XXVIII NIEDZIELA ZWYKŁA

DRUGA CZĘŚĆ PIELGRZYMKI ŚLADAMI ŚW. PAWŁA – PATRZ OGŁOSZENIA PARAFIALNE – TERMIN – 5 IV 2027 – JUŻ SĄ ZAPISY OTWARTE

Czy jesteśmy gotowi przyjąć zaproszenie na ucztę?

Jak reagujemy na zaproszenia? Myślę, że teraz każdy pomyśli: „To zależy – na co?”.I oczywiście zależy od tego, od kogo wypływa zaproszenie oraz z jakich intencji. To normalne, że zareagujemy z uśmiechem i niecierpliwością, gdy ktoś, kogo kochamy, po kim możemy się spodziewać jedynie dobra, zaprasza nas na obiad, wycieczkę, do miejsca, które bardzo lubimy. Jeśli słyszymy suche: „Zapraszam do mnie” z ust szefa, zapewne pojawia się strach, lęk, niewiadoma.

No właśnie, a co, jeśli pada zaproszenie z ust samego Boga!? Tak! Bóg nieustannie kieruje w naszą stronę najpiękniejsze zaproszenie. I to jest też wspólny mianownik dzisiejszych czytań.

Izajasz mówi o uczcie, na której Bóg „raz na zawsze zniszczy śmierć” i otrze łzy z każdego oblicza. To piękny obraz naszej nadziei. Nadziei, której tak bardzo wszyscy potrzebujemy, o czym przypominał nam papież Franciszek. Bóg nie stworzył nas po to, abyśmy na zawsze pozostali w naszych smutkach, lękach i cierpieniach. Ostatecznym celem człowieka jest zbawienie i wieczne zjednoczenie z Bogiem, który otrze każdą łzę.

Ale zanim nastąpi ta wieczna uczta, Bóg już dzisiaj przygotowuje dla nas stół.

Dlatego Psalm 23 mówi: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie”. Zwróćmy uwagę: psalmista nie mówi, że nigdy nie będzie problemów. Mówi: „Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. To jest ogromna różnica. Wiara nie oznacza, że człowiek nigdy nie przejdzie przez ciemną dolinę. Wiara oznacza, że nie przejdzie przez nią sam, że poprowadzi nas Ten, któremu na nas zależy.

A potem pada zdanie: „Stół dla mnie zastawiasz”. Może właśnie tutaj powinniśmy dzisiaj zatrzymać się na chwilę. Bóg zastawia przed nami stół. Bóg daje nam Eucharystię. Daje swoje słowo. Daje przebaczenie. Daje wspólnotę. Daje nadzieję. To wszystko jest darem Jego łaski. Zanim więc człowiek odpowie na Boże zaproszenie, najpierw sam zostaje przez Boga obdarowany. Tylko czy my mamy jeszcze czas, żeby przy tym stole usiąść?

Święty Paweł mówi w drugim czytaniu: „Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować”. I dodaje: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Paweł odkrył coś bardzo ważnego: szczęście człowieka nie zależy ostatecznie od tego, ile posiada. Można mieć wiele i być nieszczęśliwym. Można mieć niewiele, a mieć pokój serca. Bo najważniejsze nie jest to, co mam, ale z Kim idę przez życie.

I właśnie dlatego tak mocno brzmi dzisiejsza Ewangelia. Nie chodzi w Niej tylko o to, że człowiek jest zajęty. Chodzi o to, co w jego życiu zajmuje pierwsze miejsce. Król przygotował ucztę i zaprosił ludzi. Wszystko było gotowe. Ale zaproszeni zaczęli się wymawiać. Jeden poszedł na swoje pole, drugi do swego kupiectwa. Zauważmy: Jezus nie mówi, że praca na polu była czymś złym. Nie mówi też, że handel był grzechem. Problemem nie było samo pole ani samo kupiectwo. Problem polegał na tym, że zaproszeni uznali swoje sprawy za ważniejsze od zaproszenia króla. Zlekceważyli jego zaproszenie. To nie było tylko: „Mam za dużo pracy”. To było: „Mam coś ważniejszego”.

I tutaj Ewangelia dotyka również naszego życia. Problemem nie jest to, że mamy pracę, rodzinę, obowiązki, plany czy swoje „pole”. Problem zaczyna się wtedy, gdy nasze „pole” staje się ważniejsze od Króla. Gdy to, co samo w sobie jest dobre, zaczyna zajmować w naszym sercu miejsce należne Bogu.

Można przypomnieć tutaj książkę Mały Książę Antoine’a de Saint-Exupéry’ego i postać Kupca, który całe swoje życie poświęca liczeniu gwiazd. Chce je posiadać, zapisywać, gromadzić. Tylko można zapytać: po co?

I może właśnie tutaj Ewangelia dotyka naszego życia.

Można mieć pełny kalendarz i puste serce. Można ciągle coś załatwiać, kupować, budować, planować. Można całe życie biegać od jednej sprawy do drugiej i w pewnym momencie odkryć, że nie było czasu na to, co naprawdę najważniejsze.

Można tak bardzo zajmować się życiem, że człowiek przegapi życie wieczne. I dlatego dzisiaj Jezus mówi do każdego z nas: „Przyjdź na ucztę”. Nie jutro. Nie wtedy, kiedy wszystko będzie uporządkowane. Nie wtedy, kiedy będę miał więcej czasu. Dzisiaj. Bo być może największą pokusą współczesnego człowieka nie jest powiedzieć Bogu: „Nie wierzę”. Być może częściej mówimy: „Wierzę, ale nie mam czasu”. I właśnie za tym „nie mam czasu” może kryć się coś głębszego: „Mam coś ważniejszego od Ciebie”.

