale zapomnieli o najważniejszym – zapomnieli, przeoczyli, nie dopilnowali tego, by ich dziecko weszło na drogę wiary. Nie zadbali o to, co w życiu każdego chrześcijanina jest właśnie tym fundamentem.

„Ja, Pan, powołałem Cię (…), ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów” (Iz 42,6) – mówi dzisiaj prorok Izajasz. Bóg powołał nas do życia, ukształtował nas. Dlatego też wszystko inne w naszym życiu traci na znaczeniu, gdy u początków naszego życia brakuje Boga, gdy brakuje wiary, gdy brakuje tego wejścia na drogę zbawienia poprzez sakrament chrztu świętego, gdy brakuje naszej ludzkiej zgody na to, by stać się – zgodnie z Bożym zamysłem – przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów. A zatem wszelkie wysiłki podejmowane na rzecz dobrego życia – jakkolwiek rozumiemy to sformułowanie – nie mają sensu, bo przecież bez wiary zmierzamy donikąd…

Dzisiaj przeżywamy święto Chrztu Pańskiego, przywołując na pamięć chrzest Jezusa w Jordanie, Jego stanięcie w jednym szeregu z wszystkimi, którzy przyjmowali od Jana chrzest nawrócenia. To dla nas doskonała okazja do tego, by wyrazić Bogu wdzięczność za nasz chrzest, za nasz początek wiary, za nasz początek życia wiecznego. Choć zapewne, gdy każdy z nas przyjmował sakrament chrztu, nie towarzyszyły temu tak spektakularne znaki, o jakich słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, to jednak te słowa, które wypowiedziane zostały przez głos z nieba: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17), dotyczą każdej i każdego z nas. W chwili chrztu Bóg powołał nas do życia we wspólnocie z sobą, zawarł z nami przymierze miłości, dając nam obietnicę zbawienia. Oczywiście, to czy z tej obietnicy skorzystamy, zależy już tylko od tego, czy naszym życiem odpowiemy na miłość Boga – a jak pisze autor Dziejów Apostolskich, miły Bogu jest „ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie” (Dz 10, 35) – czy też tej miłości zaprzeczymy.

Ten wymiar duchowy naszego życia jest nie mniej ważny, jak to wszystko, co warunkuje nasze życie doczesne, a o co z taką pieczołowitością i poświęceniem często zabiegamy. Stawajmy dziś przed Panem Bogiem z wdzięcznością za nasz chrzest, za ludzi, którzy zatroszczyli się o to, byśmy rozpoczęli życie wiary, którzy pokazali nam drogę do Boga. I prośmy, abyśmy nigdy nie zapominali o tym, że mamy zaszczyt i przywilej być umiłowanymi dziećmi Boga. Amen.

UROCZYSTOŚĆ OBJAWIENIA PAŃSKIEGO

Pomysły z tablicy Trzech Króli: 25 | three wise men, objawienie pańskie, boże narodzenie

Obchodząc dzisiaj uroczystość Objawienia Pańskiego, chcemy spojrzeć na głównych bohaterów dzisiejszej Ewangelii. Są nimi król Herod oraz Mędrcy, którzy przybyli do Jerozolimy, aby odnaleźć nowonarodzonego Króla Żydowskiego. W tym celu wypytują o Niego i spotykają się z Herodem.

Spotkanie szlachetnych Mędrców ze żądnym władzy i zakłamanym królem można określić jako zderzenie światła i ciemności. Ewangelia mówi: „Gdy to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima” (Mt 2,3). Słysząc pytanie o nowonarodzonego Króla Żydowskiego, Herod wpada w panikę. Słynął on nie tylko z okrucieństwa i nieobliczalności, ale przede wszystkim z chorobliwego – neurotycznego lęku o władzę. To lęk człowieka, który chce zachować swoje „małe królestwo” i nie dopuszcza Boga do centrum życia. Czyż miałby stracić swoją władzę? Co będzie z jego królestwem? Po naradzie z kapłanami i uczonymi w Piśmie wysyła Mędrców do Betlejem, a sam decyduje się jeszcze zostać w Jerozolimie i przygotowuje plan na wypadek, gdyby cała historia okazała się prawdą. Mędrcy mają mu o wszystkim donieść. Naradza się z nimi potajemnie, ponieważ nie chce dać poznać swoim dworzanom, że poważnie myśli o zagrożeniu utraty władzy i lęka się o swoją przyszłość

