IV NIEDZIELA ADWENTU

Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł | by Witold Bołt | Każdy Wschód

Tegoroczna adwentowa droga dobiega powoli końca. Już za cztery dni będziemy świętować uroczystość Narodzenia Pańskiego. I właśnie dziś, na końcu tej drogi, w czwartą Niedzielę Adwentu, Kościół zaprasza nas, abyśmy weszli w samą głębię tajemnicy: nie w klimat świąt, nie w emocje czy tradycje, ale w prawdę o Bogu, który działa w historii człowieka.

Dzisiejsze pierwsze czytanie z Księgi proroka Izajasza przenosi nas do czasów wielkiego kryzysu politycznego. Królestwo Judy stoi w obliczu ogromnego zagrożenia, w obliczu wojny. W tej sytuacji Bóg, poprzez swojego proroka, czyni rzecz niezwykłą: sam oferuje królowi Achazowi znak, który ma go umocnić w chwili niebezpieczeństwa.

„Proś dla siebie o znak od Pana, Boga twego, czy to głęboko w Szeolu, czy to wysoko w górze!” (Iz 7,11). Bóg chce niejako powiedzieć Achazowi: Pozwól Mi działać. Zaufaj Mi. Otwórz swoje serce. I wtedy pada odpowiedź Achaza: „Nie będę prosił i nie będę wystawiał Pana na próbę” (Iz 7,12).

Odpowiedź króla brzmi bardzo pobożnie, ale niestety to tylko pozory. W rzeczywistości Achaz nie chce Bożej pomocy, nie pragnie Bożego działania ani interwencji. Wszelki znak oznaczałby dla niego konieczność oparcia się na Bogu. Tymczasem Achaz podjął już inną decyzję: wybrał ludzkie strategie polityczne i sojusz z potężną Asyrią. Bał się zaufać Bogu. Zamiast uznać swoją słabość i zawierzyć Bogu, król postanowił oprzeć całą swoją nadzieję na militarnej potędze; odrzucił Boży plan, bo chciał kontrolować sytuację po swojemu – po ludzku.

Jawi się tu pewien paradoks: Achaz mówi, że nie chce wystawiać Boga na próbę, ale tak naprawdę to on wystawia Boga na próbę, odrzucając Jego pomoc. I właśnie wtedy Bóg zapowiada: „Dlatego Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel” (Iz 7,14).

Nie dlatego, że Achaz na to zasłużył; nie dla króla, który nie chciał słuchać. Ale dlatego, że Bóg jest wierny nawet wtedy, gdy człowiek od Niego ucieka. Znak Emmanuela nie jest odpowiedzią na wiarę Achaza – jest odpowiedzią na ludzką niewierność. Bóg wchodzi w historię nawet wtedy, gdy człowiek Go nie chce.

Jakże inaczej, w tym kontekście, jawi się nam dzisiejsza Ewangelia. Józef – w przeciwieństwie do Achaza – nie zamyka się na Boga. A przecież po ludzku patrząc, wszystko wyglądało tragicznie: plany się rozsypują, obietnice wydają się złudzeniem, a serce jest pełne bólu.

Ewangelista pisze, że Józef był człowiekiem sprawiedliwym (por. Mt 1,19), a więc człowiekiem modlitwy, sumienia, otwartym na Boże prowadzenie. Dlatego mógł przyjść do niego anioł i powiedzieć: „Nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki” (Mt 1,20).

Nie bój się. Nie uciekaj. Nie kombinuj po ludzku. Zaufaj. Pozwól Mi działać. To jest dokładnie odwrotna postawa niż u Achaza.

Achaz odmówił Bożego znaku – Józef go przyjął.

Achaz oparł się na potędze Asyrii – Józef opiera się na potędze Boga.

Achaz zamknął swoje życie przed Bogiem – Józef otworzył je szeroko na Niego.

I właśnie dlatego w Józefie może wypełnić się obietnica Emmanuela. „Józef, obudziwszy się ze snu, uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański” (Mt 1,24). Jego posłuszeństwo serca otworzyło Bogu drogę – a wraz z nią drogę zbawienia dla całego świata.

W każdym z nas jest coś z Achaza. Lubimy kontrolować nasze życie po swojemu, opierając się na ludzkich siłach, lękając się zaufać Bogu. Pojawia się myślenie: „Przecież sam to załatwię, poradzę sobie, tak będzie bezpieczniej”. Achaz nie jest kimś odległym – Achaz to czasem ja.

Tymczasem Bóg pokazuje nam dziś, że daje nam znaki nawet wtedy, gdy Go o nie nie prosimy – bo Jego wierność nie zależy od naszej doskonałości. Daje nam znaki, bo nie rezygnuje z człowieka. Znak Emmanuela jest tego dowodem. Józef może nie wszystko rozumiał, ale ufał – dlatego mógł być świadkiem cudu przyjścia Boga z nami.

