II NIEDZIELA PO NARODZENIU PAŃSKIM

II Niedziela po Narodzeniu Pańskim - liturgia.wiara.pl

„Światłość w ciemności świeci” (J 1,5).

Chyba każdy z nas wie, jak to jest, kiedy zabraknie światła, kiedy jest zupełnie ciemno… Można się o tym przekonać, gdy zabraknie prądu albo po prostu w nocy – każdej nocy. Nie jest to raczej miłe doświadczenie, zwłaszcza gdy jest się samemu. Człowiek w ciemności czuje się mniej pewny, mniej bezpieczny, odruchowo szuka jakiegokolwiek źródła światła. To światło, gdy tylko się pojawi, automatycznie daje poczucie bezpieczeństwa i pewności: wiemy, gdzie jesteśmy, co wokół nas się dzieje, kogo mamy obok siebie… Lęk znika albo przynajmniej staje się mniejszy.

Dzisiejszy fragment Ewangelii mówi właśnie o światłości, o świetle. Jednak nie o takim świetle, które pojawia się dzięki żarówce czy świeczce – mówi o światłości prawdziwej. Może więc istnieć także światłość nieprawdziwa. Czy to znaczy, że światło, którym oświetlamy sobie otoczenie, nie jest prawdziwe? Nie. Nie o to tu chodzi – to tylko pewien obraz. Ta światłość prawdziwa to Chrystus, który „oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (J 1,9). Jako chrześcijanie zwykle tuż po narodzinach zostajemy ochrzczeni; otrzymujemy życie, które zostaje napełnione światłością – tą światłością, której żadna ciemność nie może pokonać. To życie wypływa z Chrystusa, dlatego jest pełne łaski i prawdy. Dlatego też wszelkie dobre czyny pełnione przez nas ze względu na Chrystusa mogą stawać się światłem rozpraszającym mroki zła, grzechu i nienawiści, których tak wiele jest w świecie.

Wiemy już, czym jest światłość prawdziwa. Czym więc może być światłość nieprawdziwa? Jest ona przeciwieństwem życia w łasce i w łączności z Chrystusem, czyli życiem w grzechu, oddaleniem się od Boga i Kościoła. Można ją porównać na przykład do wybuchu bomby atomowej. Taka bomba daje chwilowy, oślepiający rozbłysk i ogromną ilość światła, ale jednocześnie niesie ze sobą śmierć i zniszczenie. Podobnie bywa z grzechem. Bardzo często jawi się on jako przyjemność, coś pozornie dobrego i atrakcyjnego, a czasem nawet jako właściwy wybór – a w rzeczywistości niesie ze sobą bardzo poważne konsekwencje i fatalne skutki. Niszczy nasze życie duchowe, osłabia łączność z Jezusem – tą światłością prawdziwą – a nierzadko także relacje z innymi ludźmi…

Nie zawsze łatwo jest rozpoznać, co jest dobrą, prawdziwą światłością, a co fałszywym, złudnym światłem. Warto jednak czasem zadać sobie pytanie, czy to, co za chwilę powiem lub zrobię, przyniesie dobro mojemu otoczeniu i pomoże rozproszyć mroki trudności, wątpliwości i lęku, czy też będzie jak taka bomba atomowa: wprawdzie może da mi dużo „światła”, może będzie ładne, ciekawe, a nawet efektowne, ale w rzeczywistości przyniesie wiele szkód.

Światłość, o której dziś słyszymy, pojawia się już przy stworzeniu świata. Gdy czytamy Prolog, czyli pierwsze słowa Ewangelii według św. Jana, na myśl przychodzą także pierwsze słowa Księgi Rodzaju. Tam również jest mowa o początku i o światłości. Pierwszym bowiem dziełem Boga była właśnie światłość. Co więcej, Bóg uznał ją za dobrą. Bez niej panowałyby ciemność i bezład. To nie jest przypadek. Św. Jan celowo używa takiego obrazu, aby ukazać, że Chrystus istniał od początku, a nawet przed stworzeniem świata, i że to dzięki Niemu na świecie pojawiła się nadzieja dla ludzi – światłość dobra, której żadna ciemność nie jest w stanie pokonać.

Skoro mamy tak wielką światłość, mamy także nadzieję, a nawet pewność, że ostatecznie zatriumfuje dobro, a nie zło. Potrzebna jest jednak nasza współpraca, bo wciąż jest wiele osób, które nie znają tego światła, do których ono jeszcze nie dotarło. Bądźmy więc źródłami światła w świecie: jak latarka w ciemnym korytarzu, jak płomyk w ciemnej nocy. W ten sposób będziemy dawać innym nadzieję i radość pośród życiowych ciemności i trudności.