A jak jest z nami? Czy lękamy się o naszą przyszłość? Lęk jest obecny w życiu ludzi. Wystarczy choćby przyjrzeć się badaniom jednej z pracowni sondażowych, która zapytała Polaków, czego obawiają się w 2026 r. Okazuje się, że nasze myśli najczęściej zaprzątają problemy z dostępem do służby zdrowia, obawy o pogorszenie zdrowia własnego lub bliskich. Boimy się o bezpieczeństwo kraju, a także o utratę pracy lub źródła dochodu. Wkrada się w nasze życie niepewność.

Trzeba postawić pytanie o źródło naszych lęków. Może jest to zbytnia troska o przyszłość? Jednak wydaje się, że przede wszystkim jest to zbyt mała wiara w miłość Boga, który stał się dla nas człowiekiem. Przecież przyszedł On po to, aby otworzyć nasze oczy i umysły na szerszą perspektywę oraz umocnić nasze zalęknione serca wizją Królestwa Niebieskiego, w którym jedynym Królem jest Jezus Chrystus.

Zbyt często zapominamy o „nowym niebie i nowej ziemi”, którą przygotowuje nam Bóg, a zatrzymujemy się na doczesności, tak jakby poza śmiercią nic nie istniało. Mędrcy uczą nas wiary w drodze – wiary, która nie zna wygodnych odpowiedzi, lecz umie iść, pytać, szukać i ufać nawet wtedy, gdy droga prowadzi przez ciemność pustyni.

Kim oni byli? Byli poganami, a więc – w przeciwieństwie do Izraelitów – nie byli wychowywani w oczekiwaniu na przyjście Mesjasza. Jednak byli obdarzeni duchowym światłem i wewnętrzną tęsknotą za Bogiem, która znalazła wyraz w wytrwałym poszukiwaniu Go. Ewangelia mówi: „Ujrzeliśmy Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon” (Mt 2,2). Bóg posłużył się naturalnymi zdolnościami ich rozumu i pozwolił im rozpoznać znak, który doprowadził ich do Betlejem. Byli ludźmi poszukującymi czegoś więcej – prawdziwego światła, które było w stanie wskazać jaką drogą w życiu należy podążać. Byli również przekonani o tym, że w stworzeniu istnieją ślady Boga, które człowiek może i powinien odkrywać. Dlatego poszli za gwiazdą – cudownym znakiem z nieba. Byli astrologami, a więc byli również przekonani, że istnieje związek między zjawiskami na niebie, a losem poszczególnych ludzi i wydarzeniami na ziemi.

Ci mądrzy ludzie nie żałowali więc ani czasu, ani kosztów, ani trudów i wyruszyli ze swoim orszakiem ku Jerozolimie – bo odkryli, że w ziemi Judzkiej miał przyjść na świat nowy Król żydowski.I oto obraz, który jest sercem tej Ewangelii: „Weszli do domu, zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon” (Mt 2,11).

To nie tylko scena sprzed wieków – to także zaproszenie dla nas. Mędrcy nie zatrzymali się na wiedzy, na ciekawości, na rozumowych poszukiwaniach. Droga wiary doprowadziła ich do adoracji.

Każdy z nas nosi w sercu własną „drogę Mędrców”:

– drogę pytań,
– drogę kryzysów,
– drogę niepewności,

ale również drogę, na której Bóg zaprasza, aby paść na kolana przed Jego obecnością.

Dlatego potrzebujemy ich determinacji – aby odnaleźć Tego, który jest źródłem pokoju i prawdziwego życia, Jezusa Chrystusa.

Prośmy dzisiaj Boga abyśmy, jak Mędrcy ze Wschodu, byli w stanie poznać Pana. Poznać – nie znaczy tylko rozpoznać, ale też ruszyć w drogę, szukać nie poddawać się, wypytywać kolejnych osób, tak jak mędrcy wypytywali żydowskich uczonych, aż dojdziemy do celu, aż zobaczymy Go „twarzą w twarz”.

Konkretnie: w adoracji, w modlitwie serca, w sakramentach, w Eucharystii – tam, gdzie On naprawdę jest.
Niech nasze życie stanie się drogą, która prowadzi do Betlejem – do spotkania z Jezusem.