Każdy z nas w tę ostatnią niedzielę Adwentu jest zaproszony do podjęcia własnej decyzji. Oby była to decyzja Józefa. Każdy z nas musi zdecydować, czy chce „wziąć do siebie” to, co Bóg daje: może trudną sytuację życiową, bliską osobę, z którą trudno żyć, może niechciany obowiązek, trudną misję, mój krzyż, cierpienie, a może – nadzieję. Czy chcę pozwolić Bogu wejść w moje życie?

I tutaj warto zobaczyć, że takie decyzje wiary podejmujemy nie tylko w wielkich chwilach, ale także w codzienności: kiedy w pracy muszę być uczciwy, choć inni kombinują; gdy w rodzinie trzeba przebaczyć, choć jest trudno; kiedy trzeba odmówić pokusie, choć wydaje się to nieopłacalne. To właśnie tam decydujemy, czy bardziej idę drogą Achaza, czy Józefa.

Za cztery dni usłyszymy: „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami” (J 1,14). Jednak zanim Słowo przyszło na świat, Bóg postanowił zapukać do drzwi ludzkiego serca. Zapukał do serca Achaza – i napotkał opór. Zapukał do serca Józefa – i znalazł otwartość. Dziś Bóg pragnie zapukać również do mojego i Twojego serca.

Aby móc naprawdę odpowiedzieć na to Boże pukanie, Kościół daje nam łaskę sakramentów – zwłaszcza Eucharystii, w której Słowo, które stało się Ciałem, przychodzi do nas w sposób najpełniejszy. To tam uczymy się ufać Bogu naprawdę.

Dlatego prośmy Boga o łaskę Józefowego zaufania: zaufania, które nie jest jednorazową decyzją, ale procesem, drogą, cierpliwym stawaniem przy Bogu każdego dnia. Byśmy pozwolili Mu wejść tam, gdzie jeszcze panuje chaos, lęk, trud i brak kontroli. Bo właśnie tam chce narodzić się Emmanuel – Bóg z nami.

III NIEDZIELA ADWENTU

15.12 – 3. Niedziela Adwentu - KERYGMA - liturgia i katecheza w Sieci

Przeżywamy dziś już Trzecią Niedzielę Adwentu. Ta niedziela w Kościele katolickim nosi miano „Niedzieli Gaudete” od łacińskiego wezwania: „Radujcie się” (Radujcie się zawsze w Panu). Dla chrześcijan jest to bowiem dzień szczególnej radości, zapowiadający bliskie przyjście Chrystusa. Przesłanie Trzeciej niedzieli Adwentu ma być dla nas podniesieniem na duchu, bo może już jesteśmy po ludzku zmęczeni porannym, wcześniejszym niż zwykle wstawaniem na roraty. Może dopada nas już powoli przedświąteczna gorączka i coraz bardziej wyczuwamy rozdarcie między świętującym już komercyjnym światem a naszym wewnętrznym pragnieniem bycia wiernymi adwentowemu wezwaniu: CZUWAJCIE!

Liturgia tej niedzieli koncentruje się na oczekiwaniu zbawienia. To dla nas ważny temat, który pomaga nam znów skoncentrować się na tym, co jest najważniejsze – na Jezusie i poszukiwaniu sensu Jego wcielenia. To właśnie sens staje się dziś tematem ewangelicznego fragmentu. Czy jest sens wstawać tak wcześnie? Czy jest sens wstrzymywać się ze świętowaniem? Czy jest sens przejmować się tą wiarą…?

Ewangelia dzisiejszej niedzieli koncentruje się na postaci Jana Chrzciciela, który przebywa w więzieniu. Jan, słysząc o czynach Jezusa – możemy to sobie wyobrazić – przeżywa głęboki kryzys własnej tożsamości. Być może w czasie więzienia – choć Ewangelie o tym nie mówią wprost – doświadcza próby wiary i czasu pokus. Pozbawiony wolności za prawdę, nie robiąc przecież nic złego, z pobożności i z wierności Bogu oraz w trosce o przyszłość swego władcy głosił mu prawdę o prawie Bożym. W Ewangelii wg św. Marka czytamy: „Jan bowiem wypominał Herodowi: Nie wolno ci mieć żony twego brata (Mk 6,18). Pozbawiony wolności oczekiwał na wyrok; być może nawet go przeczuwał. I oto słyszy o działalności Jezusa. Być może sytuacja, w której się znalazł, a także nacisk ze strony uczniów, wywołały w nim wątpliwości. W każdym razie Jan nakazuje swoim wiernym uczniom udać się do Jezusa z zapytaniem o Jego tożsamość. To pytanie jest w istocie pytaniem o sens jego życia. Można powiedzieć, że Jan stawia Jezusowi pytanie: czy nie zmarnowałem życia? Czy będę słusznie umierał? Czy na pewno się nie pomyliłem? Czy moje ascetyczne życie, chrzczenie i wzywanie do nawrócenia ma w ogóle sens?