Jest to możliwe tylko wtedy, gdy będziemy zbliżać się do Jezusa, który przychodzi do nas poprzez słuchanie i czytanie słowa Bożego oraz przez przyjmowanie sakramentów, zwłaszcza Komunii Świętej. Wówczas Jezus prawdziwie w nas mieszka, a my świecimy Jego światłem.

Niech przykładem będzie dla nas św. Jan Chrzciciel, który dawał świadectwo o tej światłości – o Chrystusie – i dzięki któremu wiele osób Go poznało. Nie bójmy się świadczyć o swojej wierze i bądźmy dla świata źródłem światła i nadziei. Czy chcemy być po tej dobrej, jasnej stronie – jako źródła chrześcijańskiej radości i nadziei – czy po stronie złej i ciemnej, pełnej niepewności i lęku? Wybór ostatecznie należy do każdego z nas. Prośmy codziennie Chrystusa, aby kierował naszym życiem i nie pozwolił nam zatonąć w ciemnościach grzechu. Amen.

ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI – UROCZYSTOŚĆ – NOWY ROK 2026

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi – Nowy Rok 2020 ...

Liturgia dnia dzisiejszego obchodzi uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Boga. W Kościele wschodnim rytu syryjskiego nosi ona nazwę święta życzeń dla Maryi. Dzisiaj bowiem zbliżamy się do Niej z takimi samymi uczuciami, z jakimi zbliżamy się do kobiety, która od paru zaledwie dni jest szczęśliwą matką.

Dwie sprawy stawiają jednak Jej macierzyństwo ponad wszelkie ludzkie kategorie. Ten bowiem, którego wydała na świat, jest Synem Boga. Stała się Ona przez to prawdziwie Matką Boga – Theotokos, jak mówią prawosławni. Tę prawdę, jako prawdę wiary, Kościół ogłosił na jednym z pierwszych soborów ekumenicznych, który odbył się w Efezie w 431 roku. Św. Ignacy Antiocheński, jeden z najznamienitszych męczenników chrześcijańskiej starożytności, nazywa Jezusa Synem Boga i Maryi. Daje to Maryi nieosiągalną dla innych ludzi godność, całkowicie wyjątkową w historii zbawienia. Przez to staje się Ona równocześnie tak nam bliska, że możemy nazywać Ją naszą Matką – Matką Kościoła. Jezus, którego urodziła, przyjął nas za swoich braci. Złączył nas ze sobą tak głęboko, że staliśmy się jednym ciałem. Stał się naszą Głową, ale także naszym Bratem, pierworodnym między wielu braćmi (por. Rz 8,29), jak nazywa Go św. Paweł. Tę właśnie prawdę przypomniał nam Apostoł w podniosłych słowach dopiero co wysłuchanego Listu do Galatów: „Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty…, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo” (Ga 4,4–5).

Dzisiejsza Ewangelia ma w samym centrum bardzo ważne zdanie: „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). O jakich sprawach mówi Ewangelista? Pomyślmy tylko: Maryja, do której przyszedł anioł, dowiedziała się, że będzie Matką Boga. Otrzymała nawet potwierdzenie słów anioła, gdy przyszła do Elżbiety i okazało się, że jej krewna rzeczywiście jest w stanie błogosławionym. Potem nastąpiło trudne wydarzenie wędrówki do Betlejem z powodu spisu ludności i właśnie wtedy, w najtrudniejszym możliwym momencie, poza bezpiecznym domem, na świat przyszedł Jezus. W dodatku przychodzą pasterze i opowiadają o objawieniu. Czy nie jest to pewna mozaika zagmatwanych, pozornie ze sobą niezwiązanych wydarzeń? Być może Maryja nie rozumiała jeszcze w pełni ich sensu. A jednak zachowywała i rozważała wszystkie te sprawy w swoim sercu. Słowa użyte w tym miejscu Ewangelii sugerują z jednej strony ochronę przed zapomnieniem, a z drugiej – zbieranie razem, łączenie jakby w jedną całość wszystkich elementów. Takie podejście Maryja ma nie tylko do samych słów anioła czy do samych wydarzeń, ale do słów i wydarzeń razem. Nie rozdziela tego, co „boskie”, od tego, co „ziemskie”. Wszystko, co Ją spotyka, jest dla Niej albo słowem pochodzącym od Boga, albo wydarzeniem, na które Bóg pozwolił. W jednym i drugim widzi wyraz Jego miłości.

