ŚWIĘTO OFIAROWANIA PAŃSKIEGO

DZIŚ MSZE ŚW.;  O7.00, 08.00, 18.00

Ofiarowanie Pańskie, 2.02 - Parafia pw. św. Rozalii w Szczecinku

Kościół obchodzi dziś święto Ofiarowania Pańskiego. W Polsce kończymy tradycyjny okres Bożego Narodzenia i śpiewania kolęd. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa jako Dziecię. W dzisiejszej liturgii błogosławione są świece, które niesiemy w procesji, aby powitać Chrystusa – Światłość na oświecenie pogan i chwałę ludu Bożego. Ten prosty gest błogosławienia świecy nie jest tylko piękną tradycją. Jest on wyznaniem wiary. Oto przychodzimy, by spotkać Tego, który rozprasza mroki naszego życia, który rozświetla drogi zagubionych, który nadaje sens temu, co wydaje się niejasne i trudne.

Na początku warto zadać sobie pytanie: Jakie jest znaczenie dzisiejszego święta? Co tak naprawdę dziś świętujemy? Dzisiejsze wydarzenie miało miejsce dokładnie czterdzieści dni po Bożym Narodzeniu. Czas płynie szybko. Wydaje się, że dopiero co w Wigilię i na Pasterce rozpoczęliśmy śpiewanie kolęd, a już mija czterdzieści dni od narodzin Jezusa. To może być dla nas ważna lekcja. Czas jest darem, który otrzymujemy od Boga, i nie jest niewyczerpany. Każdy dzień jest zaproszeniem, by przeżyć go w jedności z Bogiem i wykorzystać zgodnie z Jego wolą.

Ofiarowanie Jezusa w świątyni ukazuje nam również, jak ważne jest posłuszeństwo Bożemu prawu. Ewangelista kończy opowieść o dzieciństwie Jezusa właśnie tym wydarzeniem, które ukazuje posłuszeństwo Maryi i Józefa wobec Prawa Izraela. To, co mogłoby się wydawać zwykłym religijnym obowiązkiem, staje się miejscem objawienia się Boga. Świątynia, która jest miejscem modlitwy, ofiary i spotkania, staje się przestrzenią, w której zostaje rozpoznany Mesjasz.

Ewangelia przypomina nam pierwszy ważny fakt, że „każdy pierworodny syn ma być poświęcony Panu”, a rodzice składają ofiarę. Tą ofiarą jest para synogarlic lub gołąbków. Była to ofiara ubogich. Rodzina Jezusa nie należy do możnych tego świata, lecz do tych, którzy żyją prosto i w zaufaniu Bogu. Maryja, choć nie potrzebuje oczyszczenia, jest posłuszna Prawu. Nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce wypełnić wolę Boga. Jej posłuszeństwo staje się drogą, przez którą Bóg objawia swoje zbawcze działanie.

To prowadzi nas do bardzo osobistego pytania: co ja dziś mogę ofiarować Bogu? Nie chodzi o to, ile posiadam ani o to, czy jestem bogaty, czy ubogi. Najważniejszy jest stan mojego serca. Czy potrafię ofiarować Bogu mój czas, moje talenty, moje zdolności, moją codzienność? A może moją słabość, moje zranienia, to, czego sam nie potrafię unieść? Ofiarowanie nie polega na dawaniu Bogu tego, co nam zbywa, ale na oddaniu Mu tego, co jest dla nas ważne.

W dzisiejszej Ewangelii pojawia się jeszcze jedna niezwykle ważna scena: proroctwo Symeona i obecność prorokini Anny. Oboje są natchnieni Duchem Świętym i przychodzą do świątyni dokładnie w tym momencie, w którym Maryja i Józef przynoszą Jezusa. Są przedstawicielami Narodu Wybranego, którzy potrafią czekać, ufać i rozpoznawać Boga. Symeon opisany jest trzema słowami: sprawiedliwy, pobożny i oczekujący pocieszenia Izraela. To człowiek, który żyje obietnicą Boga. Dzięki temu rozpoznaje w małym Dziecku Tego, który jest Zbawicielem świata. I tu pojawia się pytanie do każdego z nas: czy ja żyję dla Odkupiciela? Czy moje codzienne decyzje, wybory i sposób myślenia są skierowane ku Chrystusowi? Czy potrafię rozpoznać Jego obecność w prostych, zwyczajnych wydarzeniach?

Symeon wypowiada także słowa trudne, ale prawdziwe: że Jezus będzie znakiem sprzeciwu. Chrystus był znakiem sprzeciwu dwa tysiące lat temu, jest nim dzisiaj i będzie nim jutro. Jego nauczanie nie zawsze jest łatwe i nie zawsze spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem. Także dziś nauczanie Chrystusa i Kościoła bywa krytykowane, odrzucane czy wyśmiewane. My, jako Jego uczniowie, jesteśmy wezwani, aby być znakiem sprzeciwu wobec tego, co jest złe. Nie z pychy, nie z chęci walki, ale z wierności Ewangelii.

Drugą postacią jest prorokini Anna. To kobieta całkowicie oddana Bogu. Świątynia jest jej domem, miejscem adoracji, modlitwy i oczekiwania. Anna uczy nas cierpliwej wiary. Uczy nas, że odpowiedź Boga czasami przychodzi po długim czasie, po latach modlitwy, po wielu chwilach ciszy. Jej życie pokazuje, że wierność Bogu nie polega na spektakularnych czynach, ale na codziennym trwaniu przy Nim.