Nie mam czasu na modlitwę. Nie mam czasu na Mszę. Nie mam czasu na spowiedź. Nie mam czasu, żeby porozmawiać z Bogiem. Mam swoje pole. Mam swoje kupiectwo. Mam swoje sprawy. Nie chodzi oczywiście o to, że praca, rodzina czy codzienne obowiązki są czymś złym. Chodzi o to, czy pośród tego wszystkiego Bóg rzeczywiście pozostaje na pierwszym miejscu.

A Bóg cierpliwie powtarza: „Wszystko jest gotowe. Przyjdź na ucztę”.

To Bóg pierwszy wychodzi z zaproszeniem. To On przygotowuje ucztę. To On daje łaskę i uzdalnia człowieka do odpowiedzi. Nasza odpowiedź jest ważna, ale nie zbawiamy się własnym wysiłkiem. Zbawienie jest darem Boga, który człowiek przyjmuje i na który odpowiada.

Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam jednak również o człowieku, który przyszedł na ucztę bez szaty weselnej. Samo przyjęcie zaproszenia nie wystarczy. Bóg chce nie tylko, żebyśmy przyjęli Jego zaproszenie, ale także, żeby Jego łaska przemieniała nasze życie. Szata weselna przypomina nam, że przyjęcie Bożego zaproszenia powinno prowadzić do przemiany serca i życia. Nie wystarczy tylko pojawić się na uczcie. Trzeba pozwolić, aby otrzymana łaska naprawdę nas przemieniała.

Chce, żebyśmy po Eucharystii byli trochę bardziej cierpliwi, bardziej przebaczający, bardziej życzliwi, bardziej podobni do Chrystusa. Nie dlatego, że własnym wysiłkiem mamy zasłużyć na Jego miłość, ale dlatego, że przyjęta przez nas łaska powinna przynosić owoce w naszym życiu.

Nie pozwólmy więc, aby nasze „pole” i nasze „kupiectwo” stały się ważniejsze od Boga. Nie chodzi o to, aby porzucić swoje pole, pracę, rodzinę czy obowiązki. Chodzi o to, aby żadna z tych rzeczy nie zajęła miejsca Boga.

Bo przyjdzie kiedyś dzień, kiedy wszystko inne przestanie mieć znaczenie.

Pozostanie tylko pytanie: czy przyjąłem zaproszenie Chrystusa i pozwoliłem, aby Jego łaska przemieniała moje życie? Amen.

XXVII NIEDZIELA ZWYKŁA

 

Ilustracja

To już trzecia z kolei niedziela, gdy słuchamy przypowieści Pana Jezusa odwołujących się do obrazu winnicy. Wszystkie one pochodzą z Ewangelii według św. Mateusza i wszystkie zostały wygłoszone przez Pana Jezusa w ostatnich dniach Jego życia, gdy konflikt z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie nabrzmiał już do granic możliwości, gdy było jasne, że ta historia nie będzie miała – po ludzku mówiąc – dobrego zakończenia.

Każda z tych przypowieści, obok innych znaczeń, mówi w jakiś sposób o Żydach i pozostałych narodach świata, uważanych przez nich za pogańskie. Ta dzisiejsza jednak, ostatnia, głoszona już w Świątyni Jerozolimskiej, tuż przed Męką Pana Jezusa, jest zdecydowanie najsmutniejsza.

W pierwszej przypowieści to Żydzi byli tymi robotnikami zatrudnionymi w winnicy wcześniej – oni bowiem otrzymali Słowo Boże, Boże Prawo. Poganie to owi pracownicy ostatniej godziny, którzy wchodzą do winnicy już na koniec, w czasach ostatecznych, jak nasze czasy nazywa Pismo Święte. Niemniej i jedni, i drudzy otrzymują zapłatę, czyli wchodzą do Królestwa Niebieskiego.

W drugiej przypowieści, wysłuchanej przez nas tydzień temu, mówiącej o dwóch synach, z których jeden, starszy, odpowiedział „pójdę” na wezwanie ojca, by poszedł pracować w winnicy, ostatecznie nie poszedł. Młodszy początkowo odpowiedział „nie”, ale potem zastanowił się i poszedł do pracy w winnicy. I znów, ten starszy syn reprezentuje tych, którzy przyjęli Objawienie, wezwanie Ojca, ale nie spełnili tego, do czego ono wzywało. Młodszy to poganie, początkowo niechętni woli Ojca, ale z czasem przyjmujący ją i wypełniający. Dwa różne podejścia, ale żadnego z nich nie spotkała kara ze strony Ojca.

W trzeciej przypowieści, dzisiejszej, Pan Jezus nie pozostawia już miejsca na dowolność interpretacji. Mówi wyraźnie: przewrotni najemcy to ci, którzy odrzucają proroków, a teraz mają odrzucić i zabić samego dziedzica, Syna. Tylko że tu już zakończenie nie jest radosne. Nędznicy zostaną odrzuceni, ukarani, a winnicę otrzymają inni. Rozumiemy sens przypowieści: nie chodzi o prostą zamianę jednego ludu na drugi. W Chrystusie Bóg otwiera swoje przymierze na wszystkie narody i gromadzi Żydów i pogan w jednym ludzie Bożym, powołując swój nowy Lud Wybrany, skoro stary nie potrafił sprostać swemu powołaniu.