Niekiedy nasze życie także może wydawać się takim zlepkiem elementów, które nijak do siebie nie pasują. Może mamy takie odczucia wobec minionego roku albo jakiegoś okresu naszego życia? To tak, jakbyśmy mieli oddzielne sprawy, które same z siebie nic nie znaczą. A może są one klockami większej układanki? Może gdybyśmy spróbowali zebrać je razem i przemyśleć w świetle słowa Bożego, odkrylibyśmy ich sens? Trzeba do tego najpierw słuchać słowa Bożego.

Bóg nam błogosławi – jak czytaliśmy w Liście do Galatów – zesłał swojego Syna, aby narodził się na ziemi przez Maryję. Jest to kolejny wyraz Jego miłości do nas. Jak wielka jest ta miłość? Wystarczy spojrzeć na krzyż. Życie Chrystusa – taka jest wartość mojego i twojego życia.

 

Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Czasownik użyty w tym zdaniu – symballo – został przetłumaczony jako „rozważać”, ale dosłownie oznacza „zebrać, złączyć”. Od niego pochodzi znane nam słowo „symbol”. Podczas każdej niedzielnej Eucharystii, a także i dzisiaj, wypowiadamy „symbol”, czyli wyznanie wiary, które nazywa się właściwie symbolem nicejsko-konstantynopolitańskim. Został on tak nazwany, ponieważ Kościół zebrał i złączył w nim najważniejsze prawdy wiary. Wypowiadając te kilkanaście zdań, na nowo łączymy je w jedną mozaikę, przypominamy je sobie i przyjmujemy za swoje. Można powiedzieć, że jest to najkrótsze kompendium naszej wiary. Spróbujmy dzisiaj, z tą świadomością, wypowiedzieć wyznanie wiary.

Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Ważne jest, abyśmy pamiętali, że i Maryja żyła wiarą, wzrastała w wierze i była w wierze doświadczana. Do tego wzrastania pomagało Jej – tak jak i nam – słowo Boże. W pewnym sensie dwa razy słowo Boże stało się w Niej ciałem. Po raz pierwszy w sposób wyjątkowy, gdy przez dziewięć miesięcy nosiła Syna Bożego i żywiła Go w swoim łonie. Następnie w całym Jej życiu, w tym sensie, że każdy Jej gest i każda chwila były inspirowane słowem Bożym, które Maryja wiernie wypełniała. Słowo Boże realizowało się w Niej w ciszy. Ona stała milcząca pod krzyżem i taka sama była w Wieczerniku.

Maryja, w świetle dzisiejszej uroczystości, ukazuje się jako wspaniały dar, jaki Bóg i ludzie wymienili w tajemnicy Bożego Narodzenia. Nasi bracia prawosławni tak w Boże Narodzenie zwracają się do Jezusa: „Cóż możemy Ci podarować za to, że stałeś się człowiekiem? Wszystkie stworzenia wyrażają Ci swoją wdzięczność: aniołowie śpiewem, niebo gwiazdami, ziemia grotą, pustynia stajenką. My zaś ofiarowujemy Ci Matkę-Dziewicę” (Idiomelon z nieszporów Narodzenia Pańskiego). Ludzkość dała Jezusowi Maryję za Matkę, istotę najpiękniejszą spośród wszystkich ziemskich stworzeń. Pod koniec swego życia Jezus odwzajemnił ten dar, dając nam Maryję za naszą Matkę: „Synu, oto Matka twoja” (J 19,26–27).

Maryjo, prosimy Cię: uproś nam łaskę głębokiej wiary – takiej, która pozwala spojrzeć głębiej na całe nasze życie i daje umiejętność zachowywania oraz rozważania wszystkich wydarzeń i słów Bożych w naszych sercach. Amen.

DZIĘKCZYNIENIE ZA ROK 2025

ZAPRASZAMY NA MSZĘ ŚW. DZIĘKCZYNNĄ 31 XII GODZ. 18.00

Baner na Rok Jubileuszowy 2025 "Pielgrzymi nadziei" 75x100 cm

Modlitwa dziękczynna za mijający rok 2025

Wszechmogący Boże,

Z pokorą i wdzięcznością staję przed Tobą, zamykając drzwi mijającego roku.