Jezus nie daje mu odpowiedzi wprost, ale czyni dwie rzeczy:

1. posyła mu wiarygodnych świadków: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie…” (Mt 11,4-5); 2. swoje czyny przedstawia jako realizację zapowiedzianych przed sześciuset laty proroctw Izajasza, które usłyszeliśmy w pierwszym czytaniu: „Pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe! Powiedzcie małodusznym: «Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by was zbawić». Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło wykrzyknie” (Iz 35,3-6).

Słudzy widzą działanie Jezusa. Do tej pory to Jan pełnił wobec nich rolę świadka w całej Ewangelii: od momentu nawiedzenia Maryi przez Elżbietę, poprzez działalność nad Jordanem, gdzie wskazał uczniom Baranka Bożego, aż po świadectwo złożone przed trybunałem króla Heroda. Teraz on sam potrzebuje umocnienia w wierze i świadectwa drugiego człowieka. Jezus posyła mu jego uczniów. Oni mają wyjątkową możliwość zrewanżowania się swojemu mistrzowi – staną się dla Jana misjonarzami. Za ich pośrednictwem Jan na nowo uwierzy Słowu i Pismu o Jezusie z Nazaretu. Jego odnowiona wiara umocni z kolei wiarę jego uczniów.

Dlatego w drugiej części dzisiejszej Ewangelii słyszymy: kiedy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie. Jezus objawia im, kim jest Jan i jaka jest jego rola w misterium zbawienia, ale już bez obecności jego uczniów. Jan musi dojść do tego sam, w konfrontacji własnych wątpliwości ze Słowem, świadectwem uczniów oraz nowonarodzoną wiarą.

Po Janie Chrzcicielu Jezus zwraca się do tłumu i ukazuje ich niedojrzałość. Stawia trzy pytania, które obnażają ich intencje:

1. „Co wyszliście obejrzeć na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze?” (Mt 11,7). Użyte słowo θεάομαι (theaomai) oznacza „oglądać z przeżyciem”, uważnie, świadomie, często towarzyszy temu zdumienie lub rozpoznanie znaczenia. Użyte słowa oznaczają także szukać sensacji. Ludzie przyszli, aby czegoś doświadczyć, ale niekoniecznie poznać prawdę o Janie. Przyszli bardziej aby doświadczyć sensacji a nie aby poznać prawdę. Trzcina, choć delikatna, nie łamie się nawet pod dużym wiatrem – w przeciwieństwie do twardych drzew. To obraz człowieka stałego, a nie chwiejnego.

2. Drugie pytanie Jezusa brzmi: „Ale co wyszliście zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego?” (Mt 11,8) Tu zostało użyte słowo ὁράω (horaō), które oznacza „widzieć, doświadczyć, pojąć”. Często w Ewangelii występuje w znaczeniu np. „ujrzeć chwałę” albo „zobaczyć Syna Człowieczego”. Ludzie chcieli widzieć kogoś potężnego, politycznego przywódcę. Jezus ich upomina: „Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą” (Mt 11,8).

3. I wreszcie trzecie pytanie: „Coście więc wyszli zobaczyć? Proroka? O tak! Powiadam wam: więcej niż proroka!” (Mt 11,9). Prorok to nie człowiek, którzy przypowiada przyszłość, to nie wróżbita ze szklaną kulą. Prorok to człowiek należący do Boga, który objawia Jego wolę. Izrael oczekiwał powrotu Eliasza; Jezus wskazuje, że misja Eliasza spełnia się w Janie Chrzcicielu – ostatnim proroku Starego Przymierza, który rozpoznaje i wskazuje Mesjasza. Jezus mówi: „On jest tym, o którym napisano: Oto Ja wysyłam mojego posłańca (gr. ἄγγελόν – angelon – anioła) przed Tobą, aby przygotował Twoją drogę” (Mt 11,10).

I Jezus dodaje: „Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on” (Mt 11,11). Jan jest największym z ludzi, ale ten, kto osiąga chwałę nieba, przewyższa go darem zbawienia.