Gdy słuchamy słów Pana Jezusa, trudno oprzeć się wrażeniu, że przebija z nich autentyczny, głęboki smutek. Gdy mówi o właścicielu winnicy, który założył ją, wyposażył we wszystko, co było potrzebne, by mogła prosperować, a spotkał się z tak odrażającą niewdzięcznością, niemal czujemy ból serca Syna, który przychodzi do swojej winnicy i doświadcza odrzucenia. Ojciec założył swoją winnicę, Naród Wybrany, wyposażył go we wszystko, by mógł trwać, wzrastać, przynosić owoc dobra i sprawiedliwości, a teraz doświadcza tak ogromnej niewdzięczności. Niewdzięczności, której istota zasadza się w tym, że najemnicy chcieli stać się właścicielami, że chcieli zająć miejsce pana winnicy. Człowiek chciał zająć miejsce Boga.

I właśnie tutaj przypowieść przestaje być opowieścią tylko o tamtych ludziach. Staje się opowieścią o każdym z nas. Bo przecież także my otrzymujemy od Boga Jego dary i bardzo łatwo możemy zacząć traktować je tak, jakby były naszą wyłączną własnością.

Życie jest darem, a jednak czasem zachowujemy się tak, jakby należało wyłącznie do nas. Wiara jest darem, a jednak możemy traktować Kościół jak swoją własność, zapominając, że to Chrystus jest jego Panem. Rodzina jest darem, a jednak możemy traktować najbliższych jak swoją własność, zamiast przyjąć ich jako osoby powierzone naszej miłości i trosce. Dobra materialne są darem, a jednak łatwo zaczynamy mówić: „to jest moje”, zapominając, że wszystko, co posiadamy, ostatecznie otrzymaliśmy. Nawet czas jest darem, a jednak czasem nie chcemy oddać Bogu nawet jego części.

Smutek tej ostatniej przypowieści nie jest jednak absolutny. Z tego smutku rodzi się radość dla nas. Bóg nie zamyka swojej winnicy. W Chrystusie otwiera ją także dla narodów, które wcześniej nie znały Boga, i gromadzi w swoim ludzie tych, którzy przyjmują Jego Syna. My, których przodkowie byli poganami, zostaliśmy zaproszeni do Królestwa Bożego i przez pokolenia przekazywano nam łaskę wiary. Nasza obecność tutaj, dzisiaj, jest właśnie konsekwencją tamtych wydarzeń.

Stąd pierwsze pytanie dla nas, które przynosi Słowo Boże: czy doceniamy tę łaskę? Czy potrafimy dziękować Bogu za to, że otrzymaliśmy dar wiary, za rodziców, którzy kiedyś przynieśli nas do chrztu i w tej wierze wychowali? Czy zdarzyło ci się, gdy byłeś w kościele, w którym zostałeś ochrzczony, podejść do chrzcielnicy, dotknąć jej lub nawet ucałować, bo to właśnie przy niej narodziłeś się jako dziecko Boże? Czy dziękujesz za to, że wiara nie stała się dla ciebie ciężarem, który chciałbyś zrzucić z siebie, rezygnując ze swojego miejsca w winnicy Ojca, w Jego domu? Bo to przecież wszystko dar, łaska, przez którą jesteśmy zbawieni.

Jest jednak jeszcze coś więcej. Ostatnie zdanie Ewangelii wskazuje na nadzieję: nowy lud przyniesie pożądane owoce. Ale zdanie to może być również źródłem nieco niepokojącego pytania, a nawet ostrzeżeniem dla nas. Czy my, którzyśmy do Kościoła, tej winnicy Pańskiej, weszli, czy my rzeczywiście przynosimy pożądane owoce? O jakich owocach mowa? Mówi o nich drugie czytanie, przynajmniej o niektórych z nich. Czy przynosimy owoce modlitwy, a zwłaszcza dziękczynienia? Czy żyjemy tym, co godne, sprawiedliwe, co czyste, miłe? A przede wszystkim: czy przynosimy najpiękniejszy z owoców – miłość, z której i dla której ta winnica została założona? Miłość, która rodzi wzajemny szacunek, życzliwość, przebaczenie, pomoc i wsparcie, która każe w drugim człowieku widzieć brata, a nie wroga…

Ale jest jeszcze jedno pytanie. Skąd mamy wziąć siłę, aby takie owoce przynosić? Przecież sama świadomość obowiązku nie wystarczy. Ewangelia prowadzi nas tutaj dalej – do Chrystusa. Jezus mówi o kamieniu odrzuconym przez budujących: „Kamień, który odrzucili budujący, ten stał się głowicą węgła”. Tym Kamieniem jest On sam. To Chrystus, odrzucony i zabity, staje się fundamentem nowego dzieła Boga.

Owoc przynosimy wtedy, gdy nasze życie jest zbudowane na Chrystusie, gdy On rzeczywiście staje się fundamentem naszego życia. To nie my jesteśmy właścicielami winnicy. To nie my jesteśmy jej panami. Jesteśmy jej pracownikami, dzierżawcami, ludźmi, którym Bóg zaufał i powierzył swoje dary.

Na te pytania każdy z nas już sam powinien sobie odpowiedzieć.

XXVI NIEDZIELA ZWYKŁA

 

biuletyn DZIEŃ PAŃSKI - 26 Niedziela zwykła, rok A

W dzisiejszej przypowieści Jezus ukazuje, jak dwaj synowie reagują na jasną i wyraźną prośbę ojca. Chce tym samym zachęcić słuchaczy do refleksji i podkreślić nie tylko różnicę między słowem a czynem, ale niekiedy także całkowite oderwanie słów od czynów. Zwraca też uwagę na potrzebę zmiany sposobu myślenia, która dokonuje się w głębi serca.