Dzisiejsze święto przypomina nam, że Jezus został ofiarowany w świątyni, a Symeon i Anna odnaleźli Go w świątyni. Jest to dla nas bardzo konkretna wskazówka. Jeśli dziś chcemy znaleźć Jezusa, możemy to uczynić w Kościele: w modlitwie, w ciszy, w adoracji, w słowie Bożym i przede wszystkim w Eucharystii. Ofiarowanie Pańskie uczy nas, że spotkanie z Chrystusem dokonuje się tam, gdzie jest wiara, posłuszeństwo i otwarte serce.

Dlatego dzisiejsze święto stawia przed nami bardzo konkretne pytanie: Czy pozwalamy Chrystusowi wejść w nasze życie jako Światłość świata? Czy nie zatrzymujemy Go jedynie na progu świątyni, ale pozwalamy, aby przeniknął nasze decyzje, relacje, sposób myślenia i wybory moralne? 

Chrystus nie został ofiarowany tylko po to, abyśmy Go podziwiali, ale abyśmy za Nim poszli. On jest Światłem, które albo zostaje przyjęte, albo odrzucone. Nie ma tu miejsca na obojętność. Prośmy więc dziś o serce Symeona i Anny – serce czuwające, wierne i gotowe na spotkanie. Ofiarujmy Bogu nasze życie takie, jakie jest, i pozwólmy, aby Chrystus, Światłość świata, poprowadził nas drogą zbawienia, nawet jeśli będzie to droga wymagająca. Amen.

IV NIEDZIELA ZWYKŁA

Pielgrzymka do Włoch – O. Pio i Dolindo

Termin: 22.04.2026 – 29.04.2026 – PROGRAM – W ZKŁADCE OGŁOSZENIA, a kontakt info w kancelarii lub w zakrystii – ZAPRASZAMY – PRZEWODNIKIEM BĘDZIE – OJCIEC ZBIGNIEW NOWAKOWSKI – PROWADZIŁ U NAS OSTATNIE REKOLEKCJIE W. P.

w załączeniu przesyłam dedykowany link do zapisów dla pielgrzymów:

https://grupy.misjatravel.pl/jablonna

01.02 – 4. Niedziela zwykła - KERYGMA - liturgia i katecheza ...

Klasyczne życzenia, jakie składają sobie ludzie z okazji imienin, urodzin czy Nowego Roku, brzmią: zdrowia, szczęścia, pomyślności. Warto dziś zastanowić się nad tym, czym jest szczęście.

Ktoś uważany jest za szczęśliwego, jeżeli ma zdrowie, pieniądze czy pracę. Gdy komuś brakuje pieniędzy albo ma problemy zdrowotne lub finansowe, powszechnie uważa się, że opuściło go szczęście.

W dzisiejszej Ewangelii słyszymy część nauczania Jezusa, którą możemy śmiało nazwać jedną z najważniejszych katechez, jakie wygłosił. Jest to nauka o tym, co znaczy być błogosławionym lub – w innym tłumaczeniu – co znaczy być szczęśliwym.

W Starym Testamencie „błogosławiony” (hebr. ’ašrê – eszerto człowiek znajdujący się w stanie szczęśliwości. Nie odnosi się tego określenia do Boga, lecz zawsze do ludzi. Jezus posługuje się właśnie tym słowem w czasie Kazania na Górze. Na język polski możemy je przetłumaczyć jako „szczęśliwy”. Jednak szczęście, o którym mówi Jezus, jest czymś więcej niż stanem zależnym od zewnętrznych okoliczności. Jest to wewnętrzna postawa, która motywuje do życia i podejmowania właściwych decyzji, nawet wtedy, gdy okoliczności zewnętrzne nie są sprzyjające.

Wielu ludzi nie jest w stanie tego zrozumieć. Jak bowiem ktoś ubogi, smutny, cichy, łaknący sprawiedliwości, miłosierny, czystego serca czy wprowadzający pokój może uważać się za szczęśliwego? Czyż szczęście, jak potocznie rozumie je ten świat, nie polega na posiadaniu bogactwa, życiu bez zmartwień i trosk doczesnych albo na władzy? Szczęście według mentalności tego świata to wolność od wszelkich ograniczających zasad, a także życie według logiki „oko za oko, ząb za ząb”. Przejawem tak rozumianego szczęścia bywa „wolna miłość”, nieskrępowana zasadami moralnymi w dziedzinie życia seksualnego. Wyrazem szczęścia w oczach świata jest także demonstracja siły oraz dominacja nad słabszymi.

W nauczaniu o błogosławionych Jezus przełamuje te stereotypy. Pokazuje, że prawdziwe szczęście istnieje wtedy, gdy nie jest ono budowane kosztem cierpienia, poniżania i niszczenia godności drugiego człowieka. Człowiekiem szczęśliwym jest ten, kto potrafi budować pokój i sprawiedliwość oraz okazywać miłosierdzie. Szczęście to umiejętność pocieszania smutnych i strapionych. Człowiek szczęśliwy to ktoś pokorny, a tym samym gotowy przyjąć pocieszenie i pomoc, gdy potrzebuje wsparcia. Szczęście to radość życia z czystym sercem i prawym sumieniem. Człowiek szczęśliwy to ten, kto żyje z przekonaniem, że wysiłek i duchowa walka mają sens. Szczęście według nauczania Jezusa to także gotowość ponoszenia kosztów, takich jak obelgi, wyszydzanie, a nawet prześladowania ze względu na wiarę w Boga – ze względu na prawdę, dla której warto oddać życie.