Każdy z nas boryka się z wątpliwościami dotyczącymi sensu działania, posługi i codziennego życia: w domu, pracy, szkole, wspólnocie. Właśnie po to jest nam dany Adwent – abyśmy potrafili wpatrywać się w postacie takie jak Jan Chrzciciel i zobaczyć, że oni również nie byli wolni od pytań, lecz odpowiedzi szukali u Jezusa. Nie bójmy się przedstawiać Jezusowi naszych wątpliwości i niepokojów, naszych pytań o sens. Wsłuchujmy się w odpowiedzi, których udziela w Słowie Bożym.

Niech nas prowadzi Maryja, patronka Adwentu, Dziewica słuchająca i rozważająca słowa w swoim sercu.

II NIEDZIELA ADWENTU

II NIEDZIELA ADWENTU - ROK A - biblia.wiara.pl

To już druga niedziela naszego oczekiwania. Jednak w tym naszym oczekiwaniu nie chodzi o takie zwykłe czekanie, jak to dzieje się wówczas, gdy oczekujemy na autobus czy pociąg, gdy odliczamy dni do ważnego wydarzenia w naszym życiu czy czekamy na upragniony urlop, odpoczynek. Tego typu oczekiwanie często przepełnione jest niecierpliwością, napięciem, a czasem owiane codzienną rutyną. Adwentowe oczekiwanie jest zupełnie inne. Jest to oczekiwanie z nadzieją. Jest to oczekiwanie na Boga, który przychodzi, by odnowić nasze życie, który chce wprowadzić w ciemności naszego życia światło, a tam, gdzie panuje chaos – wnieść pokój.

Dlatego dzisiejsza Liturgia Słowa pragnie nam ukazać trzy ważne wymiary naszego oczekiwania, naszego przygotowania na przyjęcie Boga, który przychodzi. Chce ukazać nam nadzieję, która rodzi się wtedy, gdy wydaje się, że już nic nie może się odrodzić; przypomnieć o nawróceniu, które zmienia kierunek naszego życia i pozwala nam przyjąć Bożą obecność; oraz pokój, który może zapanować w naszych sercach i w relacjach z innymi, gdy pozwolimy Bogu działać w naszym życiu.

Chciejmy więc przyjrzeć się dzisiejszym czytaniom biblijnym i zobaczyć drogę, jaką na ten drugi tydzień Adwentu wyznacza nam Bóg.

W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszeliśmy: „Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści odrośl z jego korzeni” (Iz 11,1). Prorok Izajasz mówi dziś o gałązce, która wyrasta ze starego, ściętego pnia. Jest to niezwykły obraz. Obraz, który ukazuje, że tam, gdzie po ludzku nie ma życia, Bóg potrafi stworzyć coś nowego. I, drodzy, wielu z nas może doskonale odnaleźć się w tym obrazie. Przecież niejednokrotnie w naszym życiu czujemy się jak ten uschły pień. Jesteśmy zmęczeni, zniechęceni, rozczarowani tym, co spotkało nas w życiu. Czasem tracimy nadzieję, że w naszym życiu coś się zmieni, że może wydarzyć się jeszcze coś dobrego.

I właśnie do nas, którzy tracimy nadzieję, Bóg pragnie przemówić: „Nie trać nadziei!” (por. Ps 27,14). Ja potrafię obudzić życie tam, gdzie ty widzisz koniec. Adwent to właśnie taki czas nadziei. Nie tylko patrzymy w przyszłość z tęsknotą, ale uczymy się wierzyć, że Bóg działa w naszym „dziś”. Uczymy się wierzyć, że Bóg może odmienić nasze serce, nasze relacje, nasze życie. Z uschłego pnia może wyrosnąć coś pięknego, jeśli tylko pozwolimy Bogu działać.

W dzisiejszej Ewangelii staje przed nami Jan Chrzciciel. Staje on na pustyni jako człowiek prosty, żyjący w surowy sposób, a z drugiej strony jawi się nam jako człowiek wielkiej odwagi. Nie przyszedł, by prawić ludziom komplementy, ale by ukazać prawdę, która poruszy ich serca. Dlatego też woła: „Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie!” (Mt 3,2) oraz „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki!” (Mt 3,3 / Iz 40,3).

Trzeba nam jednak uświadomić sobie, że w tym wołaniu, w wezwaniu do nawrócenia, nie chodzi o coś smutnego. Nie chodzi o to, by zacząć teraz bić się w pierś i mieć jedynie poczucie winy. Nawrócenie, o którym mówi nam Jan Chrzciciel, to zmiana kierunku; to moment, w którym człowiek odkrywa, że droga, którą wybrał, nie jest właściwa, i postanawia zawrócić (por. Mt 3,8). 