Jezus opowiada o człowieku, który ma dwóch synów i prosi obydwu, by poszli pracować w winnicy. Pierwszy syn zgadza się uprzejmie i ochoczo, mówiąc: „Idę, panie”, jednak za tą natychmiastową zgodą nie idą czyny. Owszem, wyraża on szacunek i formalną zgodę na słowa ojca, ale nie ma zamiaru zamienić tych słów w działanie. Ten syn ostatecznie nie pojawia się w pracy – jest nieposłuszny.

Drugi syn sprawia wrażenie bardziej szczerego i stanowczo odmawia, mówiąc do ojca: „Nie chcę”. Ale później żałuje swojej decyzji i zmienia swoją postawę: „Później jednak opamiętał się i poszedł” (Mt 21,30). Musi on mieć wrażliwe sumienie, skoro rozmyśla nad swoją decyzją i dochodzi do wniosku, że jego szybka odmowa była błędem. Umie się poprawić i bez większego szumu idzie spełnić wolę swojego ojca. Nie szuka usprawiedliwień dla własnego opóźnienia, ale pokazuje swoimi czynami, że chce być posłuszny, podejmując zadanie, o które prosi go ojciec. Ta zmiana decyzji uczy nas, że zawsze możemy naprawić swoje błędy i rozpocząć na nowo.

Warto zauważyć, że w dzisiejszej Ewangelii Jezus skłania słuchaczy, aby wyrazili swoją opinię na temat postawy dwóch synów. Na pytanie Jezusa: „Który z tych dwóch spełnił wolę ojca?” (Mt 21,31), słuchacze odpowiadają bezbłędnie, że ten drugi, a Jezus swoimi słowami to potwierdza. Dalsze słowa Jezusa wyjaśniają też, na kogo wskazują ci dwaj synowie. Drugi syn, który najpierw odmówił, lecz później zmienił zdanie, uosabia celników i nierządnice – tych, którzy uwierzyli Janowi Chrzcicielowi i odpowiedzieli na Boże wezwanie, głoszone przez niego. Pierwszy zaś syn reprezentuje arcykapłanów i starszych ludu, którzy słyszeli wezwanie Jana Chrzciciela, lecz mu nie uwierzyli. Nie zmienili swojego postępowania nawet wtedy, gdy widzieli świadectwo przemienionego życia celników i nierządnic.

Inna wypowiedź Jezusa pozwala nam jeszcze lepiej zrozumieć przesłanie tej przypowieści: „Nie każdy, kto mówi Mi: «Panie, Panie!», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21). W życiu ucznia Jezusa nie chodzi bowiem tylko o słowa, ale o czyny, które potwierdzają wypowiadane słowa. Droga świadomej wiary wiąże się z codziennym przyjmowaniem i wypełnianiem woli Bożej.

Postawa drugiego syna przypomina historię św. Augustyna, którego wczesne życie było dalekie od Ewangelii, mimo troski i modlitwy jego matki, św. Moniki. W swoich Wyznaniach Augustyn przyznaje się do swoich grzechów. Sam poszukiwał prawdy gdzie indziej, a Ewangelię uważał za lekturę odpowiednią jedynie dla ludzi prostych. Z czasem jednak jego serce otworzyło się na łaskę Bożą, a jego „nie” zmieniło się w pełne zaangażowania „tak”. W ten sposób opisał swoje nawrócenie:

„Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem! W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie, … Ty byłaś ze mną, a ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie stworzenia, które by w ogóle nie istniały, gdyby w Tobie ich nie było. Zwołałaś mnie, zawołałaś, rozerwałaś moją głuchotę, zajaśniałaś, z błyskiem rozproszyłaś moją ślepotę, rozegnałaś moją woń, odetchnąłem i oto wzdycham do Ciebie, skosztowałem Ciebie i łaknę, i pragnę, dotknęłaś mnie i zatonąłem w pokoju, który jest w Tobie”.

Spróbujmy dzisiaj przyjrzeć się własnej postawie. Nie chodzi tylko o to, aby wskazać palcem na tych, którzy przypominają pierwszego syna. Każdy z nas może odnaleźć w sobie obu synów. Czy moje „tak”, wypowiadane Bogu podczas modlitwy, rzeczywiście znajduje potwierdzenie w moim życiu? Czy moja wiara przekłada się na sposób, w jaki traktuję współmałżonka, dzieci, rodziców, współpracowników, a także ludzi, którzy są dla mnie trudni? Czy moje słowa o wierze, miłości i przebaczeniu znajdują potwierdzenie w moich codziennych decyzjach?

A może jestem czasem podobny do drugiego syna? Czy potrafię powiedzieć „nie”, a później – pod wpływem łaski Bożej – zmienić swoje życie? Czy potrafię uznać swój błąd, nawrócić się i zrobić pierwszy krok w kierunku dobra?

Nawrócenie nie jest jedynie naszym wysiłkiem. Jest odpowiedzią na łaskę Boga, który pierwszy wzywa człowieka i daje mu siłę, aby powrócił do Niego. Bóg nie tylko pokazuje nam drogę, ale także daje nam łaskę, abyśmy mogli nią iść. Dlatego nawet wtedy, gdy nasze „nie” wobec Boga trwało długo, nie jest ono końcem naszej historii. Możemy odpowiedzieć Bogu „tak”, ponieważ On nie przestaje nas wzywać i działa w naszym sercu swoją łaską.