W ostatnim zdaniu dzisiejszej katechezy Jezus ukazuje motywację tego wszystkiego, co możemy nazwać zabieganiem o szczęście: „Wielka jest wasza nagroda w niebie”. Oznacza to, że szczęście mierzy się miarą wieczności, a nie tylko doczesnego zysku. 

Czy możliwy jest taki styl życia, jaki proponuje Jezus? Odpowiedzi na to pytanie poszukiwał także papież Franciszek. Daje on nam następującą wskazówkę:

„Chociaż słowa Jezusa mogą wydawać nam się poetyckie, to jednak są one przeciwstawne temu, co czyni się zazwyczaj i co czyni się w społeczeństwie. I chociaż to orędzie Jezusa nas pociąga, świat prowadzi nas do innego stylu życia. Błogosławieństwa nie są bynajmniej czymś lekkim ani powierzchownym. Wręcz przeciwnie – możemy nimi żyć tylko wtedy, gdy Duch Święty przenika nas całą swoją mocą i uwalnia nas od słabości egoizmu, lenistwa czy pychy” (Gaudete et exsultate, nr 65).

Taki styl życia jest możliwy dla kogoś, kto nie pokłada zaufania wyłącznie we własnych siłach, lecz pozwala się prowadzić Duchowi Świętemu.

Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam, że szczęście nie zależy od tego, co mamy w szafie, jakim samochodem jeździmy, w jakich egzotycznych krajach byliśmy na wakacjach czy jaki jest stan naszego konta w banku. Szczęście nie polega jedynie na tym, co możemy otrzymać i czym się nasycić. Jeśli chcemy być szczęśliwi, powinniśmy nauczyć się czynić dobro dla innych, nawet jeśli nie widzimy od razu efektów. Czynienie dobra ze względu na to, że jest dobrem, staje się źródłem prawdziwego szczęścia.

Papież Franciszek mówi o tym w następujący sposób:

„Czasem wydaje nam się, że podejmując wysiłki, nie osiągnęliśmy żadnego rezultatu, jednak misja nie jest jakąś sprawą lub projektem przedsiębiorstwa, nie jest organizacją należącą do organizacji pozarządowych, nie jest przedstawieniem, aby policzyć, ilu ludzi wzięło w nim udział dzięki naszej propagandzie; jest czymś o wiele głębszym, przekraczającym wszelką miarę. Może Pan posłużyć się naszym zaangażowaniem, by udzielić błogosławieństw w innym miejscu świata, dokąd nigdy nie pójdziemy. Duch Święty działa, jak chce, kiedy chce i gdzie chce; my oddajemy samych siebie, nie zamierzając oglądać widocznych rezultatów. Wiemy tylko, że nasze oddanie się jest konieczne. Nauczmy się odpoczywać w czułości ramion Ojca pośród naszego ofiarnego i twórczego zaangażowania. Idźmy naprzód, dajmy z siebie wszystko, ale pozwólmy, aby to On uczynił nasze wysiłki tak owocnymi, jak Jemu się podoba” (Evangelii gaudium, nr 279).

To jest postawa człowieka żyjącego duchem błogosławieństw. Czyni on dobro ze względu na wartość, jaką jest dobro, a nie ze względu na oczekiwany zysk czy związaną z nim sławę. Kroczy drogą przebaczenia, ponieważ w ten sposób chce budować pokój. Żyje w prawdzie, aby budować sprawiedliwość. Troszczy się o czyste serce, by zachować prawe sumienie. Nie boi się krytyki ani prześladowań, ponieważ wie, że jego nagroda jest w niebie.

Nasze rozważanie zakończmy wierszem – modlitwą przypisywaną św. Matce Teresie z Kalkuty, która wyraża styl życia w duchu błogosławieństw:

Ludzie są często nierozsądni, irracjonalni i egocentryczni – i tak im wybacz.

Jeśli jesteś miły, ludzie mogą oskarżać cię o egoistyczne, ukryte motywy – bądź miły mimo wszystko.

Jeśli odniesiesz sukces, zdobędziesz niewiernych przyjaciół i prawdziwych wrogów – i tak odnieś sukces.

Jeśli jesteś uczciwy i szczery, ludzie mogą cię oszukać – bądź mimo to szczery i uczciwy.

To, co tworzysz latami, inni mogą zniszczyć w ciągu jednej nocy – twórz mimo wszystko.

Jeśli znajdziesz spokój i szczęście, niektórzy mogą być zazdrośni – i tak bądź szczęśliwy.

Dobro, które czynisz dzisiaj, jutro może zostać zapomniane – mimo wszystko czyń dobro.

Daj z siebie wszystko, a to i tak może nie wystarczyć – mimo wszystko dawaj z siebie wszystko.

W ostatecznym rozrachunku jest to sprawa między tobą a Bogiem – i tak nigdy nie było to między tobą a nimi.

