W drugiej prefacji adwentowej (używanej przede wszystkim w drugiej części Adwentu, od 17 grudnia) Kościół modlił się słowami:
„On pozwala nam z radością przygotować się na święta Jego Narodzenia,
aby, gdy przyjdzie, znalazł nas czuwających na modlitwie i pełnych wdzięczności”.
Dzisiaj nasze czekanie dobiegło końca. Bóg przyszedł. Po raz kolejny przenosimy się do Betlejem, aby patrzeć na małe Dziecko: Boga-Człowieka. Możemy zadać sobie pytanie: jakimi znalazł nas dzisiaj Jezus? Czy jest w nas to, o co się modliliśmy – postawa wdzięczności?
W dzisiejszej Ewangelii słyszymy o pasterzach. Widzimy ich w momencie po odejściu anioła, po tym jak zwiastował im wielką radość: czas oczekiwania dobiegł końca, Mesjasz przyszedł.
Ale dlaczego to oni zostali wybrani jako pierwsi, aby usłyszeć tę nowinę? Myśląc naszymi codziennymi kategoriami, moglibyśmy zapytać: czy nie było lepszych? Przecież niczym sobie nie zasłużyli, nic nie mogą ofiarować w zamian, nie przyniosą kosztownych darów.
I właśnie w tym miejscu wszystkie ludzkie kategorie myślenia zawodzą. Okazuje się, że nie myślimy tak jak Bóg.
Zostali wybrani, bo Bóg postanowił obdarować ich jako pierwszych. Tylko oni – ci, którzy nic nie mieli, by dać w zamian – mogli ten dar przyjąć w pełni, w postawie bezinteresownej wdzięczności.
Pasterze pokazują nam, że w relacji z Bogiem fundamentem jest przyjęcie daru. Wdzięczność zaczyna się od uznania: „To nie ja jestem w centrum. To Bóg mnie obdarował”.
Pasterze przyjmują dar – i to wystarcza. Ich obecność przy żłobie jest już odpowiedzią wdzięczności.
A jaki dar przyjęli pasterze? Znajdują Dziecko w żłobie. Izraelici oczekiwali Mesjasza w wielkości, mocy i potędze. A On? Staje się małym, bezbronnym Dzieckiem. Przychodzi nie w chwale, lecz w uniżeniu. Znajdują Boga, który pozwolił się wziąć na ręce.
Jako ludzie często potrafimy być wdzięczni tylko wtedy, gdy Bóg spełnia nasze oczekiwania. Gdy prosimy o zdrowie, rozwiązanie trudnej sprawy, urodzajne plony – i to otrzymujemy – łatwo płyną z nas słowa wdzięczności.
Dzisiejsza Ewangelia uczy nas jednak wdzięczności za Boga, który jest inny, niż się spodziewaliśmy, ale dokładnie taki, jakiego potrzebujemy.
Pełnia wdzięczności rodzi się wtedy, gdy przestajemy mówić:
„Panie Boże, powinno być inaczej”,
a zaczynamy szeptać:
„Dziękuję Ci, że jesteś blisko – nawet w tym, co trudne i kruche”.
Potrzebujemy przyjąć Boga z wdzięcznością takim, jakim jest, a nie takim, jakim Go sobie wyobrażamy lub jakim chcielibyśmy, żeby był. To właśnie takie przyjęcie Boga przemienia serce człowieka.
Na końcu Ewangelii słyszymy, że pasterze wracają, „wielbiąc i wysławiając Boga”.
Dokąd wracają? Do swoich zajęć, do swojego codziennego życia. Ono zewnętrznie się nie zmienia – wracają na te same pola, do tej samej pracy. Ale ich serca są już inne.
To jest znak prawdziwej wdzięczności: nie ucieka ona od codzienności, lecz przemienia ją od środka. Wdzięczny człowiek potrafi dostrzec dar nawet w zwyczajnym dniu. Potrafi dziękować nie tylko za to, co łatwe, ale i za to, co uczy zaufania.
Dzisiejszy dzień jest więc szczególną okazją do okazania wdzięczności Bogu, który przychodzi. W czasie Bożego Narodzenia nasze kościoły są pięknie przyozdobione choinkami, światłami i dekoracjami; budujemy szopki, w których umieszczamy figurkę Dzieciątka Jezus. Nie robimy tego jedynie po to, by stworzyć „klimat”. Czynimy to przede wszystkim po to, aby skupić nasze zmysły i myśli na tej wielkiej tajemnicy Wcielenia.
Po zakończonej Mszy Świętej nie uciekajmy od razu z kościoła, ale zatrzymajmy się przy betlejemskim żłóbku i wyraźmy naszymi słowami wdzięczność Bogu:
– za to, że przyszedł,
– za to, że obdarował nas jako pierwszy,
– za to, że jest blisko,
– za to, że nie cofnął swojej miłości mimo naszej słabości.
Niech ta postawa wdzięczności przemienia naszą codzienność i świat wokół nas.