Pomocą w refleksji niech będą słowa, które biskup wypowiada podczas przekazywania księgi Ewangelii w czasie święceń diakonatu:

„Przyjmij Ewangelię Chrystusową, której głosicielem się stałeś; wierz w to, co będziesz czytać, nauczaj tego, w co uwierzysz, i pełnij to, czego będziesz nauczać”.

Niech te słowa pomogą nam w trosce o zgodność naszych czynów z wypowiadanymi deklaracjami. Pamiętajmy też, że zawsze możemy się opamiętać, jak ten drugi syn z dzisiejszej Ewangelii.

XXV NIEDZIELA ZWYKŁA

 

Praca sezonowa w 2021 r. Poszukiwanie pracowników wyzwaniem. Co z płacami? - Bankier.pl

Dzisiejsza Ewangelia może wzbudzić w nas pewne zdziwienie i niezrozumienie. Gospodarz wychodzi rano i zatrudnia robotników do swojej winnicy. Jedni pracują od samego rana, inni przychodzą później, a ostatni pojawiają się właściwie pod koniec dnia. Wieczorem przychodzi czas wypłaty. I nagle okazuje się, że ten, który pracował cały dzień, dostaje tyle samo co ten, który przepracował tylko jedną godzinę.

Po ludzku? To jest niesprawiedliwe. Wyobraźmy sobie, że coś takiego wydarzyłoby się dzisiaj. Jeden człowiek przychodzi do pracy o szóstej rano. Pracuje w upale, jest zmęczony, wykonuje swoje obowiązki przez cały dzień. Drugi przychodzi godzinę przed końcem pracy. A wieczorem szef daje jednemu i drugiemu dokładnie taką samą wypłatę. Co by się działo? Byłaby awantura. Pewnie sprawa trafiłaby do mediów. Gazety pisałyby o niesprawiedliwym pracodawcy, w internecie pojawiłyby się komentarze, może zainteresowałaby się tym inspekcja pracy. I większość z nas powiedziałaby: „Przecież tak nie można! To jest niesprawiedliwe!”.

I właśnie dlatego ta przypowieść jest tak mocna. Bo Jezus nie mówi o prawie pracy. Nie daje wskazówek przedsiębiorcom, jak mają wypłacać pensje. Na początku wyraźnie mówi: „Królestwo niebieskie podobne jest…”. Jezus bierze sytuację, która po ludzku wydaje się niesprawiedliwa, żeby powiedzieć nam coś bardzo ważnego o Bogu. Bóg nie jest księgowym, który siedzi z kalkulatorem i oblicza: ty zrobiłeś tyle dobra, więc dostaniesz tyle; ty modliłeś się tyle godzin, więc należy ci się więcej; ty byłeś lepszy od innych, więc masz pierwszeństwo. Bóg jest Ojcem. Bóg jest miłością.

Gospodarz wychodzi po robotników kilka razy: rano, o trzeciej godzinie, szóstej, dziewiątej, a nawet jedenastej. Jakby nie mógł spokojnie siedzieć, dopóki ktoś jeszcze stoi poza winnicą. I właśnie taki jest Bóg. On ciągle wychodzi szukać człowieka. Nie chce pogodzić się z tym, że ktoś żyje daleko od Niego. Szuka człowieka do ostatniej chwili. I tu zaczyna się problem tych, którzy pracowali od rana. Oni nie zostali oszukani. Dostali dokładnie tyle, na ile się umówili. Ich problem zaczyna się wtedy, kiedy zobaczyli, ile otrzymali inni. To jest bardzo życiowe. Czasami jesteśmy zadowoleni z tego, co mamy, dopóki nie zobaczymy, że ktoś inny dostał tyle samo albo więcej. I nagle zaczynamy porównywać: „Dlaczego on? Przecież ja bardziej zasłużyłem. Ja więcej zrobiłem. Ja dłużej jestem wierzący”. I wtedy Bóg mówi: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. Można być całe życie w winnicy Boga, a jednak nie rozumieć serca Gospodarza. Można chodzić do kościoła od dzieciństwa, przystępować do sakramentów, modlić się, zachowywać przykazania, a jednak gdzieś głęboko nosić przekonanie: „Boże, mnie należy się więcej niż tamtemu”. A potem przychodzi ktoś, kto przez trzydzieści lat nie był w kościele. Żył bez Boga. Narobił w życiu wiele zła. I nagle się nawraca. Idzie do spowiedzi. Zaczyna się modlić. Wraca do Eucharystii. I co wtedy? Niebo się cieszy. A człowiek czasem mówi: „Teraz? Po tylu latach? Po tym wszystkim, co zrobił?”.

Ojciec Karol Meissner, benedyktyn, opowiadał kiedyś podczas rekolekcji o nawróceniu Rudolfa Hössa, komendanta niemieckiego obozu Auschwitz. Po konferencji podeszła do niego jedna z uczestniczek i powiedziała: „Po tym wszystkim, co przeżyliśmy w czasie wojny, mógłby nam ojciec oszczędzić takich przykładów. Ten przykład jest gorszący”. I można zrozumieć jej reakcję. Bo Höss był człowiekiem odpowiedzialnym za niewyobrażalne zło. A jednak przed wykonaniem wyroku śmierci poprosił o księdza, wyspowiadał się i przyjął Komunię Świętą. W tym momencie Ewangelia staje się naprawdę trudna. Bo gdy słyszymy o Bożym miłosierdziu wobec zwyczajnego człowieka, łatwo powiedzieć: „Bóg jest miłosierny”. Ale kiedy miłosierdzie ma dotknąć człowieka, który uczynił potworne zło, coś w nas zaczyna protestować: „Boże, to jest niesprawiedliwe!” I wtedy jakby słyszymy odpowiedź gospodarza z dzisiejszej Ewangelii: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”.