Dziękuję Ci za każdy oddech, który mnie utrzymał,

za każdą chwilę światła i cienia, które razem utkają moją historię.

Dziękuję Ci za dni, które przyniosły radość,

za śmiech, który rozświetlał ciemność,

za bliskość, która koiła samotność,

i za miłość, która wzmocniła moje serce, nawet gdy wydawało się kruche.

Dziękuję Ci także za trudności,

za cierpienie i rozczarowania, które wydawały się ciężarem nie do zniesienia.

Dziękuję, że przez nie mogłem odkryć głębię swojej duszy,

że mogłem nauczyć się wytrwałości, cierpliwości i pokory.

Dziękuję za każdy moment, w którym musiałem upaść,

bo w tych upadkach uczyłem się ufać Tobie ponad wszystko.

Panie, dziękuję Ci za ludzi, których postawiłeś na mojej drodze:

za tych, którzy byli światłem i wsparciem,

za tych, którzy byli lustrem moich słabości,

za tych, którzy nauczyli mnie przebaczenia i współczucia.

Dziękuję za każdy uśmiech i każde spojrzenie, które przemieniło zwykły dzień w święto życia.

Dziękuję Ci za czas – tak cenny i ulotny –

za wszystkie sekundy, które mogłem przeżyć, kochać, tworzyć, rozumieć i popełniać błędy.

Dziękuję za każdą chwilę ciszy i samotności,

bo w niej nauczyłem się słuchać Twojego głosu w moim sercu.

Dziękuję za lekcje, których nie rozumiałem w danej chwili,

a które teraz stają się fundamentem mojej mądrości.

Boże, dziękuję Ci za życie takim, jakie ono jest:

pełne sprzeczności, pełne cudów i zagadek,

pełne pytań bez odpowiedzi i odpowiedzi, które przychodzą niespodziewanie.

Dziękuję, że w każdej porażce mogę odnaleźć ziarno nadziei,

a w każdej radości smak prawdziwego daru.

Proszę Cię, Panie, aby wspomnienia tego roku nie były ciężarem,

lecz skarbnicą wdzięczności i mądrości.

Niech wszystko, czego doświadczyłem – dobro i trud –

prowadzi mnie ku głębszej miłości, cierpliwości i pokoju w nadchodzącym roku.

Niech moja dusza pamięta, że każdy dzień jest darem,

każde spotkanie jest lekcją, a każdy oddech jest Twoim darem życia.

Niech serce moje wchodzi w nowy rok z ufnością,

z otwartymi rękami na wszystko, co przyniesie,

i z wdzięcznością za wszystko, co już mi dałeś.

Dziękuję Ci, Panie, za ten rok – za jego światło i mrok,

za wzloty i upadki, za śmiech i łzy,

za życie w całej jego pełni.

Niech moje serce na zawsze pozostanie pełne wdzięczności.

Amen.

 