III NIEDZIELA ZWYKŁA – A

III Niedziela Wielkanocna – 04.05.2025 r. – Parafia św. Krzyża w Dębicy

Dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła? Bardzo różne słyszymy próby odpowiedzi na to pytanie. Jeden z duszpasterzy, po sezonie kolędowym, po zakończeniu odwiedzin u swoich parafian, pochylił się raz jeszcze nad własnymi notatkami z takich właśnie duszpasterskich spotkań domowych. Temat odchodzenia od wspólnoty pojawiał się często. W tym roku ów duszpasterz spotykał jednak nie tylko rodziców, żalących się, że dzieci czy wnuki – tak ogólnie – odwracają się od praktykowania wiary. Spotkał też kilka osób, które kiedyś były bardzo zaangażowane w działalność jakiejś grupy duszpasterskiej, a zniechęcone lub zawiedzione zrezygnowały, odeszły… Odeszły nie tak całkowicie i radykalnie z Kościoła – wszak przyjęły księdza po kolędzie – ale odeszły z grupy; ze wspólnoty, w której wcześniej z zapałem działały. Dlaczego odeszły? Oto streszczenia konkretnych głosów konkretnych osób.

Daria była bardzo zaangażowana w zbiórki charytatywne. Dbała, by wszystko było zrobione dobrze. Pomagała też w prowadzeniu parafialnej księgowości. Pewnego razu zauważyła, że pieniądze zbierane na misje zagraniczne zostały przeznaczone na remont salki na plebanii. Gdy zapytała o to wprost, usłyszała, że to drobne przesunięcie oraz że nie powinna się tym martwić. Ale martwiła się. Dla niej to nie była drobnostka. Stwierdziła, że nie może publicznie zbierać kolejnych datków, jeśli zasady są traktowane tak luźno. Odeszła po cichu, ze smutkiem i z przekonaniem, że nie powinna być częścią czegoś, co według niej jest wewnętrznie sprzeczne.

Marek we wspólnocie duszpasterskiej szukał przede wszystkim głębi i autentyczności. Natomiast nie do końca prawdziwe wydawały mu się zawsze uśmiechnięte twarze i przesadnie pobożny język, w którym zamykano całą rzeczywistość. Pewnego wieczoru, na spotkaniu małej grupy, zebrał się na odwagę. Opowiedział o swojej walce z depresją i o uczuciu pustki, które go nie opuszczało. W odpowiedzi – zamiast empatii – usłyszał pouczające rady: Twój problem polega na tym, że nie skupiasz się na radości Pana… Musisz po prostu zostawić to przy krzyżu i do tego nie wracać… Te „rady” brzmiały w uszach Marka jak unieważnienie jego bólu. Poczuł się niezrozumiany i bardziej samotny niż kiedykolwiek. Odszedł z przekonaniem, że nie może być sobą wśród ludzi, którzy – jak w teatrze – odgrywają role szczęśliwych i bezproblemowych.

Łukasz zafascynował się Biblią, więc z gorliwością zaczął uczęszczać na spotkania biblijne. Zadawał wówczas pytania, które – jak się okazało – wykraczały poza standardowe interpretacje. On był po prostu ciekawy. Prowadzący spotkanie odpowiadał natomiast z pozycji kogoś zagrożonego, a grupa w większości reagowała na pytania Łukasza, jak by ktoś podważał ich wiarę. Łukasz akceptowałby proste nie wiem jako tymczasowe odpowiedzi na swoje pytania, a najczęściej słyszał, że niektórych rzeczy po prostu nie da się zrozumieć lub, że o to w ogóle nie powinien pytać. Odszedł, bo nie znalazł przestrzeni do dociekania i – jak sam powiedział – zasypała go hałda dogmatów.

Sylwia jest kobietą sukcesu. W swojej pracy zawodowej zarządza projektami, wyznacza cele i skutecznie je realizuje. Zaproszona przez koleżankę do wspólnoty modlitewnej, chciała tam wnieść choć trochę tej swojej energii. Jednak szybko zderzyła się ze ścianą. Wspólnota – w jej oczach – dryfowała bez celu. Jedynym widocznym celem było przetrwanie do następnego miesiąca. Nie było wizji rozwoju, strategii dotarcia do nowych ludzi, żadnych mierzalnych wskaźników postępu. Sylwia zrozumiała, że marnuje swój potencjał, próbując mobilizować ludzi, którzy zadowalają się stagnacją. Odeszła…

Streszczone tu historie na pewno same w sobie nie są „czarno-białe”. Ich bohaterowie z jednej strony znaleźliby zwolenników, całkowicie przyznających im rację, z drugiej strony natomiast usłyszeliby również głosy, że zamiast domagać się czegoś gotowego i dojrzałego, mogliby sami bardziej postarać się wnieść do wspólnoty te ideały, których nie zastali tam na miarę swoich – może wygórowanych – oczekiwań. Nie należy dziwić się, że w społeczności Kościoła spotkamy ludzi różnych, bardzo różnych – różnych w intensywności pragnień i oczekiwań, różnych w pomysłach na ich realizowanie, różnych w sposobach przeżywania codziennych wyzwań, wreszcie różnych stopniem zwykłej ludzkiej dojrzałości. Wobec tej ludzkiej różnorodności na pewno warto – w ramach liturgicznej cykliczności zestawów czytań – na nowo usłyszeć Jezusowe Nawracajcie się oraz Pójdźcie za Mną.

Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Od tego się zaczyna. Fundamentem („zasadą” treściowo pierwszą) jest prawda, że bliskie jest królestwo niebieskie. Rybak łowi, stosując przynętę, Jezus „łowi”, wskazując na lepszą rzeczywistość niż codzienne doświadczenie Jego słuchaczy. Ta lepsza rzeczywistość nie jest odległa – jest BLISKO. Interesuje mnie to? Jeśli nie, nic dziwnego, że nie słyszę imperatywu nawracajcie się. Jeżeli natomiast oferta „lepszego królestwa” (niż moje dotychczasowe życie) jest dla mnie interesująca, zatrzymuję się wobec wezwania nawracajcie się. To wezwanie do zmiany. Zdecydowanie i niezaprzeczalnie, pierwsze „oficjalne” Jezusowe orędzie to ZMIENIAJCIE… Kogo? Siebie… Dlatego siebie, że tylko zmiana siebie jest możliwa (moja wina… moja wina…)(„kogoś” nie zmienię i warto pogodzić się z tym).

Mądre komentarze podpowiedzą nam, że chodzi tu o zmienianie myślenia, zmienianie umysłu, zmienianie nawykowych sposobów postrzegania, reagowania, przeżywania. Załóżmy więc roboczo, że słyszę i akceptuję dotychczasowe orędzie – słyszę i akceptuję iż można żyć lepiej i wymaga to mojego zaangażowania w zmienianie własnego myślenia. Staję więc w gotowości i pytam co dalej?… Dalej Jezus mówi: Pójdźcie za Mną. Czyli zmienianie, do którego dopiero co wezwał, nie jest jakąś dowolną czy przypadkową aktywnością. Nie jest ono statycznym gotowym projektem, a jednak jednocześnie jest wystarczająco jasne i określone – chodzi o wędrowanie za Jezusem i uczenie się interpretowania swojego życia w świetle Jego spojrzenia. Postępów na tej drodze nie będzie bez mojego zaangażowania, nie ma takiej możliwości. Królestwo niebieskie rzeczywiście jest bliskie, ale nie można otrzymać go z zewnątrz bez własnego wysiłku (nie można za kimś pójść, nie idąc…). Co wynika z tego pójścia? Czasem przez długi czas wydaje się, że nic. A czasem okazuje się, że ów długi czas (z którego nic nie wynikało) potrzebny był, aby istotnie coś dostrzec i skutecznie ZMIENIĆ… Daria, Marek, Łukasz, Sylwia nie zastali we wspólnotach tego, czego się spodziewali. A może bardziej to Jezus Chrystus spodziewał się, że dzięki ich osobistej wierze obdaruje owe wspólnoty tym, czego tam brakuje? Z kolei ludzie, którzy zawiedli Sylwię, Łukasza, Marka, Darię, formalnie identyfikowali się ze wspólnotą Kościoła, ale czy naprawdę, radykalnie szli za Jezusem i nie mają sobie nic do zarzucenia?

Szczere pragnienie pełnienia woli Bożej z pewnością jest wolą Bożą – mawiali święci mistycy.

Inni dodawali:

Uważaj na swoje myśli – stają się one słowami.

Uważaj na swoje słowa – stają się one czynami.

Uważaj na swoje czyny – stają się one nawykami.

Uważaj na swoje nawyki – stają się one charakterem.

Uważaj na swój charakter – staje się on twoim przeznaczeniem.

W świetle takich słów być może łatwiej zrozumieć i przyjąć, dlaczego Jezus rozpoczyna swą działalność wezwaniem do zmieniania myślenia i pójścia za Nim.

II NIEDZIELA ZWYKŁA

Jeśli słuchaliśmy uważnie dzisiejszej Ewangelii, to z pewnością zwróciło naszą uwagę dwukrotnie powtórzone przez św. Jana Chrzciciela zdanie: „Ja Go wcześniej nie znałem” (J 1,31.33). Być może wzbudziło to naszą wątpliwość. Przecież Jan musiał znać Jezusa jako krewnego z Nazaretu, jako syna Józefa cieśli. Spotkali się już bardzo wcześnie, gdy ich matki były w stanie błogosławionym. W młodości zapewne widywali się dość często – znali się całkiem dobrze, rozmawiali ze sobą, może nawet byli przyjaciółmi. Jan znał więc Jezusa historycznego, znał Go po ludzku, ale nie znał jeszcze w pełni Jego boskiej tajemnicy.

Dlatego w momencie, gdy Jezus przychodzi nad Jordan, Jan stwierdza stanowczo: „Ja Go wcześniej nie znałem” (J 1,31.33). Także w naszym życiu zdarza się, że ktoś, kogo – jak nam się wydawało – znaliśmy dość dobrze, nagle ukazuje nam zupełnie inny aspekt swojej osobowości, który jest dla nas zaskakujący, i wyznajemy: „Nie znałem go takim”. Podobno małżeństwo jest najlepszym „okulistą”, który pozwala przejrzeć naszym oczom. Ileż razy słyszymy z ust żon o swoich mężach – lub odwrotnie – słowa: „Ja go wcześniej nie znałam”, „Nie znałem jej”. Często, gdy słyszymy świadectwa osób nawróconych, nawet ochrzczonych i tradycyjnie praktykujących, mówią one o swojej relacji z Chrystusem sprzed nawrócenia: „Ja Go wcześniej nie znałem”.