W Adwencie chodzi bowiem o to, by zrobić miejsce w swoim sercu dla Boga. Chodzi o to, by usunąć wszystko, co Go zasłania: wszelki gniew, brak przebaczenia, lenistwo duchowe, złość, pośpiech, który ze wszech stron nas ogarnia. Dlatego niech tegoroczny Adwent będzie dla nas okazją do spowiedzi, do pojednania, do podjęcia decyzji, że chcę żyć bliżej Boga (por. Jk 4,8).

 

Izajasz w pierwszym czytaniu namalował nam jeszcze jeden obraz: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą pospołu i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą z sobą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na gnieździe kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii” (Iz 11,6-8).

To obraz świata przemienionego przez Boga. Świata, w którym nie ma przemocy, świata, w którym nie ma nienawiści, świata, w którym nie ma lęku. Czy nie chcielibyśmy żyć w takim świecie? Taki pokój nie rodzi się z ludzkich układów, ale z serca, które pozwoliło Bogu działać. Kiedy człowiek pozwala Bogu wejść w swoje życie, wtedy zmienia się także jego spojrzenie na innych. Człowiek zaczyna przebaczać, zaczyna rozumieć, przestaje oceniać (por. Ef 4,32). To jest prawdziwy cud Adwentu: pokój, który zaczyna się w sercu człowieka. 

I właśnie święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu przypomina nam, że „Chrystus stał się sługą… aby pogodzić wszystkich” (por. Rz 15,8-9) oraz że Bóg pragnie, „abyście jednymi ustami wielbili Boga” (Rz 15,6). A więc prawdziwy Adwent to także czas budowania jedności – w rodzinie, w parafii, w sąsiedztwie. Niech w tym czasie będzie mniej narzekania, a więcej dobrych słów; mniej oceniania, a więcej życzliwości. Bo wtedy naprawdę przygotowujemy się na przyjście Księcia Pokoju (por. Iz 9,5).

Drodzy, wszystko, o czym mówi Izajasz i Jan Chrzciciel, spełniło się w Jezusie. To On jest tą różdżką z pnia Jessego, która przynosi nowe życie (por. Iz 11,1). To On jest Tym, który daje nam moc, byśmy stawali się nowymi ludźmi (2 Kor 5,17). To On jest Tym, który przynosi pokój tam, gdzie jest niezgoda (J 14,27). Adwent przypomina nam, że Jezus nie przyszedł tylko kiedyś, w Betlejem. On przychodzi teraz. Przychodzi w Słowie (Hbr 4,12), przychodzi w Eucharystii (J 6,51), przychodzi w drugim człowieku (Mt 25,40), ale także przychodzi w cichym poruszeniu serca (1 Krl 19,12). Naszym zadaniem jest rozpoznać Go i przygotować dla Niego miejsce (Ap 3,20).

Niech więc ten Adwent będzie naprawdę czasem nadziei, nawrócenia i pokoju. Bo Chrystus przychodzi nie tylko po to, by narodzić się w Betlejem, ale po to, by narodzić się w nas (por. Ga 4,19).

I NIEDZIELA ADWENTU

I NIEDZIELA ADWENTU - Rok C - biblia.wiara.pl

Nieodzownym elementem naszego ludzkiego życia są emocje, które same w sobie dają nam, jako ludziom, informacje o tym, co się w nas dzieje i co aktualnie przeżywamy. Od wielu już lat psychologia zaprasza nas do tego, abyśmy uczyli się emocje i uczucia nazywać i rozpoznawać, po to, aby za ich pomocą odczytywać nasz wewnętrzny świat. Zapraszani jesteśmy także do tego, aby całą paletę sposobów odbierania i przeżywania uczuć i emocji przekuwać na konkretne działania.

Skąd taki wstęp? Dzisiejsza niedziela to pierwsza Niedziela Adwentu, czyli czas dany nam w Kościele, w którym mamy się przygotować do świąt Bożego Narodzenia – pamiątki i uobecnienia narodzin Jezusa Chrystusa w Betlejem sprzed dwóch tysięcy lat. Jak doskonale wiemy, Adwent w swojej treści przygotowuje nas również na powtórne przyjście naszego Pana, Jezusa Chrystusa, w chwale na końcu czasów, czyli na paruzję. Samo Boże Narodzenie jest momentem wywołującym niezwykłe emocje i uczucia; budzi w nas szereg wspomnień i przeżyć związanych z obchodzeniem tych świąt w dzieciństwie, ale nie tylko. Dla wielu te wspomnienia są wspaniałe, a uczucia i emocje, które powracają, bywają przyjemne i serdeczne: radość, ciepło, miłość, zrozumienie, czułość, bliskość itd. Nie brakuje jednak i takich, dla których ten okres kojarzy się trudniej, a emocje bywają bolesne: strach, chłód, poczucie braku bezpieczeństwa, ból czy odrzucenie.