ŚWIĘTO ŚWIĘTEJ RODZINY; JEZUSA, MARYI I JÓZEFA

Po co jest Święta Rodzina? Odpowiedzieć można na wiele sposobów. Na przykład – opierając się na kolekcie dzisiejszej – można wskazać, że po to, abyśmy złączeni wzajemną miłością, naśladowali w naszych rodzinach Jej cnoty. Prawda. Tylko, że to już jest odpowiedź i perspektywa… zaawansowana, złożona, historycznie „bogata”. Natomiast warto najpierw zobaczyć odpowiedź „pierwszą” – tę fundamentalną i najmniej skomplikowaną – ona powinna być oczywista w świetle każdego ewangelicznego tekstu, mówiącego o Świętej Rodzinie, a przecież tekstów tych nie ma wiele. Załóżmy (roboczo – do weryfikacji), że owe nieliczne fragmenty eksponują odpowiedź następującą: Święta Rodzina jest… dla bezpieczeństwa Jezusa(!). Bóg stał się człowiekiem, potwierdzając tym samym, że dobrze jest być człowiekiem. Jednakowoż miejsce przeżywania tego człowieczeństwa (nasz świat; doczesność) nie jest w pełni miejscem przyjaznym dla życia ludzkiego. To życie wymaga specjalnej ochrony i ostrożności, aby mogło wzrastać i rozwijać się. Nie inaczej było z ludzkim życiem Boga, który stał się człowiekiem. To życie – widziane i opisywane z perspektywy naszego świata, a takie są opisy ewangeliczne – od początku jest zagrożone. Pierwsze zagrożenie dotyczy czasu, w którym okazuje się, że Maryja spodziewa się dziecka. Józef wie, że to nie jest jego dziecko. Co zatem ma zamiar uczynić? W Ewangelii czytamy, że zamierza Maryję oddalić potajemnie (Mt 1,19). Tłumacząc to na „język” zrozumiały dla nas, stwierdzić należy, że wybór Józefa i tak jest szlachetny i wielkoduszny. Dlaczego? Bowiem pierwsza opcja dla Józefa to publiczne oskarżenie Maryi o cudzołóstwo; oskarżenie, które przecież nie byłoby z jego strony oszustwem – w świetle tego, co widzi, tak właśnie się sprawy mają… Zamierza jednak Maryję oddalić potajemnie, czyli nie wnosić oskarżenia o cudzołóstwo, ale też i nie wchodzić w małżeństwo. Bilans takiego wyboru jest następujący: Józef ocala Maryję (i jej dziecko) przed ukamienowaniem za cudzołóstwo, ale jednocześnie ściąga na siebie opinię człowieka niesolidnego – w oczach ludzi społecznie degraduje sam siebie, bo przecież wycofuje się z małżeństwa oraz z ojcostwa. Zatem rozwiązanie, które Józef wybiera, jest – w ramach jego możliwości – maksymalnie wielkoduszne. To w takim właśnie momencie zastaje go interwencja anioła, który mówi: nie bój się wziąć do siebie Maryi, Twej małżonki, gdyż z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło (Mt 1,20). Ponieważ Józef słucha Boga i jest posłuszny, pierwsze zagrożenie życia Jezusa zostaje oddalone. Nie jest to jednak zagrożenie jedyne. Niepewność i niebezpieczeństwo towarzyszą też całemu kontekstowi narodzenia Jezusa. Maryja i Józef wprawdzie mają swój dom – w Nazarecie – ale muszą udać się do Betlejem na spis ludności, zarządzony przez władze rzymskie. Ponieważ z tej samej racji wielu ludzi w tym czasie również przemieszcza się, nic dziwnego, że dla podróżnych brakuje miejsc noclegowych. Poród dokonuje się więc w miejscu przeznaczonym nie dla ludzi, a dla zwierząt. Niewątpliwie jest to zagrożenie – przede wszystkim dla Jezusa. Udaje się jednak na tyle czuwać nad całą sytuacją, że bez komplikacji świat nasz może powitać kolejne dziecko, które – choć przy skrajnym ubóstwie środków – jest otoczone troską i bezpieczne. Nie znaczy to jednak, że stan gwarantowanego bezpieczeństwa jest stałą charakterystyką życia Świętej Rodziny.

Nadchodzi bowiem moment, o którym słyszymy dziś: anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić» (Mt 2,13). A więc znów zagrożenie. I znów skuteczne działanie, którego skutkiem jest zwycięstwo nad zagrożeniem: Józef wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu (Mt 2, 14). Czytamy następnie, że później – również na wyraźne polecenie Boga – Święta Rodzina wraca z Egiptu do Nazaretu. Domyślamy się, że cały czas priorytetowym zadaniem Józefa i Maryi jest troska o bezpieczeństwo Jezusa. Ewangeliczna scena z 12-letnim Jezusem, odnalezionym w świątyni, potwierdza nam to. Wprawdzie nie ma już wtedy do czynienia z bezpośrednim zagrożeniem wobec Jezusa, ale wypowiedź Maryi świadczy o utrwalonej przez lata postawie szczerej troski ze strony rodziców: Ojciec twój i ja z bólem serca szukaliśmy ciebie… (Łk 2,48).