Bardzo ważne jest zrozumieć, że istnieją dwa rodzaje poznania Jezusa. Z jednej strony – znajomość poprzez tradycję religijną i rodzinną. Jeśli pochodzimy z rodziny chrześcijańskiej, mówiono nam o Chrystusie od najwcześniejszego dzieciństwa. To bardzo dobrze – mieliśmy szczęście otrzymać takie wychowanie. Jednak w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że jesteśmy chrześcijanami nie tylko dlatego, że wywodzimy się z takiej czy innej rodziny, lecz przede wszystkim dlatego, że Chrystus żyje, że On nas wybrał i że mamy z Nim osobistą, bezpośrednią więź. To On nas wzywa i to za Nim idziemy. Nie jesteśmy chrześcijanami jedynie po to, by dochować wierności rodzicom czy dziadkom. Szanujemy tradycje rodzinne, ale to nie one są główną racją wiary. Główną racją jest owa żywa więź z Tym, który jest Barankiem Bożym. Pragniemy bowiem stawać się uczniami Baranka.

Uznajmy i my: „Ja Go przedtem nie znałem” (J 1,31.33). Nie znałem Go – słyszałem o Jezusie, wiedziałem, kim był, znałem kilka epizodów z Ewangelii – ale nie wiedziałem, że jest żywy i że jest stale z nami.

Dzisiejsza Ewangelia jest doskonałą ilustracją oraz komentarzem do tegorocznego hasła roku duszpasterskiego Kościoła w Polsce: „Uczniowie – misjonarze”. Aby naprawdę poznać Jezusa, trzeba stać się Jego uczniem. Trzeba słuchać Bożego słowa, ponieważ właśnie ta postawa – bardziej niż jakakolwiek inna – najlepiej określa samą istotę chrześcijaństwa, czyli bycia uczniem Pana. Chrześcijanin to ktoś, kto słucha Boga, który mówi do niego na różne, bogate sposoby, zapraszając do dialogu miłości. Tylko wtedy, gdy jesteśmy uważnymi słuchaczami Słowa, które stało się Ciałem, możemy później to Słowo głosić całemu światu. Możemy stawać się słowem Pana wypowiedzianym do świata – możemy stawać się świadkami Chrystusa, misjonarzami.

Dla Jana Chrzciciela moment spotkania z Jezusem nad Jordanem był chwilą wewnętrznego oświecenia. Pod jego wpływem Jan wyznaje: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Aby Go naprawdę poznać, potrzeba wewnętrznego światła Ducha Świętego, które pozwala nam odkryć obecność Baranka Bożego.

Pamiętamy zapewne, że biblijna symbolika baranka pojawia się po raz pierwszy w historii Abrahama. W jego życiu – jak dobrze wiemy – był pewien bardzo ważny i trudny moment, chwila próby. Bóg zażądał całopalnej ofiary z Izaaka, tak bardzo oczekiwanego syna. Podczas drogi, gdy byli już blisko celu, Izaak zapytał: „Ojcze mój! (…) oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?”. Abraham odpowiedział wtedy: „Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój” (Rdz 22,7-8). Ostateczną odpowiedź przynosi dopiero Jan Chrzciciel, wskazując na Jezusa: „Oto Baranek Boży” (J 1,29; por. J 1,36). Prawdziwym Barankiem nie był Izaak – dlatego Abraham nie mógł wówczas w pełni odpowiedzieć na pytanie swojego dziecka. Wiemy, że w ostatniej chwili, gdy Abraham był posłuszny aż do końca, anioł powstrzymał jego rękę, a zamiast syna została złożona ofiara zastępcza. Prawdziwym Barankiem jest Jezus Chrystus.

Jan Chrzciciel stał się świadkiem. Świadek to ktoś, kto wskazuje. Jan jako pierwszy rozpoznał, kim jest Ten, który przyszedł. Jakie to wspaniałe, że Kościół zachował słowa Jana Chrzciciela w samym sercu tajemnicy Eucharystii! Kapłan ukazuje nam Hostię na chwilę przed Komunią i mówi: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1,29). Kościół pragnie, aby słowa Jana Chrzciciela były wciąż powtarzane, ponieważ przypominają nam, że otrzymujemy tę samą łaskę i że powinniśmy nią żyć. Każdy z nas ma – na miarę swego powołania – łaskę Jana Chrzciciela, pozwalającą nam przekraczać zewnętrzne znaki i odkrywać tajemnicę Baranka. Spójrz na Niego. On jest tutaj – żywy i prawdziwy. Twoim zadaniem jest nie tylko wyznać wiarę w Jego obecność, ale także samemu stać się drogowskazem: kimś, kto swoim życiem ukazuje Baranka.

Mamy być uczniami Chrystusa – mamy wskazywać dzisiejszemu światu Baranka, objawiać Jego obecność, której wielu ludzi już nie dostrzega, której świat już nie widzi, ponieważ tak łatwo zadowala się sam sobą. Rozumiejąc dziś głębiej tajemnicę Jana Chrzciciela, postanówmy, że także my będziemy świadkami Baranka – tak jak on.

NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO

NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO – Parafia p.w. Matki Bożej Królowej Polski w Jabłonnie

Jakże wiele wysiłku wkładamy w to, by jakoś ułożyć sobie to nasze doczesne życie – by być zdrowym, by nie cierpieć biedy, by odnieść zawodowy sukces, by mieć wokół siebie jak najwięcej przyjaciół. Zaczynamy więc od dobrej szkoły, licznych kursów językowych czy też innych zajęć pozwalających rozwinąć posiadane talenty. Później może jakieś studia – by zdobyć odpowiednie wykształcenie. Następnie dobra praca, szczęśliwa rodzina, w końcu przychodzi odpowiedni status społeczny i materialny. Trzeba sporo poświęcenia, sporo czasu i zabiegania, by to wszystko osiągnąć.

To wszystko ma oczywiście wartość i znaczenie, o ile nie zapominamy o tym, że przede wszystkim jesteśmy dziećmi samego Boga, że jesteśmy ludźmi wierzącymi – mamy dzięki temu pewne przywileje, ale też i pewne obowiązki wobec Boga i Kościoła. I tak, gdy na świat przychodzi dziecko, od razu zaczynamy planować, kiedy przyniesiemy je do chrztu, zaczynamy szukać właściwych osób, które pełniłyby rolę rodziców chrzestnych – to jest dla nas naturalne, bo wiemy, że chrzest jest początkiem wiary, że jest początkiem życia wiecznego, jest właściwym fundamentem, na którym można budować sensowne życie.

Z drugiej zaś strony, zatrważające – albo co najmniej zastanawiające – jest to, jak wielu rodziców odkłada chrzest dziecka na później, a często w ogóle z niego rezygnuje lub po prostu zapomina. I dopiero gdy dziecko jest już nieco starsze, gdy ma przystąpić do pierwszej komunii świętej, okazuje się, że nie było ochrzczone, bo rodzice jakoś to przeoczyli. Owszem, od momentu narodzin syna czy córki rodzice chcieli dla swojego dziecka jak najlepiej – zadbali, by niczego mu nie brakowało, by czuło się bezpieczne, by rozwijało się jak najlepiej… Ale zapomnieli o najważniejszym – zapomnieli, przeoczyli, nie dopilnowali tego, by ich dziecko weszło na drogę wiary. Nie zadbali o to, co w życiu każdego chrześcijanina jest właśnie tym fundamentem.

„Ja, Pan, powołałem Cię (…), ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów” (Iz 42,6) – mówi dzisiaj prorok Izajasz. Bóg powołał nas do życia, ukształtował nas. Dlatego też wszystko inne w naszym życiu traci na znaczeniu, gdy u początków naszego życia brakuje Boga, gdy brakuje wiary, gdy brakuje tego wejścia na drogę zbawienia poprzez sakrament chrztu świętego, gdy brakuje naszej ludzkiej zgody na to, by stać się – zgodnie z Bożym zamysłem – przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów. A zatem wszelkie wysiłki podejmowane na rzecz dobrego życia – jakkolwiek rozumiemy to sformułowanie – nie mają sensu, bo przecież bez wiary zmierzamy donikąd…

Dzisiaj przeżywamy święto Chrztu Pańskiego, przywołując na pamięć chrzest Jezusa w Jordanie, Jego stanięcie w jednym szeregu z wszystkimi, którzy przyjmowali od Jana chrzest nawrócenia. To dla nas doskonała okazja do tego, by wyrazić Bogu wdzięczność za nasz chrzest, za nasz początek wiary, za nasz początek życia wiecznego. Choć zapewne, gdy każdy z nas przyjmował sakrament chrztu, nie towarzyszyły temu tak spektakularne znaki, o jakich słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, to jednak te słowa, które wypowiedziane zostały przez głos z nieba: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17), dotyczą każdej i każdego z nas. W chwili chrztu Bóg powołał nas do życia we wspólnocie z sobą, zawarł z nami przymierze miłości, dając nam obietnicę zbawienia. Oczywiście, to czy z tej obietnicy skorzystamy, zależy już tylko od tego, czy naszym życiem odpowiemy na miłość Boga – a jak pisze autor Dziejów Apostolskich, miły Bogu jest „ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie” (Dz 10, 35) – czy też tej miłości zaprzeczymy.

Ten wymiar duchowy naszego życia jest nie mniej ważny, jak to wszystko, co warunkuje nasze życie doczesne, a o co z taką pieczołowitością i poświęceniem często zabiegamy. Stawajmy dziś przed Panem Bogiem z wdzięcznością za nasz chrzest, za ludzi, którzy zatroszczyli się o to, byśmy rozpoczęli życie wiary, którzy pokazali nam drogę do Boga. I prośmy, abyśmy nigdy nie zapominali o tym, że mamy zaszczyt i przywilej być umiłowanymi dziećmi Boga. Amen.

UROCZYSTOŚĆ OBJAWIENIA PAŃSKIEGO

Pomysły z tablicy Trzech Króli: 25 | three wise men, objawienie pańskie, boże narodzenie

Obchodząc dzisiaj uroczystość Objawienia Pańskiego, chcemy spojrzeć na głównych bohaterów dzisiejszej Ewangelii. Są nimi król Herod oraz Mędrcy, którzy przybyli do Jerozolimy, aby odnaleźć nowonarodzonego Króla Żydowskiego. W tym celu wypytują o Niego i spotykają się z Herodem.