Wielość i różnorodność tych emocji wykorzystywana jest dziś przez koncerny i korporacje handlowe dla celów czysto komercyjnych, oderwanych od aspektów wiary i przeżyć religijnych. Samo Boże Narodzenie, niestety pochłonięte przez komercję, wlewa się do naszego życia trochę niechciane już teraz, u początku Adwentu, i zaczyna wypierać to, co niesie ze sobą ten specyficzny czas – również pełen pięknych emocji i uczuć. Nie dajmy się uwieść tej „magii świąt”; dajmy sobie czas na przeżycie Adwentu.

Sam Adwent jest okresem liturgicznym niezwykle przepełnionym emocjami i uczuciami. Gdy sięgamy po teksty liturgiczne z tego okresu, które będą nam towarzyszyć przez najbliższe tygodnie, widzimy, że są one przeniknięte tęsknotą, pragnieniem, miłością i radością. Liturgia Słowa czasu Adwentu to zbiór tekstów mówiących nam o niepokoju, zadumie, refleksji, pragnieniu, zawierzeniu, zaufaniu, ciekawości i tęsknocie – o radości przekształcającej się miejscami w podniecenie z powodu spełniającej się obietnicy. Adwent jest przepięknym czasem, będącym dla nas prawdziwą skarbnicą uczuć i emocji.

Przypomnijmy sobie podążanie w ciemności z zapalonym lampionem pośród wiejskich, ośnieżonych dróg albo w otoczeniu miasta dopiero budzącego się do życia. Wieczorną, wspólną modlitwę całej rodziny przy wieńcu adwentowym, którego kolejne zapalone świece rozświetlały mrok pokoju. Słowa niepewności, troski i obietnicy, których słuchaliśmy w Ewangeliach o Zachariaszu, Maryi czy Józefie. A wreszcie radość płynącą z powoli rozpoczynających się przygotowań świątecznych: robienie ozdób na choinkę, przygotowywanie pierwszych potraw, zagniatanie ciasta na pierniki czy nawet pierwsze świąteczne zakupy. Adwent to czas niezwykłych emocji i uczuć.

Dzisiejsza Liturgia Słowa zwraca nam uwagę na to, żebyśmy sami zastanowili się nad „czasem” jako takim – zjawiskiem, które w naszym życiu odgrywa niesamowitą rolę, a które tak często umyka nam bezpowrotnie. A Pan mówi: „nadejdzie czas!”. Dziś większość rzeczy, które nas otaczają, ma z założenia służyć temu, abyśmy mieli więcej czasu: telefony, komunikatory, szybka kolej, szybki Internet, kasy samoobsługowe. A w praktyce wiemy, że i tak tego czasu wiecznie nam brakuje.

Dlatego w dzisiejszych czytaniach słyszymy, że nie tylko „nadejdzie”, ale – jak powie św. Paweł – „teraz nadeszła godzina”, kiedy to wszystko powinno stracić dla nas wagę, a my winniśmy skupić się na tym, co rzeczywiście istotne, i „przyoblec się w Chrystusa”. Ta uwaga i zachęta są dla nas tym bardziej aktualne, że właśnie taka jest wymowa Adwentu: oczekiwać i być przygotowanym. Ten cały zestaw uczuć i emocji związanych z tym czasem jest nam dany właśnie po to, by żyć tu i teraz w bliskości z Jezusem. Z jednej strony mamy oczekiwać Jego przyjścia, a z drugiej – trwać w nieustannej bliskości z Nim, rozważając tajemnice początków Jego ziemskiego życia.

Nie bójmy się naszych emocji; pozwólmy, by poprowadziły nas w tym czasie Adwentu. Zafascynujmy się jak dzieci światłem lampionu w ciemnym kościele i płomieniem świecy na adwentowym wieńcu, gdy o poranku, mimo zaspania, będziemy wstawać na Roraty. Usłyszmy niepokój, zdumienie i niedowierzanie w głosie Zachariasza, pokorę i zmieszanie w słowach Maryi; wczujmy się w lęk i zakłopotanie Józefa i wielu innych postaci, z którymi mamy szansę przeżyć tegoroczny Adwent. Zobaczmy te emocje w nich, ale uczmy się dostrzegać je także w nas. Zobaczmy w adwentowych „bohaterach” ludzi, którzy przeżywają i żyją. Prośmy ich, aby u Boga wyjednali nam łaskę dostrzegania i przeżywania – po ludzku – wielu trudnych i pięknych uczuć i emocji, które budzą się w nas w różnych sytuacjach naszego życia.

Niech ten czas będzie błogosławiony!