Po co jest Święta Rodzina? Jak widzimy nie jest nadużyciem stwierdzenie, że dla bezpieczeństwa Jezusa (w domyśle: w naszym świecie, który bezpieczny nie jest). W kodeksach doczesnych ustaw można wielokrotnie umieszczać zapisy o prawie do bezpiecznego życia. Słuszne to jest i sprawiedliwe, nie daje to jednak samo z siebie gwarancji tegoż bezpieczeństwa. Niedoskonała natura naszego świata nie zmienia się. Dlatego uczeń Chrystusa, człowiek wierzący, nie prosi Boga o jakieś wyimaginowane doskonałe bezpieczeństwo, ale zabiega o to, aby w jego sercu panował pokój Chrystusowy – jak mówi dzisiejsze II czytanie. Wtedy – świadomy kruchości życia – może żyć logiką tego pokoju. Ta logika i ten pokój – przypomniane przez fragment Listu do Kolosan – całą siłą swojej jasności akcentują życie rodzinne jako naturalne miejsce powstawania nowego życia oraz – konsekwentnie – skutecznej troski o stabilny i bezpieczny rozwój tego życia. Święta Rodzina jest dla bezpieczeństwa Jezusa. Jeśli w tym kontekście pojawia się pytanie o to jakie powinny być nasze rodziny; o jaki ich kształt należy zabiegać, warto na pewno patrzeć na Świętą Rodzinę. I okaże się, że do tego wzorca nie trzeba wcale niczego supernowoczesnego dodawać. Gdy zadbamy o to, aby w naszej rodzinie na co dzień Jezus czuł się dobrze, zasadnicza część „rodzinnego zadania” jest wykonana. I jeszcze jedno. „Zadanie” – to słowo fundamentalnie ważne dla ludzi młodych, dla ludzi pierwszej połowy życia, dla ludzi zdobywających, osiągających, wspinających się, realizujących cele… Wiele treści, objawionych przez Boga, formułujemy i komunikujemy właśnie w języku zadań. Jest to słuszne zwłaszcza we wspomnianej pierwszej połowie życia. Jednak nie jest dobrze, gdy ów język zadań (wyłącznie oparty na samokontroli ofensywny styl realizowania celów) dominuje również w drugiej połowie życia. Wielu ludzi w podeszłym wieku zauważa, że w młodości próbowali zdobyć (jak zdobywa się twierdzę na wojnie…) to, co najpierw w swej naturze i istocie jest darem. A rodzina jest najpierw darem. Święta Rodzina jest najpierw darem – również jako wzorzec dla naszych rodzin. O wiele „łatwiej” realizuje się zadanie, które najpierw widzi się i przeżywa jako dar. Bardzo możliwe, że właśnie takim przypomnieniem jest dla nas postawa św. Józefa – postawa człowieka, który cały czas milczy, jakby całkowicie skupiony był na słuchaniu Boga i na wprowadzaniu w życie tego, co usłyszał. W kolędzie Dzisiaj w Betlejem, w niektórych regionalnych wersjach tej kolędy pojawia się określenie Józef STARY… Może w tej „starości” chodziło o synonim mądrości? Bo z pewnością mądre jest milczenie, które nie rozprasza niepotrzebnymi słowami, milczenie które łączy się z pełną dyspozycyjnością do usłyszenia głosu Boga. Mądre jest dostrzeżenie i docenienie daru, zanim zabierzemy się za realizację związanego z nim zadania. Wtedy zadania tego nie wykonujemy sami, ani nie jesteśmy „skazani” jedynie na własne siły…  Wtedy treść kolekty dzisiejszej nie jest jakąś abstrakcją, ale realnym zaproszeniem, abyśmy złączeni wzajemną miłością, naśladowali w naszych rodzinach Jej cnoty.

ŚWIĘTO ŚWIĘTEGO SZCZEPANA

Polska Parafia Peterborough - Święto Świętego Szczepana, pierwszego męczennika

Jeszcze nie zdążyliśmy w pełni nacieszyć się Narodzeniem Pańskim, naszymi pięknymi kolędami i choinką, a tu nagle: krew, śmierć, nienawiść. Dlaczego radosna oktawa Bożego Narodzenia zostaje zakłócona niewinną śmiercią? Dlaczego Kościół zestawia ze sobą takie przeciwieństwa? Dlaczego sąsiadują ze sobą dwa tak kontrastowe święta?

Pierwszą nicią łączącą te dwa święta jest miłość. Święta Narodzenia Pańskiego są świętami największej małości Boga. Tak Boże Narodzenie komentuje drugie czytanie (Tt 3,4-7): „Gdy ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela, naszego Boga, do ludzi, nie dla uczynków sprawiedliwych, jakie zdziałaliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas” (Tt 3,4). Narodzony Zbawiciel jest darem miłości Ojca. Na tę miłość i dobroć nikt z nas nie zasłużył. Możemy je jedynie przyjąć jako dar Ojca – tak jak przyjęła ten dar Maryja i jak przyjęli go pasterze.