II NIEDZIELA PO NARODZENIU PAŃSKIM

II Niedziela po Narodzeniu Pańskim - liturgia.wiara.pl

„Światłość w ciemności świeci” (J 1,5).

Chyba każdy z nas wie, jak to jest, kiedy zabraknie światła, kiedy jest zupełnie ciemno… Można się o tym przekonać, gdy zabraknie prądu albo po prostu w nocy – każdej nocy. Nie jest to raczej miłe doświadczenie, zwłaszcza gdy jest się samemu. Człowiek w ciemności czuje się mniej pewny, mniej bezpieczny, odruchowo szuka jakiegokolwiek źródła światła. To światło, gdy tylko się pojawi, automatycznie daje poczucie bezpieczeństwa i pewności: wiemy, gdzie jesteśmy, co wokół nas się dzieje, kogo mamy obok siebie… Lęk znika albo przynajmniej staje się mniejszy.

Dzisiejszy fragment Ewangelii mówi właśnie o światłości, o świetle. Jednak nie o takim świetle, które pojawia się dzięki żarówce czy świeczce – mówi o światłości prawdziwej. Może więc istnieć także światłość nieprawdziwa. Czy to znaczy, że światło, którym oświetlamy sobie otoczenie, nie jest prawdziwe? Nie. Nie o to tu chodzi – to tylko pewien obraz. Ta światłość prawdziwa to Chrystus, który „oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (J 1,9). Jako chrześcijanie zwykle tuż po narodzinach zostajemy ochrzczeni; otrzymujemy życie, które zostaje napełnione światłością – tą światłością, której żadna ciemność nie może pokonać. To życie wypływa z Chrystusa, dlatego jest pełne łaski i prawdy. Dlatego też wszelkie dobre czyny pełnione przez nas ze względu na Chrystusa mogą stawać się światłem rozpraszającym mroki zła, grzechu i nienawiści, których tak wiele jest w świecie.

Wiemy już, czym jest światłość prawdziwa. Czym więc może być światłość nieprawdziwa? Jest ona przeciwieństwem życia w łasce i w łączności z Chrystusem, czyli życiem w grzechu, oddaleniem się od Boga i Kościoła. Można ją porównać na przykład do wybuchu bomby atomowej. Taka bomba daje chwilowy, oślepiający rozbłysk i ogromną ilość światła, ale jednocześnie niesie ze sobą śmierć i zniszczenie. Podobnie bywa z grzechem. Bardzo często jawi się on jako przyjemność, coś pozornie dobrego i atrakcyjnego, a czasem nawet jako właściwy wybór – a w rzeczywistości niesie ze sobą bardzo poważne konsekwencje i fatalne skutki. Niszczy nasze życie duchowe, osłabia łączność z Jezusem – tą światłością prawdziwą – a nierzadko także relacje z innymi ludźmi…

Nie zawsze łatwo jest rozpoznać, co jest dobrą, prawdziwą światłością, a co fałszywym, złudnym światłem. Warto jednak czasem zadać sobie pytanie, czy to, co za chwilę powiem lub zrobię, przyniesie dobro mojemu otoczeniu i pomoże rozproszyć mroki trudności, wątpliwości i lęku, czy też będzie jak taka bomba atomowa: wprawdzie może da mi dużo „światła”, może będzie ładne, ciekawe, a nawet efektowne, ale w rzeczywistości przyniesie wiele szkód.

Światłość, o której dziś słyszymy, pojawia się już przy stworzeniu świata. Gdy czytamy Prolog, czyli pierwsze słowa Ewangelii według św. Jana, na myśl przychodzą także pierwsze słowa Księgi Rodzaju. Tam również jest mowa o początku i o światłości. Pierwszym bowiem dziełem Boga była właśnie światłość. Co więcej, Bóg uznał ją za dobrą. Bez niej panowałyby ciemność i bezład. To nie jest przypadek. Św. Jan celowo używa takiego obrazu, aby ukazać, że Chrystus istniał od początku, a nawet przed stworzeniem świata, i że to dzięki Niemu na świecie pojawiła się nadzieja dla ludzi – światłość dobra, której żadna ciemność nie jest w stanie pokonać.