XXXIV Niedziela Zwykła – Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata

Obraz religijny Jezus Chrystus Ecce Homo

Dziwny jest ten świat. Znamy imiona bohaterów telenowel. Znamy ich losy. Wiemy co się wydarzyło i domyślamy się, co będzie w następnym odcinku. Przeżywamy oglądając filmowe tragedie. Płaczemy, przejmujemy się losem bohaterów z ekranu. A w codzienności… nie wiemy, jak się nazywa nasz sąsiad. Nie wiemy co przeżywa człowiek, który mieszka za ścianą. Nie mówiąc już o bezdomnym, który leży na chodniku przed Twoim domem, kiedy idziesz rano do pracy czy też do sklepu po zakupy by na śniadanie było świeże pieczywo i wędlina. Mówisz sobie w duchu: to pijak, łajdak, nierób, darmozjad nie dam mu pieniędzy. I tak twoje serce twardnieje z dnia na dzień.

A na końcu czasów będziemy sądzeni z miłości…

I przykro jest to powiedzieć, ale niestety nie wszyscy co mówią, że kochają Jezusa wejdą do Królestwa Niebieskiego. Niestety, nie wszyscy…

 Rozmawiałem kiedyś z młodą dziewczyną, katoliczką. Rozmowa dotyczyła spraw wiary. W pewnym momencie moja rozmówczyni mówi do mnie: „Ojcze ja kocham Pana Jezusa. Ja Go bardzo kocham. Tak, ja to czuję w sercu”. Odpowiedziałem: No to pięknie. Ale pytam – co dla Niego robisz? Nie potrafiła mi odpowiedzieć na to pytanie.

Co ty robisz dla Jezusa? Jak wyrażasz swoją miłość do Niego?

To bardzo konkretne pytania.

Powiesz mi, że się modlisz, że chodzisz do kościoła, że się spowiadasz itd.… To dobrze. Ale pytam dalej. Co z tego wynika? Co robisz dla Jezusa po modlitwie, po Mszy świętej, po spowiedzi? Możesz wspaniale wypełnić wszystkie praktyki religijne i nie zauważyć człowieka, który potrzebuje twojej pomocy.

Na końcu czasów będziemy sądzeni z miłości…

Ale nie chodzi o jakąś miłość sentymentalną, uczuciową, miłość z telenoweli. Nie chodzi tylko i wyłącznie o miłość, która prowadzi nas do modlitwy, do Eucharystii. Chodzi o konkretne czyny miłości. Ale wyjaśniam, bo może ktoś mnie źle zrozumieć i powiedzieć: Aha…jeśli więc będziemy sądzeni z miłości, która wyraża się w konkretnej pomocy, to po co mam się modlić. Będę dobrym człowiekiem i to wystarczy.

Otóż nie. To nie wystarczy. Czyń to, tzn. módl się, karm się Eucharystią, spowiadaj się i tamtego nie zaniechaj. Obydwie rzeczywistości idą w parze. Są nierozdzielne. Czyny miłości są owocem modlitwy. Ten kto się prawdziwie modli, widzi potrzeby drugiego, szczególnie cierpiącego człowieka.

To ogromna tajemnica, że Jezus utożsamia się z ubogimi i opuszczonymi. On jest ukryty we wszystkich cierpiących obliczach współczesnego świata.

O tym mówi nam dziś Bóg poprzez słowo Ewangelii. W dzień sądu, w dzień powtórnego przyjścia Chrystusa na ziemię, będziemy sądzeni z miłości. Będziemy sądzeni z czynów miłości. Nasza ignorancja wobec chorych, głodnych, emigrantów, więźniów, jest ignorancją wobec Chrystusa. Jeśli Go ignorujemy w drugim człowieku, oznacza to, że i nasza modlitwa jest byle jaka. Ignorancja wobec cierpiących może skończyć się dla nas tragicznie. I odwrotnie. Nasza posługa dla tych, których świat ignoruje, jest posługą dla samego Chrystusa. Ta z kolei zaowocuje życiem z Bogiem na wieki.

Niedościgłym przykładem konkretnej miłości do ubogich jest  błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty. Osoba głęboko zjednoczona z Bogiem. Wiele godzin poświęcała na modlitwę. Ale to nie wszystko. Ona wyszła na ulice, do ubogich, do bezdomnych, do chorych, którzy dosłownie gnili w rynsztoku.

Pewien dziennikarz przyjechał, aby zrobić reportaż o jej pracy. Po kilku dniach w czasie rozmowy powiedział do Matki Teresy: „Matko, ja bym tego nie robił, nawet za milion dolarów”. Ona odpowiedziała: „Ja też nie”.