Obok tej największej miłości Boga Kościół stawia dziś największą miłość człowieka, który dla Chrystusa oddaje swoje życie i modli się – jak On – za swoich prześladowców: „A gdy osunął się na kolana, zawołał donośnym głosem: Panie, nie poczytaj im tego grzechu. Po tych słowach skonał” (Dz 7,60). Zestawienie obok siebie tych dwóch świąt uczy, że miłość Boga domaga się naszej miłości. Największa miłość Boga domaga się największej miłości człowieka. Krew Szczepana woła, że za miłość trzeba płacić miłością, a czasem najwyższą ceną. Życie św. Szczepana, a szczególnie jego ostatnie chwile, przypominają, że życie ucznia Jezusa powinno być żywą repliką życia Mistrza.

Drugą nicią łączącą te dwa święta jest wierność i konsekwencja. Wczoraj obchodziliśmy święto wierności i konsekwencji Boga. Bóg dotrzymał słowa – z żelazną konsekwencją wypełnił dane obietnice, zarówno tę daną w raju (por. Rdz 3,15), jak i wszystkie obietnice w ciągu historii zbawienia. Dzisiaj natomiast obchodzimy święto wierności i konsekwencji człowieka. Szczepan dotrzymał słowa danego Chrystusowi nie tylko wtedy, gdy z Jego łaski czynił cuda i znaki, lecz także pod gradem kamieni. Dotrzymał słowa nie tylko w radości, ale również w cierpieniu i śmierci. Jego ostatnie słowa były modlitwą skierowaną do Pana. Za wierność Panu zapłacił własną wiernością. W pełni zasłużył na ewangeliczny tytuł „sługa wierny”.

Jeszcze jedna złota nić łączy oba święta. W oparciu o prawo kontrastu liturgia przypomina nam najgłębszą istotę życia chrześcijańskiego. Prawdziwa radość chrześcijańska nie jest idyllą. Chrześcijaństwa nie można przeżywać jedynie w takt kolęd i pastorałek. Chrześcijaństwo to nie zapał chwili ani emocjonalne uniesienie, lecz całkowite zaangażowanie życia i pełne podporządkowanie go Chrystusowi. Być chrześcijaninem to znaczy iść za Mistrzem, naśladując Go aż do końca, aż do śmierci. Oznacza to odtwarzać w naszym życiu życie Jezusa – tak jak uczynił to św. Szczepan. Chrystus i Ewangelia są wartościami, które przewyższają nawet życie. Iść za Chrystusem znaczy być gotowym na wszystko, nawet na męczeństwo.

Zapowiedź Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mojego imienia” (Mt 10,22), spełnia się na przestrzeni wszystkich wieków, także w naszych czasach. Z woli św. Jana Pawła II od 2002 roku Bazylika św. Bartłomieja na Wyspie Tyberyjskiej w Rzymie (Basilica di San Bartolomeo all’Isola Tiberina) jest miejscem pamięci i kultu męczenników XX i XXI wieku, w tym wielu polskich męczenników. Do tej pory zgromadzono tam relikwie oraz dokumentację 13 tysięcy przypadków męczeństwa za wiarę, nieobjętych dotąd procedurą prawno-kanoniczną. Specjalna Komisja ds. Nowych Męczenników stwierdziła, że jest to jedynie „wierzchołek góry lodowej”. Szacuje się bowiem, że w naszym stuleciu około 26 milionów chrześcijan oddało życie w wyniku prześladowań religijnych. Ponadwyznaniowi obserwatorzy oceniają, że obecnie na całym świecie ponad 100 milionów chrześcijan doświadcza prześladowań z powodu swojej wiary.

Wpatrując się w przykład św. Szczepana i tak wielu świadków, którzy potrafili poświęcić wszystko dla Chrystusa, i ja muszę postawić sobie pytanie: za co jestem gotów oddać życie? Jaka wartość, jaka miłość, jaka prawda lub perspektywa są dla mnie tak cenne, że w razie potrzeby oddałbym za nie swoje życie? Prośmy św. Szczepana o ducha męstwa i bezkompromisową miłość do Jezusa.

25 XII 2025 – UROCZYSTOŚĆ BOŻEGO NARODZENIA

Elżbietanki – Zgromadzenie Sióstr św. Elżbiety


Bóg się rodzi, moc truchleje
! Otaczający nas świat zdaje się wywracać do góry nogami. Bo oto Król królów i Pan całego wszechświata przychodzi na świat pośród zimna betlejemskiej nocy, w ubogiej stajence, a nie w pałacowych komnatach wyłożonych marmurem. Zamiast orszaku możnowładców hołd oddają Mu najpierw zwierzęta, później pasterze – którzy jeszcze nie wiedzą, że oto narodził się Ten, który sam będzie ich pasł. W końcu i my przychodzimy oddać Mu pokłon, bo Bóg zszedł tak nisko na ziemię, że aby Go zobaczyć, trzeba uklęknąć na słomie żłóbka, a nie wpatrywać się w niebo. Niczym betlejemscy pasterze, przynagleni świętą ciekawością i poruszeni dziwną radością, przychodzimy, by pokazać światu, który Go nie poznał (por. J 1,10), że narodziny Chrystusa mają dla nas szczególne znaczenie.