Oczywiście Boże przebaczenie nie oznacza, że zło przestaje być złem. Nie usuwa odpowiedzialności za popełnione czyny ani nie przekreśla cierpienia ofiar. Prawdziwe nawrócenie zakłada żal za grzechy, odwrócenie się od zła i zwrócenie się ku Bogu. Boże miłosierdzie nie jest pobłażliwością wobec zła. Jest łaską, która może przemienić nawet największego grzesznika. I pokazuje coś niezwykłego: Bóg do ostatniej chwili wychodzi naprzeciw człowiekowi i daje mu możliwość nawrócenia. Nawet temu, którego my już dawno skreśliliśmy.

Aby to lepiej zrozumieć, trzeba spojrzeć na krzyż. Bo krzyż Chrystusa nie jest tylko znakiem sprawiedliwości. Krzyż jest przede wszystkim znakiem miłości, w której objawia się także Boża sprawiedliwość i miłosierdzie. Jezus nie umiera tylko za porządnych. Nie przelewa krwi wyłącznie za tych, którzy od dzieciństwa chodzili do kościoła. Umiera również za grzesznika. Za człowieka pogubionego. Za tego, który zmarnował pół życia. Nawet za tego, który przychodzi do Boga w swojej „jedenastej godzinie”. Najpiękniej pokazuje to łotr wiszący obok Jezusa. On nie przepracował całego dnia w winnicy. Przyszedł właściwie w ostatniej chwili. Nie miał już możliwości naprawić swojego życia. Nie mógł cofnąć wyrządzonych krzywd. Pozostało mu tylko kilka godzin. Powiedział: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. A Jezus nie odpowiedział: „Za późno. Trzeba było wcześniej pomyśleć”. Powiedział: „Dziś będziesz ze Mną w raju”. Oto robotnik jedenastej godziny.

I może dzisiaj ktoś z nas potrzebuje właśnie tego słowa. Może patrzysz na swoje życie i myślisz: „Za późno. Za dużo zmarnowałem. Za daleko odszedłem. Za długo nie było mnie przy Bogu”. Nie. Dopóki żyjesz, Gospodarz jeszcze wychodzi na rynek. Jeszcze cię szuka. Jeszcze mówi: „Idź i ty do mojej winnicy”. Jeszcze można się wyspowiadać. Jeszcze można przebaczyć. Jeszcze można uklęknąć. Jeszcze można zacząć od nowa.

A jeżeli jesteś w tej winnicy od rana, jeżeli od dzieciństwa jesteś blisko Boga, nie zazdrość tym, którzy przyszli później. Ciesz się, że byłeś z Nim przez cały dzień. Przecież największą nagrodą robotnika nie jest tylko denar. Największą łaską jest to, że cały dzień był w winnicy. Największym darem naszego życia nie jest tylko to, co kiedyś otrzymamy od Boga. Największym darem jest to, że już dzisiaj możemy żyć z Nim. Dlatego nie patrzmy na Boga jak na księgowego. Nie pytajmy ciągle: „Kto zasłużył bardziej? Kto dostał więcej? Dlaczego tamtemu przebaczyłeś?”. Spójrzmy raczej na krzyż. Bo gdyby Bóg był wobec nas tylko sprawiedliwy, kto z nas mógłby powiedzieć: „Panie, zasłużyłem na niebo”? Na szczęście Bóg jest nie tylko sprawiedliwy. Bóg jest miłością. I dlatego szuka człowieka rano, w południe, wieczorem, a nawet w ostatniej godzinie jego życia.

Po ludzku możemy powiedzieć: „To niesprawiedliwe”. A Bóg odpowiada: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. I całe szczęście, Bracia i Siostry, że Bóg jest aż tak dobry. Bo być może kiedyś to właśnie my będziemy tym robotnikiem jedenastej godziny, który będzie potrzebował nie tego, na co zasłużył, ale Bożego miłosierdzia.

ŚWIĘTO PODWYŻSZENIA KRZYŻA ŚWIETEGO

DZIŚ MSZE ŚW. O 7.00, 8.00, 18.00 ADORACJI NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU NIE MA – ADORUJEMY KRZYSZ

Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, krótka historia relikwii Krzyża. 14.09.2023 r.

W dzisiejsze święto z uwagą i czcią wpatrujemy się w Krzyż naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Rozważając dzisiejsze Słowo Boże, możemy w nim odkryć kilka paradoksów związanych z Krzyżem Chrystusa.

Pierwszy paradoks ukazuje nam Księga Liczb. Naród Wybrany, wędrujący przez pustynię do Ziemi Obiecanej, jest już zmęczony i traci cierpliwość. Zaczyna tęsknić za dniami spędzonymi w Egipcie i złorzeczy Bogu oraz Mojżeszowi. Bóg zesłał na nich węże o palącym jadzie jako karę, a wielka liczba Izraelitów zmarła (por. Lb 21,5-6). Ale Mojżesz wstawił się u Boga za ludem, a Bóg nakazał Mojżeszowi sporządzić miedzianego węża i umieścić go na wysokim palu. „Każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu” (Lb 21,8). Oto paradoks: to, co było znakiem śmierci, zostaje przez Boga wykorzystane jako znak ocalenia. Spojrzenie na miedzianego węża, który przypomina o grzechu i jego śmiercionośnych skutkach, przynosi uzdrowienie.