Spotkanie szlachetnych Mędrców ze żądnym władzy i zakłamanym królem można określić jako zderzenie światła i ciemności. Ewangelia mówi: „Gdy to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima” (Mt 2,3). Słysząc pytanie o nowonarodzonego Króla Żydowskiego, Herod wpada w panikę. Słynął on nie tylko z okrucieństwa i nieobliczalności, ale przede wszystkim z chorobliwego – neurotycznego lęku o władzę. To lęk człowieka, który chce zachować swoje „małe królestwo” i nie dopuszcza Boga do centrum życia. Czyż miałby stracić swoją władzę? Co będzie z jego królestwem? Po naradzie z kapłanami i uczonymi w Piśmie wysyła Mędrców do Betlejem, a sam decyduje się jeszcze zostać w Jerozolimie i przygotowuje plan na wypadek, gdyby cała historia okazała się prawdą. Mędrcy mają mu o wszystkim donieść. Naradza się z nimi potajemnie, ponieważ nie chce dać poznać swoim dworzanom, że poważnie myśli o zagrożeniu utraty władzy i lęka się o swoją przyszłość

A jak jest z nami? Czy lękamy się o naszą przyszłość? Lęk jest obecny w życiu ludzi. Wystarczy choćby przyjrzeć się badaniom jednej z pracowni sondażowych, która zapytała Polaków, czego obawiają się w 2026 r. Okazuje się, że nasze myśli najczęściej zaprzątają problemy z dostępem do służby zdrowia, obawy o pogorszenie zdrowia własnego lub bliskich. Boimy się o bezpieczeństwo kraju, a także o utratę pracy lub źródła dochodu. Wkrada się w nasze życie niepewność.

Trzeba postawić pytanie o źródło naszych lęków. Może jest to zbytnia troska o przyszłość? Jednak wydaje się, że przede wszystkim jest to zbyt mała wiara w miłość Boga, który stał się dla nas człowiekiem. Przecież przyszedł On po to, aby otworzyć nasze oczy i umysły na szerszą perspektywę oraz umocnić nasze zalęknione serca wizją Królestwa Niebieskiego, w którym jedynym Królem jest Jezus Chrystus.

Zbyt często zapominamy o „nowym niebie i nowej ziemi”, którą przygotowuje nam Bóg, a zatrzymujemy się na doczesności, tak jakby poza śmiercią nic nie istniało. Mędrcy uczą nas wiary w drodze – wiary, która nie zna wygodnych odpowiedzi, lecz umie iść, pytać, szukać i ufać nawet wtedy, gdy droga prowadzi przez ciemność pustyni.

Kim oni byli? Byli poganami, a więc – w przeciwieństwie do Izraelitów – nie byli wychowywani w oczekiwaniu na przyjście Mesjasza. Jednak byli obdarzeni duchowym światłem i wewnętrzną tęsknotą za Bogiem, która znalazła wyraz w wytrwałym poszukiwaniu Go. Ewangelia mówi: „Ujrzeliśmy Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon” (Mt 2,2). Bóg posłużył się naturalnymi zdolnościami ich rozumu i pozwolił im rozpoznać znak, który doprowadził ich do Betlejem. Byli ludźmi poszukującymi czegoś więcej – prawdziwego światła, które było w stanie wskazać jaką drogą w życiu należy podążać. Byli również przekonani o tym, że w stworzeniu istnieją ślady Boga, które człowiek może i powinien odkrywać. Dlatego poszli za gwiazdą – cudownym znakiem z nieba. Byli astrologami, a więc byli również przekonani, że istnieje związek między zjawiskami na niebie, a losem poszczególnych ludzi i wydarzeniami na ziemi.

Ci mądrzy ludzie nie żałowali więc ani czasu, ani kosztów, ani trudów i wyruszyli ze swoim orszakiem ku Jerozolimie – bo odkryli, że w ziemi Judzkiej miał przyjść na świat nowy Król żydowski.I oto obraz, który jest sercem tej Ewangelii: „Weszli do domu, zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon” (Mt 2,11).

To nie tylko scena sprzed wieków – to także zaproszenie dla nas. Mędrcy nie zatrzymali się na wiedzy, na ciekawości, na rozumowych poszukiwaniach. Droga wiary doprowadziła ich do adoracji.

Każdy z nas nosi w sercu własną „drogę Mędrców”:

– drogę pytań,
– drogę kryzysów,
– drogę niepewności,

ale również drogę, na której Bóg zaprasza, aby paść na kolana przed Jego obecnością.

Dlatego potrzebujemy ich determinacji – aby odnaleźć Tego, który jest źródłem pokoju i prawdziwego życia, Jezusa Chrystusa.

Prośmy dzisiaj Boga abyśmy, jak Mędrcy ze Wschodu, byli w stanie poznać Pana. Poznać – nie znaczy tylko rozpoznać, ale też ruszyć w drogę, szukać nie poddawać się, wypytywać kolejnych osób, tak jak mędrcy wypytywali żydowskich uczonych, aż dojdziemy do celu, aż zobaczymy Go „twarzą w twarz”.

Konkretnie: w adoracji, w modlitwie serca, w sakramentach, w Eucharystii – tam, gdzie On naprawdę jest.
Niech nasze życie stanie się drogą, która prowadzi do Betlejem – do spotkania z Jezusem.