Skoro mamy tak wielką światłość, mamy także nadzieję, a nawet pewność, że ostatecznie zatriumfuje dobro, a nie zło. Potrzebna jest jednak nasza współpraca, bo wciąż jest wiele osób, które nie znają tego światła, do których ono jeszcze nie dotarło. Bądźmy więc źródłami światła w świecie: jak latarka w ciemnym korytarzu, jak płomyk w ciemnej nocy. W ten sposób będziemy dawać innym nadzieję i radość pośród życiowych ciemności i trudności.

Jest to możliwe tylko wtedy, gdy będziemy zbliżać się do Jezusa, który przychodzi do nas poprzez słuchanie i czytanie słowa Bożego oraz przez przyjmowanie sakramentów, zwłaszcza Komunii Świętej. Wówczas Jezus prawdziwie w nas mieszka, a my świecimy Jego światłem.

Niech przykładem będzie dla nas św. Jan Chrzciciel, który dawał świadectwo o tej światłości – o Chrystusie – i dzięki któremu wiele osób Go poznało. Nie bójmy się świadczyć o swojej wierze i bądźmy dla świata źródłem światła i nadziei. Czy chcemy być po tej dobrej, jasnej stronie – jako źródła chrześcijańskiej radości i nadziei – czy po stronie złej i ciemnej, pełnej niepewności i lęku? Wybór ostatecznie należy do każdego z nas. Prośmy codziennie Chrystusa, aby kierował naszym życiem i nie pozwolił nam zatonąć w ciemnościach grzechu. Amen.

ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI – UROCZYSTOŚĆ – NOWY ROK 2026

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi – Nowy Rok 2020 ...

Liturgia dnia dzisiejszego obchodzi uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Boga. W Kościele wschodnim rytu syryjskiego nosi ona nazwę święta życzeń dla Maryi. Dzisiaj bowiem zbliżamy się do Niej z takimi samymi uczuciami, z jakimi zbliżamy się do kobiety, która od paru zaledwie dni jest szczęśliwą matką.

Dwie sprawy stawiają jednak Jej macierzyństwo ponad wszelkie ludzkie kategorie. Ten bowiem, którego wydała na świat, jest Synem Boga. Stała się Ona przez to prawdziwie Matką Boga – Theotokos, jak mówią prawosławni. Tę prawdę, jako prawdę wiary, Kościół ogłosił na jednym z pierwszych soborów ekumenicznych, który odbył się w Efezie w 431 roku. Św. Ignacy Antiocheński, jeden z najznamienitszych męczenników chrześcijańskiej starożytności, nazywa Jezusa Synem Boga i Maryi. Daje to Maryi nieosiągalną dla innych ludzi godność, całkowicie wyjątkową w historii zbawienia. Przez to staje się Ona równocześnie tak nam bliska, że możemy nazywać Ją naszą Matką – Matką Kościoła. Jezus, którego urodziła, przyjął nas za swoich braci. Złączył nas ze sobą tak głęboko, że staliśmy się jednym ciałem. Stał się naszą Głową, ale także naszym Bratem, pierworodnym między wielu braćmi (por. Rz 8,29), jak nazywa Go św. Paweł. Tę właśnie prawdę przypomniał nam Apostoł w podniosłych słowach dopiero co wysłuchanego Listu do Galatów: „Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty…, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo” (Ga 4,4–5).

Dzisiejsza Ewangelia ma w samym centrum bardzo ważne zdanie: „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). O jakich sprawach mówi Ewangelista? Pomyślmy tylko: Maryja, do której przyszedł anioł, dowiedziała się, że będzie Matką Boga. Otrzymała nawet potwierdzenie słów anioła, gdy przyszła do Elżbiety i okazało się, że jej krewna rzeczywiście jest w stanie błogosławionym. Potem nastąpiło trudne wydarzenie wędrówki do Betlejem z powodu spisu ludności i właśnie wtedy, w najtrudniejszym możliwym momencie, poza bezpiecznym domem, na świat przyszedł Jezus. W dodatku przychodzą pasterze i opowiadają o objawieniu. Czy nie jest to pewna mozaika zagmatwanych, pozornie ze sobą niezwiązanych wydarzeń? Być może Maryja nie rozumiała jeszcze w pełni ich sensu. A jednak zachowywała i rozważała wszystkie te sprawy w swoim sercu. Słowa użyte w tym miejscu Ewangelii sugerują z jednej strony ochronę przed zapomnieniem, a z drugiej – zbieranie razem, łączenie jakby w jedną całość wszystkich elementów. Takie podejście Maryja ma nie tylko do samych słów anioła czy do samych wydarzeń, ale do słów i wydarzeń razem. Nie rozdziela tego, co „boskie”, od tego, co „ziemskie”. Wszystko, co Ją spotyka, jest dla Niej albo słowem pochodzącym od Boga, albo wydarzeniem, na które Bóg pozwolił. W jednym i drugim widzi wyraz Jego miłości.