Drugi paradoks odnajdujemy w Ewangelii, w której Jezus wraca do tego tajemniczego znaku z Księgi Liczb: „Jak wywyższono węża na pustyni, tak potrzeba, aby wywyższono Syna Człowieczego” (J 3,14). Jak miedziany wąż uzdrawiał konających, ukąszonych przez węże, tak Jezus, który sam pozostaje bez grzechu, bierze na siebie konsekwencje ludzkiego grzechu i przez swoją dobrowolną, pełną miłości ofiarę daje życie tym, którzy z wiarą będą patrzeć na Tego, którego przebodli (por. J 19,37). Bóg w Chrystusie zwycięża grzech i śmierć. Paradoksalnie, śmierć Chrystusa nie jest końcem, lecz prowadzi do życia.

Na trzeci paradoks wskazuje Jezus, mówiąc o swoim „wywyższeniu”. Przypomni o tym również św. Paweł w Liście do Filipian, ukazując Jezusa posłusznego swemu Ojcu aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego Bóg nad wszystko Go wywyższył (por. Flp 2,8-9). Krzyż, który jest narzędziem egzekucji, dla Chrystusa staje się miejscem wywyższenia.

Krzyż, który w starożytnej kulturze był znakiem okrutnej i haniebnej śmierci, dla Jezusa stał się drogą do chwały. Przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezus otwiera nam drogę do życia. Otwiera ją także dla nas, bo wywyższenie Chrystusa na Krzyżu jest źródłem zbawienia i objawieniem Bożej miłości: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16).

Widzimy więc, że Krzyż Chrystusa jest pełen paradoksów. Ale są to zbawienne paradoksy, bo cokolwiek Bóg czyni, czyni to z miłości oraz dla naszego uzdrowienia i zbawienia. Bóg potrafi nawet to, co jest skutkiem ludzkiego grzechu i słabości, przemienić w drogę ku uzdrowieniu i zbawieniu.

Ale paradoks Krzyża nie kończy się na Golgocie. Krzyż Chrystusa nie jest jedynie wydarzeniem, które wspominamy. On staje się także drogą naszego życia. To, co wydarzyło się na Krzyżu, może dokonywać się – w inny sposób i na miarę naszego życia – również w sercu człowieka.

Pani Monika Kornecka jest trzecią kobietą w Polsce, która w 2021 r. otrzymała, przyznawane we Włoszech, w Cascii, wyróżnienie św. Rity. Przyznawane jest ono kobietom, które w swoim życiu zrealizowały ewangeliczne przesłanie Chrystusa o przebaczeniu, na wzór św. Rity, która przebaczyła oprawcom swojego męża. Uzasadnienie przyznania nagrody Monice Korneckiej brzmi następująco:

„Monika Kornecka, która pochodzi z Krakowa, otrzymuje Wyróżnienie, ponieważ wzorem św. Rity bez wahania wybaczyła zabójcy swojego syna, natychmiast odrzucając prośby o zemstę i nienawiść, które rozprzestrzeniały się w sieci wokół jego rodziny. Było to przebaczenie, które stało się realne w modlitwie o nawrócenie mordercy. Wszystko to połączone zostało z decyzją oddania się opiece nad cierpiącymi i umierającymi dziećmi, aby być jeszcze bardziej płodną matką”.

W jednym z wywiadów pani Monika wypowiedziała takie słowa:

„Każdy ma swoje poletko, na którym może zadziałać. Chodzi o miłość. Wszelka agresja, złe myślenie o kimś przede wszystkim nas samych zabija, nam nie pozwala żyć (…). Chodzi o pytanie, czy kocham tego człowieka – jak mówi Jezus – miłością bliźniego. Jeśli kocham, to jestem w stanie przebaczyć. Człowiek musi się z tym uporać, żeby mógł żyć. Przebaczenie nie zabiera mi bólu, ale pozwala żyć. Można pójść w inną stronę, bez Pana Boga. Ale wtedy to jest nienawiść. Tak naprawdę koniec życia”.

Taką postawę mógł przyjąć ktoś, kto rozumie Chrystusowy Krzyż. Pani Monika go rozumie i patrzy na niego oczami wiary. Dźwigając swój krzyż, była gotowa przebaczyć mordercy swojego syna i nie pozwolić, aby nienawiść zniszczyła jej serce i doprowadziła do śmierci duchowej. Jest to możliwe w życiu każdego z nas, jeżeli będziemy gotowi oddać z ufnością swoje życie w ręce Ojca, tak jak uczynił to Jezus, i pozwolimy, aby nasze serca napełnił swoim słowem i łaską.

Wpatrujmy się szczególnie dzisiaj oczami wiary w Krzyż, który jest tronem Wywyższonego, bo właśnie tam dokonało się nasze zbawienie. W nim jest nasze życie.

XXIV NIEDZIELA ZWYKŁA

PROPOZYCJA – ZAPROSZENIE NA PIELGRZYMKĘ;

PRZEŁOŻONA PIELGRZYMKA DO JAPONII – PAŹDZIERNIK 2027R.

W KWIETNIU 2027R. DRUGA CZĘŚĆ PODRÓŻY ŚW. PAWŁA (5 IV)

  • SZCZEGÓŁY W OGŁOSZENIACH PARAFIANYCH;…….24 niedziela zwykła Rok A – U źródeł wody życia
  • Odpuść winę bliźniemu!

    Nikt z nas nie ma chyba wątpliwości, że Pan Jezus jest bardzo wymagającym nauczycielem. Oczywiście pragnie naszego dobra, szczęścia i zbawienia, ale nie łudzi nas, że można to osiągnąć bez najmniejszego wysiłku.