Gdzie ukrywał się sekret tej pięknej posługi? Ona odkryła Jezusa w obliczach chorych i ubogich. Dla niej każdy cierpiący człowiek był „drugim Chrystusem”. Wszystko, co robiła, robiła dla Jezusa. Ona nie żyła sentymentalno – uczuciową miłością do Jezusa. Jej życie, jej miłość – to był konkret! Po śmierci została osądzona z miłości. Dziś Kościół ją czci, jako błogosławioną.

 Na końcu czasów sądzeni będziemy z miłości…

Jezus jest praktyczny, miłość jest praktyczna. Bądź też ty praktyczny i konkretny w miłości. Rozejrzyj się! Jest wokół ciebie wiele ludzi, którzy potrzebują twojej pomocy. Jest wokół ciebie wiele „oblicz Chrystusa”, które potrzebują miłości.

XXX NIEDZIELA ZWYKŁA

Drodzy Bracia i Siostry,

Dzisiejsza Ewangelia, choć pełna obrazów grozy – o wojnach, trzęsieniach ziemi, prześladowaniach i zburzeniu świątyni – niesie głębokie przesłanie nadziei i wierności. Jezus mówi swoim uczniom o trudnych wydarzeniach, które mają nadejść, nie po to jednak, by ich przestraszyć, lecz aby przygotować ich serca na próbę wiary.

1. Zburzenie świątyni – przemijanie tego, co zewnętrzne

Uczniowie zachwycają się pięknem świątyni. Była to budowla robiąca ogromne wrażenie: złoto, kamienie szlachetne – symbol potęgi religii i narodu. A Jezus mówi: „Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu” (Łk 21,6). To zdanie brzmi jak cios, ale ukazuje prawdę: wszystko, co ziemskie, przemija – nawet to, co wydaje się trwałe.

Jezus uczy nas, abyśmy nie pokładali nadziei w tym, co materialne – nawet w najwspanialszych strukturach religijnych czy kulturowych. On pragnie, byśmy budowali życie na fundamencie, który nie ulega zniszczeniu: na wierze, nadziei i miłości [Por. „Teraz trwają wiara, nadzieja i miłość – te trzy” (1 Kor 13,13)].

2. Prześladowania – świadectwo wiary

Jezus zapowiada trudne czasy: „Będziecie wydawani, prześladowani, wtrącani do więzień” (Łk 21,12). Mówi uczniom, że mogą być nawet zdradzeni przez najbliższych. Ale nie mówi tego po to, by ich zniechęcić. Wręcz przeciwnie: „To będzie dla was sposobność do składania świadectwa” (Łk 21,13).

Według organizacji Open Doors około 380 mln chrześcijan jest prześladowanych na świecie.

Ocenia się także, że od roku 2000 aż do dziś (2025) około 1600 chrześcijan oddało życie za wiarę.

Każde cierpienie, każda trudność może stać się okazją do złożenia głębszego świadectwa. Święci i męczennicy rozumieli to dobrze. Nie unikali prześladowań, lecz znosili je z pokojem, ponieważ wiedzieli, że Jezus jest z nimi.

Także i dziś wielu chrześcijan doświadcza prześladowań, niektórzy nawet oddają życie za wiarę. A my? Czy jesteśmy gotowi być świadkami Chrystusa w codziennym życiu – w pracy, w rodzinie, wśród znajomych – nawet wtedy, gdy spotykamy się z niezrozumieniem czy kpiną?

3. „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”

To jedno z najważniejszych zdań tej Ewangelii: „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21,19). Jezus nie obiecuje nam życia bez trudności, ale zapewnia, że ci, którzy wytrwają, będą ocaleni. Wierność, cierpliwość, niezłomność – to cnoty, które w oczach Bożych mają ogromną wartość. „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości” (Mt 5,10).

Nie chodzi tylko o zwykłe przetrwanie, ale o to, by wytrwać w wierze, nie poddać się zwątpieniu, gdy wszystko się wali, gdy świat wokół zdaje się tracić sens. Prawdziwe życie – życie wieczne – nie zależy od ziemskich sukcesów, ale od naszej wierności Bogu.

Drodzy Bracia i Siostry, Jezus nie obiecuje łatwego życia, ale obiecuje swoją obecność i siłę w trudnych chwilach. Mówi: „Ja dam wam wymowę i mądrość” (Łk 21,15) oraz zapewnia, że „Żaden włos z waszej głowy nie zginie” (Łk 21,18). Nie jesteśmy sami – nawet wtedy, gdy świat wokół się chwieje, gdy Kościół przeżywa trudne chwile, gdy w naszym życiu jest ciemno.

Prośmy dzisiaj Pana, aby dał nam moc wytrwania, byśmy w każdej sytuacji potrafili dawać świadectwo Jego miłości i prawdy. Bo tylko przez wierność aż do końca możemy osiągnąć prawdziwe zbawienie. Amen.