Niekiedy nasze życie także może wydawać się takim zlepkiem elementów, które nijak do siebie nie pasują. Może mamy takie odczucia wobec minionego roku albo jakiegoś okresu naszego życia? To tak, jakbyśmy mieli oddzielne sprawy, które same z siebie nic nie znaczą. A może są one klockami większej układanki? Może gdybyśmy spróbowali zebrać je razem i przemyśleć w świetle słowa Bożego, odkrylibyśmy ich sens? Trzeba do tego najpierw słuchać słowa Bożego.

Bóg nam błogosławi – jak czytaliśmy w Liście do Galatów – zesłał swojego Syna, aby narodził się na ziemi przez Maryję. Jest to kolejny wyraz Jego miłości do nas. Jak wielka jest ta miłość? Wystarczy spojrzeć na krzyż. Życie Chrystusa – taka jest wartość mojego i twojego życia.

 

Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Czasownik użyty w tym zdaniu – symballo – został przetłumaczony jako „rozważać”, ale dosłownie oznacza „zebrać, złączyć”. Od niego pochodzi znane nam słowo „symbol”. Podczas każdej niedzielnej Eucharystii, a także i dzisiaj, wypowiadamy „symbol”, czyli wyznanie wiary, które nazywa się właściwie symbolem nicejsko-konstantynopolitańskim. Został on tak nazwany, ponieważ Kościół zebrał i złączył w nim najważniejsze prawdy wiary. Wypowiadając te kilkanaście zdań, na nowo łączymy je w jedną mozaikę, przypominamy je sobie i przyjmujemy za swoje. Można powiedzieć, że jest to najkrótsze kompendium naszej wiary. Spróbujmy dzisiaj, z tą świadomością, wypowiedzieć wyznanie wiary.

Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Ważne jest, abyśmy pamiętali, że i Maryja żyła wiarą, wzrastała w wierze i była w wierze doświadczana. Do tego wzrastania pomagało Jej – tak jak i nam – słowo Boże. W pewnym sensie dwa razy słowo Boże stało się w Niej ciałem. Po raz pierwszy w sposób wyjątkowy, gdy przez dziewięć miesięcy nosiła Syna Bożego i żywiła Go w swoim łonie. Następnie w całym Jej życiu, w tym sensie, że każdy Jej gest i każda chwila były inspirowane słowem Bożym, które Maryja wiernie wypełniała. Słowo Boże realizowało się w Niej w ciszy. Ona stała milcząca pod krzyżem i taka sama była w Wieczerniku.

Maryja, w świetle dzisiejszej uroczystości, ukazuje się jako wspaniały dar, jaki Bóg i ludzie wymienili w tajemnicy Bożego Narodzenia. Nasi bracia prawosławni tak w Boże Narodzenie zwracają się do Jezusa: „Cóż możemy Ci podarować za to, że stałeś się człowiekiem? Wszystkie stworzenia wyrażają Ci swoją wdzięczność: aniołowie śpiewem, niebo gwiazdami, ziemia grotą, pustynia stajenką. My zaś ofiarowujemy Ci Matkę-Dziewicę” (Idiomelon z nieszporów Narodzenia Pańskiego). Ludzkość dała Jezusowi Maryję za Matkę, istotę najpiękniejszą spośród wszystkich ziemskich stworzeń. Pod koniec swego życia Jezus odwzajemnił ten dar, dając nam Maryję za naszą Matkę: „Synu, oto Matka twoja” (J 19,26–27).

Maryjo, prosimy Cię: uproś nam łaskę głębokiej wiary – takiej, która pozwala spojrzeć głębiej na całe nasze życie i daje umiejętność zachowywania oraz rozważania wszystkich wydarzeń i słów Bożych w naszych sercach. Amen.