    Aby się o tym przekonać, wystarczy wziąć pod uwagę dzisiejszą Ewangelię o niemiłosiernym dłużniku. Kończy się ona bardzo mocnym stwierdzeniem: „Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu”.

    Przywołajmy tu również inny fragment, w którym Pan Jezus mówi o przychodzeniu do świątyni: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj”. Trzeba jednak pamiętać, że Pan Jezus nie stawia tego wymagania człowiekowi pozostawionemu wyłącznie własnym siłom. W przypowieści o niemiłosiernym dłużniku najpierw widzimy ogromne miłosierdzie okazane przez króla, a dopiero potem wymaganie skierowane do sługi. Podobnie jest w naszym życiu. Najpierw Bóg przebacza nam nasze winy, obdarza nas swoją łaską i miłosierdziem, a dopiero potem wzywa nas do przebaczania innym. Chrystus nie mówi jedynie: „Musisz przebaczyć”, ale najpierw mówi: „Ja tobie przebaczyłem”. Ilu z nas – chcąc wiernie zachować naukę Pana Jezusa – powinno się temu nakazowi poddać?

    Ilu z nas zostałoby teraz w kościele?

    Nauka Pana Jezusa jest oczywiście trudna i wymagająca, ale jeśli jej nie wprowadzimy w życie, w nasze relacje z bliźnimi na każdym miejscu i poziomie, to będziemy jedynie pogłębiać piekło na ziemi.

    I dlatego potrzebujemy Bożej łaski. Sami często nie potrafimy przebaczyć, ale Chrystus uzdalnia nas do tego, co po ludzku wydaje się niemożliwe.

    – Kiedyś nakręcono ciekawy film. Jego bohaterem był sędzia piłkarski. W trakcie meczu podyktował rzut karny, który przesądził o zwycięstwie jednej z drużyn. Po meczu nie mógł bezpiecznie zejść z boiska, ponieważ był obrzucany wyzwiskami i butelkami przez kibiców przegranej drużyny, którzy nawet skandowali groźby zemsty wobec niego. Jakoś w końcu udało mu się wydostać ze stadionu. Jednak na tym jego problemy się nie skończyły. W ślad za nim ruszył najbardziej zagorzały kibic przegranych, który robił wszystko, aby dopaść swego największego wroga i dokonać na nim zemsty.

    Z każdym kadrem filmu pokazywano, jak nasila się wobec niego wrogość i jakie piekło jest mu stwarzane.

    Zabrakło przebaczenia w tak – wydawać by się mogło – błahej sprawie.

    – Chyba w cyklu „Ekspres Reporterów” pokazano przed paru laty ciekawy reportaż zatytułowany „Żeby tylko nie było zimno”. Była to historia około trzydziesto- lub czterdziestoletniej kobiety z porażeniem mózgowym, mieszkającej w starej drewnianej chacie. Gdy się urodziła i stwierdzono u niej to schorzenie, matka od razu się jej wyrzekła i absolutnie nie chciała jej znać ani widzieć. Jej wychowaniem zajęli się dziadkowie. Gdy zmarli, została sama w ich domu. Miała trudności z podstawowymi codziennymi sprawami, jak choćby paleniem w starym piecu czy noszeniem wody do domu. Od czasu do czasu pomagali jej znajomi. Najgorzej było zimą.

    Nawet gdy w jej dom uderzył samochód i go uszkodził, odszkodowanie wzięła jej matka, ponieważ na nią był zapisany dom, a ona sama nie otrzymała nic.

    Brak przebaczenia i akceptacji drugiej osoby prowadzi do stwarzania jej piekła na ziemi poprzez brak miłości okazywanej przez zwyczajną bliskość i pomoc.

    Warto też pamiętać, że przebaczenie nie zawsze oznacza pojednanie. Przebaczyć można nawet wtedy, gdy druga strona nie chce zmiany, ale przebaczenie zawsze oznacza rezygnację z nienawiści i zemsty.

    Oczywiście w odniesieniu do siebie mamy bardzo duże poczucie sprawiedliwości: nam wszystko się należy, w tym oczywiście przebaczenie, zapomnienie win, a nawet niezauważanie tego, że coś złego uczyniliśmy innym.

    Ale czy sami uważamy, że z naszej strony NALEŻY SIĘ przebaczenie naszym bliźnim? Zanim jednak spojrzymy na winy innych, przypomnijmy sobie, jak wiele samym nam przebaczył Bóg. To właśnie doświadczenie Jego miłosierdzia uczy nas przebaczać bliźnim. Czy wobec tego wybieram – jako uczeń Pana Jezusa – Jego naukę, mimo że jest trudna i wymagająca, ale odkrywam, że jedynie ona prowadzi do pięknego życia i prawdziwego szczęścia?

    Czy też wybieram nieprzebaczenie, a wraz z nim piekło dla siebie i innych?

    Pan Jezus przynosi nam niebo i otwiera je dla nas przez łaskę oraz dar przebaczenia. My jednak możemy zamykać przed sobą bramy nieba przez nieprzebaczanie bliźnim. By móc dalej godnie – zgodnie z pragnieniem Pana Jezusa – uczestniczyć w Eucharystii, wzbudźmy w sercu wolę przebaczenia wszystkim, którzy przeciwko nam zawinili, i wprowadzajmy tę Jezusową naukę w nasze codzienne życie.

    I niech to sprawia, że będziemy zaprowadzać niebo na ziemi nawet tam, gdzie do tej pory panuje najciemniejsze piekło. Amen.