Jest w nas, ludziach, jakaś taka prawidłowość, jakieś prawo wpisane w nas pewnie przez Boga, że kiedy na świat przychodzi dziecko, wszelkie mogące rodzić się wtedy wątpliwości czy pytania przestają mieć znaczenie. Nikt już nie pyta wtedy: czy nie jestem za młoda na to, by urodzić dziecko, albo – wręcz przeciwnie – czy nie jest już na to zbyt późno? Czy damy sobie radę? Jak podołamy wychowaniu? Czy aby na pewno dziecko będzie zdrowe? Takie i podobne pytania padają przed narodzinami dziecka – zwłaszcza wtedy, gdy nie jest ono planowane – czasami będąc wręcz powodem konfliktów w rodzinie. Ale kiedy dziecko przychodzi na świat – bez względu na wszelkie okoliczności – staje się ono centrum naszego życia, godząc często ze sobą poróżnione osoby. Nikt nie stawia już żadnych pytań – nawet jeżeli są one sensowne – ale przychodzi czas na radość, na ucieszenie się tym nowo narodzonym dzieckiem.

I właśnie dzisiaj Bóg daje nam taką szansę na to, byśmy mogli się Nim ucieszyć, byśmy mogli ucieszyć się Jego przyjściem na świat. Bo Bóg przychodzi, Bóg rodzi się dla każdego z nas – nieważne, kim jesteś, nieważne, co posiadasz, nieważne, jak żyjesz – Bóg rodzi się dla ciebie, Bóg przychodzi do ciebie, dając ci zbawienie. To jest ten moment, w którym nie trzeba stawiać pytań o to, jak teraz będzie; nie trzeba poddawać się wątpliwościom, czy na pewno na ten dar zasługuję; ale to jest czas, w którym mamy ufnie przyjąć otrzymany od Boga dar zbawienia. Bóg daje nam tę szansę, byśmy skupili się na Nim, puszczając w niepamięć te wszystkie nasze ludzkie wątpliwości, pytania i konflikty. Dziś ważne jest to, że Bóg rodzi się i przychodzi jednakowo do biednych i bogatych, do zdrowych i chorych, do młodych i starych, do żyjących pobożnie i do największych grzeszników.

Dziś jest dzień wielkiej radości z narodzenia Pana. Dopiero jutro, w święto pierwszego męczennika Szczepana, Nowonarodzony postawi nam pytanie o to, co dalej. Zapyta nas o to, czy jesteśmy gotowi oddać życie dla Niego. I pouczy nas o tym, pokazując na przykładzie św. Szczepana, że przyjęcie daru zbawienia wiąże się z konkretnymi czynami, z rezygnacją z siebie – swoich planów, czasami ze swoich marzeń czy ambicji, jeżeli nie są one zgodne z wolą Bożą – aż po oddanie życia za Chrystusa, za Tego, który bez wahania oddał swoje życie za nas. Jutro Jezus powie nam, że przyjście do żłóbka jest decyzją pociągającą za sobą konsekwencje – bo jest to zgoda na przyjęcie na siebie Jego ubóstwa, Jego poniżenia, Jego odrzucenia. A zbawiony będzie ten, kto w tych przeciwnościach wytrwa do końca (por. Mt 10,22). Bo znów, zawsze, kiedy rodzi się dziecko, po tej niezwykłej radości trzeba swoją miłość do nowo narodzonego dziecka wprowadzić w czyn i mierzyć się z wszelkimi przeciwnościami, jakie codzienne życie ze sobą niesie.

Ale to dopiero jutro. Dziś mamy czas na przeżywanie radości, na cieszenie się z przyjścia Pana, z otrzymania za darmo daru zbawienia, z jakim Bóg przychodzi do każdego z nas. To najpiękniejszy prezent, jaki możemy znaleźć pod choinką. Przyjmijmy Go zatem z radością i wdzięcznością. Amen.